Dziedzictwo kulturowe dawnych terenów Stoczni Gdańskiej – kilka uwag uważnego słuchacza

Znaczną część słonecznej soboty – 14. 04. 2018 – spędziłem w sali BHP i w klubie Akwen przysłuchując się wypowiedziom prelegentów seminarium zatytułowanego: Dziedzictwo kulturowe dawnych terenów Stoczni Gdańskiej.

Część spośród prelegentów seminarium. Od lewej: Dominik Krzymiński (socjolog, UG), Tomasz Błyskosz (architekt, Narodowy Instytut Dziedzictwa), profesor Jacek Dominiczak (ASP Gdańsk), Agnieszka Kowalska (Pomorska Wojewódzka Konserwatorka Zabytków), profesor Marcin Gawlicki (KUL), doktor Tomasz Jeleński (INTBAU), Janusz Chilicki (Inicjatywa Społeczna: Nie dla Burzenia Stoczni Gdańskiej).
Część spośród prelegentów seminarium. Od lewej: Dominik Krzymiński (socjolog, UG), Tomasz Błyskosz (architekt, Narodowy Instytut Dziedzictwa), profesor Jacek Dominiczak (ASP Gdańsk), Agnieszka Kowalska (Pomorska Wojewódzka Konserwatorka Zabytków), profesor Marcin Gawlicki (KUL), doktor Tomasz Jeleński (INTBAU), Janusz Chilicki (Inicjatywa Społeczna: Nie dla Burzenia Stoczni Gdańskiej).

Ponieważ Strefa Prestiżu opublikowała artykuł zapowiadający konferencję zawierający wyczerpującą o niej informację, zatem zainteresowanych tematyką wystąpień i sylwetkami prelegentów do tej publikacji odsyłam, czując się z obowiązku przedstawiania owych uszczegółowień – zwolniony. Podkreślę tylko, że organizatorem wydarzenia a zarazem osobą czuwającą nad jego przebiegiem był Roman Sebastyański, urbanista, w czasach bardzo odległych muzyk zespołu Pancerne Rowery, a w czasach odległych mniej – współinicjator Kolonii Artystów, a więc osoba czynnie obecna w trójmiejskiej kulturze obu tak różnych epok oddzielonych cezurą roku 1989, co mówi o doświadczeniu i wiedzy.

Konferencja była bardzo wartościowa, jedyne zastrzeżenie jakie można by było mieć, to że po takiej różnorodności i obfitości wypowiedzi – nie stało już czasu i sił na dyskusję, wielu słuchaczy i prelegentów nie dotrwało do końca, i tego trochę szkoda. Przede wszystkim dlatego, że byłoby bardzo cennym zaproszenie tak fachowego grona do przedyskutowania jakiegoś możliwego planu czy strategii dla Gdańska, miasta które tak dramatycznie przetraca swój niebywały potencjał. Ale to, jak rzekłem, jedyne ważniejsze zastrzeżenie.

Zatem, nie jest moim zamiarem omówienie Konferencji – choć zaiste była na tyle ważna, że należałoby to uczynić, chcę jedynie przywołać kilka wybranych kwestii i podzielić się kilkoma refleksjami.

Od lat jestem przekonany, że w Gdańsku żyje wielu mądrych ludzi, a ten ogromny potencjał nie jest wykorzystywany. Widzę wielką dysproporcję między tym „ludzkim kapitałem” a tym, co z Gdańskiem robią jego administratorzy. Takim koronnym, wyrazistym a nawet drastycznym przykładem będzie tu osoba, nieżyjącego już Tomasza Bedyńskiego. Był on człowiekiem o wielkim talencie wyszukiwania kwestii ważnych, nośnych, z których miasto – zatem i jego mieszkańcy mogli mieć wielki pożytek. Przywołam tu rozpoznaną i nagłośnioną przez Tomasza kwestię określenia dzisiejszego kształtu Europy – ustalenia jej granicy na Uralu – przez gdańskich uczonych Filipa Kluwera i Daniela Gotlieba Messerschmidta. Tomasz zauważył, że na rok 2016 przypadnie podwójna okrągła rocznica: czterechsetna owego zdefiniowania wschodniego zasięgu Europy przez Kluwera (1616) i trzechsetna podpisania w Gdańsku, w czasie wizyty cara Piotra I, kontraktu na naukową wyprawę badawczą do Rosji, do jakiego to dzieła wyznaczony został D. G. Messerschmidt, a który w czasie tej wyprawy przeprowadzonymi badaniami terenowymi potwierdził ustalenia Kluwera. Było to razem niezwykłe osiągnięcie gdańskiej nauki – a i o tyle ważne dla nas współcześnie, że Kluwer w swoich pracach oparł się na naukowym (etc.) dorobku I Rzeczpospolitej (terminował na dworze króla Zygmunta III Wazy).

Tomasz Bedyński z wyprzedzeniem podnosił tę kwestię i monitował – również zespół przygotowujący aplikację Gdańska na konkurs o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Idea i monity Tomasza zostały bezprzykładnie zignorowane, Gdańsk mając taki atut wystąpił z enigmatycznym hasłem „wolność kultury – kultura wolności” i oczywiście przegrał.

Zatem – tak jak to obserwuję – w Gdańsku jest ogromny potencjał intelektualny, jest wielu ludzi oryginalnie myślących, mających znakomite przygotowanie i wiedzę, ludzi którzy mogliby zrobić bardzo dużo dla rozwoju naszego miasta, przyczynić się do nadania mu pięknego i mądrego kształtu, ale jakoś dziwnie ten wielki potencjał nie jest wykorzystany, czasem mam wrażenie jakby stosowano wobec tych ludzi procedurę rozśrodkowania o jakiej za czasów PRL uczono na lekcjach przysposobienia obronnego, stosowaną w przypadku zagrożenia użyciem Broni Masowego Rażenia. Tak to wygląda, iż ci ludzie owszem są, ale wypchnięci na obrzeża życia miasta, nie słuchani, ich myśli, idee nie są nagłaśniane, nie organizuje się wokół nich debat, trzyma się ich z daleka od „decyzyjnego jądra miasta”.

Również seminarium na temat Dziedzictwa kulturowego dawnych terenów Stoczni Gdańskiej było tego oczywistym przykładem – zostało ogólnie przemilczane, nie przybyła by wypełnić swoją misję publiczna telewizja, nie było telewizji miejskiej (Oficjalnego Portalu Miasta Gdańska – na który tak obficie łożą gdańscy podatnicy).
Dokonując najzupełniej subiektywnego wyboru spośród bogatego programu seminarium, wyróżniłbym wypowiedzi pana profesora Jacka Dominiczaka, który prowadzi arcyciekawe urbanistyczne badania Gdańska, a którego metodę nazwałbym strukturalną. Profesor – nie było czasu na zreferowanie, zatem może: zasygnalizował jako sposób na poprowadzenie naszego miasta, koncepcję dialogiczności, która, co podkreślił, nie musi oznaczać kompromisu. Przekładając swoją ideę na konkretne postępowanie urbanistyczne, profesor ujął rzecz tak: nowe budynki nie są po to, by zniszczyć te stare, ale aby pomóc im przetrwać. Zarazem wskazywał na bolesny gdański antyprzykład: rozłamanie porządku urbanistycznego przez cztery wieżowce stawiane przy ulicy Wałowej.

blokowiska przy ulicy Wałowej
blokowiska przy ulicy Wałowej

Profesor stwierdzając kryzys polskiej urbanistyki, która za jedyną ideę uznała politykę i ekonomię, wskazywał na konserwatorów, którzy mają swoje koncepcje, swoje rozstrzygnięcia co jest dobre a co złe i mają odwagę ich bronić. Zarazem powiedział rzecz bardzo ciekawą – oceniając powojenną odbudowę Gdańska jako ten jeden raz, gdy gdańska urbanistyka wyprzedziła świat. Ta koncepcja odbudowy wyprzedziła czas. Jest to tym bardziej znaczące i intrygujące, gdy uświadomimy sobie w jakich okolicznościach tej odbudowy dokonywano – przecież był to czas wojny domowej, stalinizmu, czas podstawowych braków narzędzi i materiałów – ale przede wszystkim polska inteligencja poniosła ogromne straty w czasie wojny! A nadto pamiętajmy o ogromnej dysproporcji z możliwościami dzisiejszymi – to jest nieporównywalne! Dzisiaj właściwie jedyną granicą tworzenia są granice wyobraźni. Gdy to sobie uświadomimy – ujrzymy jak jest to skrajnie dramatyczna sytuacja, jakim, jakiej miary upadkiem jest to, co ordynuje się dzisiaj Gdańskowi.

Wracając do konferencji, bardzo ciekawe, porządkujące były wystąpienia pana profesora Marcina Gawlickiego. kierownika katedry Projektowania Krajobrazu w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, w latach 2007 – 2010 dyrektora Krajowego Ośrodka Badań i Dokumentacji Zabytków i Przewodniczącego Komitetu do spraw Światowego Dziedzictwa w Polsce, a w latach 1991 – 2003 Pomorskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Profesor zreferował historię starań o wpisanie Gdańska na listę światowego dziedzictwa UNESCO zwracając uwagę na ważne kwestie procedury, przedstawił przebieg starań o wpisanie obiektów stoczniowych na listę zabytków.

Z wypowiedzi profesora Grzegorza Klamana chcę wyróżnić dwie sprawy. Pierwsza dotyczy monumentalnych form autorstwa profesora, form otwierających wystawę „DROGI DO WOLNOŚCI” ufundowanych na okoliczność obchodów 20-lecia „Solidarności”. W swoim czasie padły pod adresem profesora grube oskarżenia, jakoby w tak newralgicznym miejscu zrealizował apologię sowietyzmu – chodziło o jego „bramę nr 2” odnoszącą się do pomnika III Międzynarodówki projektu Władimira Tatlina. Przypomnijmy:

W 1919 roku radziecki plastyk W. Tatlin przedstawił projekt pomnika III Międzynarodówki, który szybko zdobył ogólnoświatową sławę.(…) Pomnik III Międzynarodówki mieścić miał w sobie zespół instytucji rządowych ogólnoświatowego państwa przyszłości. Pomieszczenia biurowe tych urzędów osadzone miały być w szkielecie konstrukcji metalowej, będącej gigantyczną podwójną spiralą o wysokości 400 metrów. Zdaniem Tatlina, dynamizm nowych prądów społecznych mógł być wyrażony jedynie w formie spirali. (…) Forma ta (…) była wyrazem idei postępu społecznego, utożsamiała zjednoczenie się narodów świata w III Międzynarodówce. (J.S. Lebiediew, Architektura i bionika.)

Kształt wieży przypomina teleskop (jej czubek celuje w Gwiazdę Polarną), ale i Wieżę Babel z obrazu Bruegla. (…) Gmach miał sławić potęgę komunizmu (…).
Wewnątrz spiralnej konstrukcji miały znajdować się trzy pomieszczenia: sześcian (przeznaczony na salę konferencyjną), piramida (administracja) oraz cylinder (urzędy odpowiedzialne za propagandę). Całość miała mieć ok. 400 m wysokości. (…) każdy z elementów Pomnika miał obracać się w innym tempie, wskazując upływ dni, miesięcy i lat. Na szczycie zaś Tatlin chciał umieścić projektor, który wyświetlałby propagandowe slogany na chmurach.

Grzegorz Klaman stworzył swoją „Bramę nr 2” jako akt dekonstrukcji formy stworzonej przez Tatlina, i zatem idei przez nią wyrażonych, co jest więc dokładnie spójne z tym, co miało miejsce w stoczni – tu rozkładano system i to jest wyrażone dziełem Klamana – nie ma tu jakiegokolwiek neosowieckiego sabotażu o jaki pomawiano artystę. Jedynie, co może jest gorzką puentą, nie od rzeczy będzie przywołać, że stoczniowcy upadającej Stoczni Gdańskiej nazywali dzieło Klamana „bramami puszczonych z torbami”.
Niewątpliwie owo opisane nieporozumienie jest wyrazistą ilustracją dramatycznego stanu mediów w Gdańsku – i jego dramatycznych konsekwencji. Braku Rozmowy.

„Bramy nr2” monumentalna rzeźba autorstwa Grzegorza Klamana
„Bramy nr2” monumentalna rzeźba autorstwa Grzegorza Klamana

Z wypowiedzi profesora Grzegorza Klamana chciałbym wydobyć jeszcze jedną kwestię, z pozoru niepozorną, ale znów o zasadniczym, o kapitalnym znaczeniu. Profesor przedstawił, między innymi, artystyczną akcję wyratowania, często ze złomowisk – domków robotników, to znaczy pospawanych ze stalowych blach małych, przenośnych baraczków, budek, pakamer o formacie jakby przyczep kempingowych. Takich przenośnych (przestawianych dźwigiem) pomieszczeń, w których w czasie pracy mogli się ogrzać, wypić herbatę. I, co podkreślał profesor, bywało – były to miejsca, gdzie robotnicy ukryci przed wzrokiem niepożądanych obserwatorów rozmawiali, spiskowali, to w takich miejscach tliło się zarzewie przyszłych strajków. Z punktu widzenia architektury, urbanistyki, w optyce wielkiej historii – te budki to są śmieci, ale właśnie tu chwytamy ten problem, bo historia bywa nieokazała, jej okoliczności śmierdzące, brudne. Przyzwyczajani jesteśmy do ujmowania historii w hieratyczne gesty pomników, ale oto prawda historii bywa inna: wielki ruch rodził się w cuchnących pakamerach, gdzie chowano się przed kierownikiem, gdzie, bywało, pito wódkę. gdzie wyklinano komunę i Ruskich.

Świadectwa historii bywają brudne, jakich byśmy nie chcieli, śmierdzące, krzywe, byle jakie – jak te „budki buntu” – ale właśnie ich prawdziwość, autentyczność jest cenna. W odniesieniu do nich potężne salony i ogrody Europejskiego Centrum Solidarności – okazują się fałszem. Jak nikt na przykład: obozów koncentracyjnych nie upamiętnia stawianiem ogromnych baraków-salonów w miejscu wyburzonych historycznych, tak i w tym przypadku musimy zauważyć jakiś podejrzany, kuriozalny akt. Nie o to chodzi, że stawia się nowoczesną budowlę – przeznaczoną przecież do innych celów – aby odbywać w niej spotkania, projekcje, koncerty etc., oczywiście nie o to chodzi, ale o to, że utylizuje się, sczyszcza się historię. A historia wysterylizowana – znaczy bezpłodna.

Historia owszem, bywa nieudała, nieokazała, brudna ale gdy ją wyprostujemy, wyczyścimy to jak przyszłe pokolenia mają zrozumieć dlaczego właściwie był ten bunt, co takiego było w tamtej sytuacji, że była tak bardzo nie do zniesienia? Niewolnicy budujący statki dla imperium ogrzewali się w takich blachobudach. Tak żyli, tak byli traktowani. Komuś zależy na zamazaniu tej historii? Dlaczego?

Zresztą – stoczni na świecie jest mnóstwo, szczególnością tego akurat miejsca, tu w Gdańsku, nie jest to, że budowano tu statki, ale to, że tu powstała „Solidarność” – i to właśnie powinno być wyrażone architekturą tej budowli, Europejskiego Centrum Solidarności. Tymczasem zupełnie tego nie wyraża, nie przenosi, raczej – szczególnie od północy – ma charakter zamczyska, jest totalna, nieprzystępna. Zauważmy też – główne wejście do ECS jest tak architektonicznie schowane, że trzeba ustawiać drogowskazy, aby ludzie znajdywali do niego drogę, to też jest zaprzeczeniem idei solidarności – ta budowla nie zaprasza, nie wita, nie przygarnia. Nie mówi: witaj przyjacielu!

Zamczysko ECS
Zamczysko ECS

I tu nawiążę z kolei do – znów – bardzo ciekawej wypowiedzi pana Tomasza Błyskosza, architekta, kierownika Oddziału Terenowego w Gdańsku Narodowego Instytutu Dziedzictwa. Wypowiedzi na temat budynku dawnej stoczniowej stołówki, która nie została objęta opieką konserwatorską, gdy do rejestru zabytków wpisywano Plac Solidarności, i niedługo później została zburzona. Pan Tomasz Błyskosz przypomniał archiwalne zdjęcia wykazując jak kluczowe znaczenie dla całego założenia miał budynek stołówki, bez niego Brama nr 2 i Biuro Przepustek utraciły swój historyczny wymiar, sens, są wyabstrahowane, odarte ze znaczenia, są wydmuszkami historii. Podobnie zresztą zadziałało wycięcie rzędu topoli – i te drzewa i stołówka były wyrazistą ramą bramy jako miejsca przejścia, dramatyzowały je. To tu ci z wewnątrz – strajków – stykali się z tymi przychodzącymi ich wesprzeć, dowiedzieć się. Cały ten dramatyzm, to skupienie go w tym wąskim odcinku na tych kliku metrach – unicestwiono.

Ale, chcę tu dodać, że w czasie strajku w 1988 roku stołówka odgrywała bardzo ważną rolę, jako „centrum operacyjne” strajkujących. A ponadto cenne – znów: jako świadectwo, jako smak tamtej rzeczywistości, było wyposażenie wnętrza stołówki, w tym meble wyspawane z giętych rur, wykonane w stoczni przez robotników. Mogłaby tam dziś funkcjonować „jadłodajnia”, gdzie podaje się dania według receptur z epoki, na talerzach z epoki. To uzupełnione o multimedia pozwoliłoby posmakować tamtego czasu. I to wszystko było gotowe – depozyt, kapsuła czasu, która przetrwała, przemieściła się w czasie i była. Zgoła nic by to nie kosztowało. Nie – ktoś uparł się, by to zniszczyć.

Kilkakrotnie w czasie seminarium powracała kwestia – jak powinna nazywać się dzielnica powstająca na terenach dawnej Stoczni Gdańskiej. Najbardziej przekonująco przeciw nazwie: Młode Miasto wypowiedział się pan Roman Sebastyański, sięgając najgłębiej, argumentując, że to Krzyżacy wymyślili tę nazwę, a czas ich rządów zaczął się od rzezi i był czasem niewoli, a nie wolności miasta – w końcu przecież gdańszczanie przegnali ich – i zamek ich zburzyli. I w tym sensie nadawanie krzyżackiej nazwy dzielnicy, która ma kojarzyć się z wolnością i solidarnością jest mocno nie na miejscu. Uczestnicy seminarium opowiadali się za nazwą związaną ze stocznią: „Gdańsk Stocznia”, albo: Stocznia „Solidarność”.

Ludzie mądrzy, mający wrażliwość, wyobraźnię, wyczucie – zazwyczaj są kulturalni, nie rozpychają się, nie są hałaśliwi, nie postępują brutalnie. Mówią spokojnie, w wyważony sposób, o rzeczach które większości gdańszczan zdają się może zbyt specjalistyczne, w gruncie rzeczy mało ważne, w które większość gdańszczan raczej się nie zaangażuje, o które się nie upomni. Bo każdy ma dosyć swoich spraw, ważnych, życiowych, codziennych. Ale tak naprawdę sprawy, o których jest mowa są ważne dla wszystkich mieszkańców. Od tych spraw zależy jak jesteśmy postrzegani, czy jako głuptasy do strzyżenia czy jako ktoś, kogo warto traktować poważnie. Od tego zależy jacy ludzie tu będą przyjeżdżać – i po co, czy: szukając poważnej refleksji, czy z uwagi na tani alkohol i prostytutki – i żeby się pośmiać. Czy będziemy tylko biorcami zleceń – czy nasze szczególne doświadczenie potrafimy mądrze pokazać, czy będą przyjeżdżać tu ludzie by się czegoś właśnie nauczyć – po mądrość i przestrogę tu, do miejsca gdzie – symbolicznie – zaczęła się i zakończyła II wojna światowa – czy nie jest to intrygujące, czy nie daje do myślenia?

Pamiętamy co powiedział Neville Chamberlain, gdy Hitler żądał Sudetów: To straszne, dziwaczne, niesamowite, że mielibyśmy kopać rowy i zakładać maski gazowe z powodu kłótni w jakimś dalekim kraju, między ludźmi, o których nic nie wiemy. To, jak jesteśmy postrzegani we współczesnym świecie i w naszym położeniu jest niezwykle ważne. To nie są żarty. Dlaczego sami niszczymy nasze skarby, marnujemy nasze możliwości? Tak trudno o tym pomyśleć, tak trudno o to zadbać?

Zbigniew Sajnóg

8 thoughts on “Dziedzictwo kulturowe dawnych terenów Stoczni Gdańskiej – kilka uwag uważnego słuchacza

  • Jan III Waza? Jan III nazywał się Sobieski, o ile pamiętam.
    A Vasa, jeżeli III, to Zygmuś

    Reply
      • Pomyłka, pomyłka, najmocniej przepraszam – oczywiście chodzi o króla Polski Zygmunta III Wazę. Stryj Filipa Kluwera, Szymon przyjaźnił się z Tiedemanem Giese sekretarzem królewskim ds. gdańskich, ojciec Filipa korzystając z tej znajomości spowodował umieszczenie syna na dworze królewskim. Franciszek Siarczyński, „Obraz wieku panowania króla Zygmunta III Wazy”; Filip Kluwer „po prostu chował się na dworze”. Najprawdopodobniej było to w latach 1596-1600. Gdyby ktoś z szanownych Państwa Czytelniczek i Czytelników był sprawami tymi zainteresowany – napisałem o tym większy artykuł, oto link:
        http://www.nck.org.pl/uploads/files/2016/Totart_Wroclaw.pdf

        Reply
  • Kwestia dialogu gdańskiej administracji z ludem pracującym i inteligencją miasta i okolic w zasadzie ogranicza się do stawiania tych ostatnich wobec faktów dokonanych. Niewiele da się tutaj zrobić. System podejmowania decyzji za bardzo się już scementował. Ostatnie wydarzenia, dla przykładu – kolejna kilkunastominutowa ulewa, która wykazała katastrofalny stan drenażu miasta wywołany jego zabetonowaniem, a także przypadkowe odkrycie kazamat Bastionu Wiebego w miejscu, gdzie po wykoszeniu pięknych drzew dumnie miał stać piętrowy parking, to chyba jedyne co może jeszcze popsuć błogi sen miejskich urzędników. Nie poradzą tu nawet Matka Natura i Pani Historia – betonowanie będzie trwać, a nieszczęsny bastion się zasypie.

    Na koniec mała dygresja. Zwolennicy zabudowy w nowoczesnym betonowo-stalowo-szklanym stylu twierdzą, że ma to być współczesny wkład w kalejdoskop architektonicznej tkanki miejskiej, którą przyszłe pokolenia będą podziwiać i kojarzyć z przełomem stuleci i intensywnym rozwojem miasta. Sęk w tym, że po naszej XXI-wiecznej cywilizacji pozostanie w zasadzie tylko zagrzebany w ziemi laminat, bo wielkie konstrukcje galerii handlowych, muzeów, czy osiedli deweloperskich po prostu rozpadną się wymuszając ponowną zabudowę zajmowanego terenu. A wszystkiemu, jak demiurg, przyglądać się będą kamienice Głównego Miasta…

    Reply
  • Dziękuję Uważnemu Słuchaczowi za ten wnikliwy i merytoryczny artykuł.
    Coś by się powinno czynić, aby Gdańsk nie był byle jaki i pospolity, władany przez ludzi łatwych rozwiązań, nie zakorzenionych w Gdańsku.
    Problem w tym, że ani w Dzielnicach Gdańska, ani w Londynie nawet podobnie, na debaty o dalszym losie miasta wobec planów developerów i administracji nie przychodzą miejscowi ludzie. Zbyt wielu w drogich miejscach jest wynajmujących czasowo, uchodźców, czy ….zostawiających wybór władzom. A jeśli już przybywają i uchwalają w swojej sprawie, to administracja, urząd dzielnicy czy Rada Miasta i tak tego nie szanuje i robi swoje. Przedstawianie mieszkańcom planów pod dyskusję i ich wybory są tylko sposobem wypełnienia porządku formalnego dla zmian już przesądzonych, nie są honorowane, jak choćby wieżowce w Oliwie przylepione do osiedla.
    I pewnie zamontuje się na nich anteny anteny promieniujące elektromagnetycznie już od odległości 200 m od wieżowca, czyli na osiedle ludzkie i szkołę podstawową- także bez informowania i zgody mieszkańców.
    Mnie się bryły Muzeum Solidarności i Teatru Szekspirowskiego nie podobają, bo rażą w tej przestrzeni. Owszem, są na swój sposób każda, jako całość sztuką architektury naszych czasów, ale …nie w tym otoczeniu dobrze wypadają. Zwłaszcza Teatr Szekspirowski. Wygląda jak katakumby, każdy jęczy kto to zobaczy. Architekci natomiast są zadowoleni z materiałów użytych i ekstrawagancji. Te stare budowle obok w otoczeniu dyskredytują te nowoczesne przez porównanie i dzięki kunsztowi detalicznemu jak i „promieniowaniu ” bryły. W zasadzie wszyscy mają podobne odczucia i wyrażają to choć się ich o to nie pyta.
    – To nie jest duplikat !! –

    Reply
  • Dziękuję Uważnemu Słuchaczowi za ten wnikliwy i merytoryczny artykuł.
    Coś by się powinno czynić, aby Gdańsk nie był byle jaki i pospolity, władany przez ludzi łatwych rozwiązań, nie zakorzenionych w Gdańsku.
    Problem w tym, że ani w Dzielnicach Gdańska, ani w Londynie nawet podobnie, na debaty o dalszym losie miasta wobec planów developerów i administracji nie przychodzą miejscowi ludzie. Zbyt wielu w drogich miejscach jest wynajmujących czasowo, uchodźców, czy ….zostawiających wybór władzom. A jeśli już przybywają i uchwalają w swojej sprawie, to administracja, urząd dzielnicy czy Rada Miasta i tak tego nie szanuje i robi swoje. Przedstawianie mieszkańcom planów pod dyskusję i ich wybory są tylko sposobem wypełnienia porządku formalnego dla zmian już przesądzonych, nie są honorowane, jak choćby wieżowce w Oliwie przylepione do osiedla.
    I pewnie zamontuje się na nich anteny anteny promieniujące elektromagnetycznie już od odległości 200 m od wieżowca, czyli na osiedle ludzkie i szkołę podstawową- także bez informowania i zgody mieszkańców.
    Mnie się bryły Muzeum Solidarności i Teatru Szekspirowskiego nie podobają, bo rażą w tej przestrzeni. Owszem, są na swój sposób każda, jako całość sztuką architektury naszych czasów, ale …nie w tym otoczeniu dobrze wypadają. Zwłaszcza Teatr Szekspirowski. Wygląda jak katakumby, każdy jęczy kto to zobaczy. Architekci natomiast są zadowoleni z materiałów użytych i ekstrawagancji. Te stare budowle obok w otoczeniu dyskredytują te nowoczesne przez porównanie i dzięki kunsztowi detalicznemu jak i „promieniowaniu ” bryły. W zasadzie wszyscy mają podobne odczucia i wyrażają to choć się ich o to nie pyta.

    Reply
  • Chapeau bas! Świetny artykuł.

    Reply
    • Uprzejmie dziękuję.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *