Autorytarny zwrot gdańskiej Platformy

Tego lata zabrakło w Gdańsku sezonu ogórkowego. Począwszy od chaosu wokół parkowania w dzielnicach nadmorskich, poprzez sprawę Anny Klimaszewskiej i szerszą dyskusję o leżących odłogiem miejskich pustostanach komunalnych, aż po feralne zalanie dzielnic wrzeszczańskich, podwyżki w komunikacji miejskiej, problemy z wysypiskiem na Szadółkach, protesty społeczne, kontrole CBA i coraz głośniejsze plotki o ewentualności wprowadzenia zarządu komisarycznego, przede wszystkim w związku z prawnymi perypetiami urzędującego prezydenta, niegdyś stabilny układ sił w gdańskim samorządzie zaczyna trzeszczeć w posadach.

Problemy i kryzysy zdarzały się rządzącej Platformie od zawsze, dość wspomnieć protesty społeczne związane z tzw. reformą czynszową czy zakulisowe gry i podchody frakcyjne pomiędzy zwolennikami prezydenta, a Młodymi Demokratami. To, co najbardziej fascynuje w obecnym stadium, to reakcja władz na piętrzące się problemy. Jeszcze nigdy ludzie ekipy PO nie reagowali na krytykę w tak agresywny sposób.

Zaczęło się od sprawy parkowania w Brzeźnie i innych dzielnicach. Sposób wprowadzenia zmian (nagle, bez konsultacji, w sposób amatorski), jak również ich forma (wspieranie prywatnej firmy, zamiast zlecić to zadanie już istniejącym jednostkom komunalnym) specjalnie nie dziwią. Reakcja na kryzys wywołany przez grupę zdeterminowanych mieszkańców, zdecydowanych skorzystać z obywatelskiego prawa do protestu, już tak. Przede wszystkim zastępca prezydenta Piotr Grzelak i podlegli mu urzędnicy nie byli w stanie odpowiedzieć na merytoryczne zarzuty o naruszenie przepisów ustawy o drogach publicznych. Po dziś dzień nie poznaliśmy opinii miejskich prawników. Z chwilą zaś, gdy król okazał się nagi, media urzędowe w postaci portalu gdansk.pl, przeszły do personalnego ataku na poszczególnych protestujących, wyrzucając im polityczne intencje, grzebiąc w życiorysach, atakując ich rodziny. Warto przeczytać raz jeszcze.

Gdansk.pl, portal miejski prowadzony przez zawodowych dziennikarzy i finansowany z pieniędzy podatnika, już wcześniej pełnił rolę użytecznego medium o właściwościach PR-owych, nigdy wcześniej nie zdecydował się jednak na frontalny atak w tak upolitycznionym stylu. Ta całkowicie nowa strategia po stronie gdańskiego magistratu, przywołuje na myśl metody władzy zza naszej wschodniej granicy.

Gdańscy decydenci zastosowali ten sam scenariusz w przypadku Anny Klimaszewskiej, matki dwójki dzieci, lokatorki zdewastowanego mieszkania komunalnego na Dolnym Migowie. pani Anna popełniła błąd nadmiernej uczciwości i z chwilą zgłoszenia zajęcia pustostanu sprowadziła na siebie atak Wydziału Gospodarki Komunalnej z wiceprezydentem Piotrem Grzelakiem na czele. Wedle relacji zaprzyjaźnionych społeczników w trakcie spotkania z przedstawicielami wydziału, pani Anna była „naciskana”, grożono jej konsekwencjami prawnymi, starano się wprowadzić atmosferę strachu. Nie wykonano żadnego gestu w stronę znalezienia cywilizowanego rozwiązania. Prawdziwy atak przyszedł jednak dopiero chwilę później, ponownie ze strony użytecznego portalu miejskiego.

W manipulacji, godnej mediów rodem z innej epoki, przeciwstawiono sobie interesy dwóch lokatorek – pani Anny i pani Barbary sugerując (niezgodnie z prawdą), że ta pierwsza, „skradła” tej drugiej przysługujący jej lokal. Najpewniej tylko  wniosek o udostępnienie informacji publicznej wykaże czy rzeczywiście mieszkanie przy ulicy Dolne Migowo miało być, jak twierdzi medium magistratu, przekazane mieszkance widniejącej na oficjalnej liście lokatorów. Jeżeli tak, nie zmienia to faktu, że urzędnicy szczujący jednych mieszkańców przeciwko drugim, wykorzystując do tego nominalnie neutralny portal miejski, przekraczają swoje kompetencje i nadużywają władzy. Jeżeli zaś okaże się, że cała sprawa z drugą mieszkanką oczekującą na lokal, stanowi zwyczajną manipulację obliczoną na „dobicie przeciwnika”, mielibyśmy już do czynienia z jaskrawym pogwałceniem standardów demokratycznego państwa prawa i zaufania na styku mieszkaniec-urzędnik.

Trzeci i ostatni przypadek zahacza o stosunek gdańskiej Platformy do jej opozycji wewnątrz i na zewnątrz Rady Miasta. Te relacje nigdy nie były ciepłe i familijne. O ile jednak stosunek do instytucjonalnej opozycji Prawa i Sprawiedliwości wpisuje się w teatralnie agresywne, ale w gruncie rzeczy nudne relacje kohabitacji (przede wszystkim ze względu na lenistwo i konformizm samego Prawa i Sprawiedliwości), o tyle nastawienie do dalszej opozycji z lewa i prawa zbyt często sprowadza się do kampanii oszczerstw i nieczystych zagrań. W trakcie ostatniej sesji Rady Miasta Gdańska działacze Partii Razem i Lepszego Gdańska wywiesili transparent przypominający o fatalnej organizacji akcji przeciwpowodziowej. Ani razu w toku następujących w mediach społecznościowych dyskusji radni, sympatycy i politycy Platformy nie odnieśli się do meritum sprawy (do Komisji Rewizyjnej trafiło kilkustronicowe pismo z prośbą o udzielenie informacji w tej właśnie sprawie), zamiast tego stawiając na przekaz emocjonalny i naklejanie łatek (populiści). Takie podejście to standard w polityce centralnej, natomiast na poziomie samorządu bywa inaczej.

W przypadku Gdańska zaskakuje skala takiego podejścia. Niemal wszystkie merytoryczne uwagi są mechanicznie odrzucane, z kolei każdorazowe zaproszenie do nieco ostrzejszej debaty spotyka się z murem oburzenia i niechęci, prowadzących z kolei do prób całkowitego odrzucenia dialogu (wy macie motywacje polityczne – nasze są czyste; wy jesteście populistami – my jesteśmy merytoryczni; my spieramy demokrację – wy antydemokratyczny rząd). Nawiązania do Orwella narzucają się same. Te płacze i lamenty są tym bardziej nieuzasadnione, że – pominąwszy mocniejsze hasła, które stanowią raczej wstęp do dyskusji niż jej zamknięcie –  opozycja (w całej szerokości) unika ataków ad personam. Tego samego nie można powiedzieć o gdańskiej Platformie, z prezydentem Pawłem Adamowicze na czele, który w jednym z ostatnich wywiadów postanowił wyciągnąć rodzinne i zawodowe zawiłości lokalnym aktywistom będącym w opozycji do polityki władz miasta.

Na koniec warto przypomnieć, że Gdańsk, ustami przedstawicieli radnych i prezydenta, ustawił się w awangardzie walki o demokrację. Najważniejsi urzędnicy z prezydentem na czele są regularnymi uczestnikami manifestacji KOD-u, Rada Miasta Gdańska wystosowuje apele o szanowanie wyroków Trybunału Konstytucyjnego, sam Paweł Adamowicz zawsze podkreśla swoje umiłowane dla wysokich standardów debaty publicznej. Jednocześnie te same osoby stosują strategie medialne popularne we wschodnich satrapiach, odmawiają swoim oponentom prawa do działalności publicznej (sami będąc zawodowymi politykami), naklejają wygodne łatki (populiści, zwolennicy PiS) celem uniknięcia normalnej dyskusji. Obrażają się na innych, jednocześnie sami tych innych atakują, starają się być w ciągłej ofensywie, nie potrafią przyznać się do ewidentnych błędów. Czy te jaskrawe zachowania to tylko chwilowy kryzys, błąd w sztuce, jakaś nowa strategia obliczona na trudne czasy? A może nic się nie zmieniło w nastawieniu władz, a potencjał drzemał w ukryciu od zawsze i dopiero zwiększona aktywność opozycji uruchomiła takie, a nie inne zachowania?

Niezależnie od motywacji jedno jest pewne: zachowując się w taki sposób Platforma Obywatelska potwierdza wszystkie złe opinie na swój temat i pogrąża się w jeszcze większym kryzysie.

Jędrzej Włodarczyk

3 thoughts on “Autorytarny zwrot gdańskiej Platformy

  • „Jeszcze nigdy ludzie ekipy PO nie reagowali na krytykę w tak agresywny sposób.”…”Ani razu w toku następujących w mediach społecznościowych dyskusji radni, sympatycy i politycy Platformy nie odnieśli się do meritum sprawy „… agresja poraża. Może autor tekstu zastanowiłby się co pisze. uniknąłby śmieszności…

    Reply
  • Dobrze napisany artykuł – opisujący obecną rzeczywistość w Gdańsku! Fajnie byłoby, jakby Gdańska Strefa Prestiżu zainteresowała się całym procesem wokół planowanej trasy „Nowa Politechniczna” (wł. teraz trasa Gdańsk-Południe Wrzeszcz), w szczególności odcinka tramwajowego przez ul. Bohaterów Getta Warszawskiego – na zgłaszane problemy mieszkańców – miasto je zignorowało. Jak się przyjrzy całej tej sprawie – to tu po prostu śmierdzi układem „prezydent-deweloperzy”. Pozdrawiam

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *