Kim zostać?

Jako, że czas jakby już po temu (sześćdziesiątka pękła) – zaczynam się zastanawiać, kim tu zostać, jak już dorosnę.
O ile w ogóle, bo idzie mi to jakoś gnuśnie i nie wiem, czy natura pozwoli doczekać tego przereklamowanego momentu.

Rozglądając się wokół  stwierdzam, że możliwości są dość ograniczone.
Wiele zajęć, które przewijają się jako marzenie, w życiu mężczyzny (lub kandydata na…) jest już niedostępnych – z wielu przyczyn. Wiekowych – również.

Strażakiem-ochotnikiem nie zostanę mimo, że był to chyba pierwszy fach, jaki mi się podobał. Ale wtedy miałem z pięć lat i nie wiedziałem, że ludzie są stosunkowo łatwopalni. Obecnie, wyobraźnia nie dałaby mi żyć.
A i kolor czerwony nabrał z latami jakiegoś pejoratywnego wydźwięku.

Wzorem Zenka Laskowika mógłbym zostać listonoszem. Też kiedyś mi się podobało.
No tak, tylko do tego zawodu trzeba mieć predyspozycje. Wątrobę i trzustkę jak koń i pociąg do emerytek.
Podobno ciężko się opędzić. Od emerytek to (może) jeszcze bym dał radę się wywinąć, ale gorzałka mogłaby być problemem, bo ma się (jednak) te małe patologie.
No i noszenie dodatkowej, skórzanej torby z przodu jakoś mnie zniechęca.
Jedna wystarczy.

Ginekolog – kiedyś widziałem w tym zawodzie wiele dobrego.
W latach późniejszych mój (smętnej pamięci) przyjaciel Branko (ginekolog) zniechęcił mnie jednak do tego pomysłu.
Okazuje się, że nawet tak atrakcyjny i widowiskowy zawód też się może znudzić.
Jemu – po miesiącu praktyki w ZUS-owskiej przychodni…
I uwierzyłby kto?

(Do dziś mam ukryty sentyment do tego zajęcia. Czasami nawet popraktykuję, ale jedynie po amatorsku.
No dobra – nie będę rozwijał, bo nie chcę, żeby mój blog stał się wspomagaczem dla „miłości na własną rękę” – że zacytuję jednego z krytyków filmowych – Zygmunta Kałużyńskiego.)

Alternatywnie – mógłbym założyć agencję towarzyską. Tyle, że być właścicielem i głównym klientem…
Nie wróżyłoby to wiele dobrego.
A i moja Wierna (…) Małżonka pewnie wyraziłaby swój entuzjazm w sposób oryginalny i niekoniecznie dający szanse na przeżycie…

Seksu za pieniądze też nie mógłbym uprawiać.
Nie żebym miał jakieś hamulce psychiczne, nie.
Ale z moją atrakcyjną urodą i ostatnimi wynikami  to raczej nie zarobiłbym nawet na fajki.
Chyba, że w Laskach, w pobliżu instytutu dla niewidomych. Tam mogłoby być trochę łatwiej.
Tyle, że pies-przewodnik mógłby chcieć się podłączyć.
A to raczej niezbyt mieści się w moich preferencjach.
Nawet za kasę.

Gejem (za kasę) też już nie zostanę. Chociaż lobby gejowskie ma ostatnio bardzo silną pozycję w biznesie i polityce. A poza tym, miło mieć poczucie, że chociaż pod jednym względem człowiek nie dał się jeszcze rozprawiczyć.
Dodatkowo, wyrobiony latami odruch – nie dać się wydymać przez ojczyznę, klientów, „przyjaciół” i wiele innych opcji – powodowałby u mnie permanentny dupościsk.
A w tym fachu trzeba być raczej otwartym.

Gonić kolegi Gates’a też mi się już nie chce.
Robiłem to ostatnie kilkanaście lat. Bez przyjemności i z efektami połowicznymi.
Poza tym ja już wiem (!), że kasa to jednak nie wszystko.
Jak się ma to, co dusza zapragnie, to kasa w ogóle nie jest potrzebna.
Inna sprawa, że chodzi o to, by dusza nic nie chciała – wtedy ma się wszystko! Ale do tego trzeba urodzić się gdzieś w Indiach albo jakim Tybecie.
Może następnym razem.

Mógłbym zostać jakim guru.
Po około 30-tu latach praktyki pod hasłem „Zabawa z Energią” miałbym pewne szanse. Tyle, że ja mam feler psychiczny. Nie lubię wkręcać ludzi. Taka usterka w mózgu.
Zostawię to Rydzykom, Nowakom, kolegom „adin-dwa-tri” i innym łyżeczko-zginaczom, czy też mózgo-zginaczom. Zostawię -. mimo, że jest to dobra fucha.
Ponieważ naiwność ludzka obok kobiecej próżności  jest jednym z lepszych napędzaczy kasy.

Zostać rencistą też jakoś mi nie pasuje.
Choć na głowę to pewnie już bym dostał. Wystarczyłoby dać tego bloga do poczytania szanownej komisji.
Ale status rencisty jest w kraju jakiś taki lekko do dupy. Taki wyprysk na zdrowym ciele szarego podatnika. Każdy mógłby mi wyświecać w oczy, że żyję za jego harówkę.
A ja chciałbym ambitniej jakoś.

Mógłbym coś napisać.
Ale przecież przy dzisiejszym poziomie czytelnictwa, to wystarczy skserować w 10-egzemplarzach, żeby zalegało półki latami.  Chyba, że potraktować to tak, jak większość zawodów w moim kraju – niedochodowo.
Ot tak, bo trzeba coś robić.
Jak robotnik w fabryce, stoczniowiec, czy panienka w markecie.
Tyle, że ja jestem fatalnie skonstruowany. Mnie się niestety (mimo wszystko) wysiłek kojarzy z uczciwym wynagrodzeniem.  Wiem, że jestem kretynem socjalnym, ale co poradzę.

Dobra, na dzisiaj dość tego myślenia. I tak podniosłem niebezpiecznie średnią krajową.

Kiedyś się jeszcze zastanowię.
Kiedyś – to taki dobry termin – prawda?

(foto: nf.pl)

Piotr Adrian Donder

3 myśli na temat “Kim zostać?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *