Komety – od strachu do naukowej fascynacji – część 1

Osiem złośliwych efektów kometa przynosi
Wiatr, niepłodność, narody cne powietrzem kosi
Powódź, wojny, ziemi straszne się trzęsienie
Śmierć wodzów i bogatych, królestw w proch zniesienie.
Za czym trzeba dobroci boskiej z nieba żebrać
By raczyła gwiazd złości tu od nas odebrać.
A przepuścić na karki krnąbrne otomańskie
Na meczety, hardość i błędy pogańskie.

(uwspółcześniony językowo cytat z dzieła Kaspra Stanisława Ciekanowskiego „Abryz Komety z astronomiczney y astrologiczney uwagi pod meridianem krakowskim od dnia 29 Grudnia roku 1680 aże do pierwszych dni Lutego 1681 wyrachowany”)

Książkowy arsenał kometarnej wiedzy dostępny rodzimym miłośnikom astronomii w latach 80-tych XX wieku
Książkowy arsenał kometarnej wiedzy dostępny rodzimym miłośnikom astronomii w latach 80-tych XX wieku

W kometach zauroczyłem się już jako dziewięcioletni chłopiec, któremu podczas buszowania w elbląskim antykwariacie cudem wpadła w ręce fascynująca książka Andrzeja Marksa „Pod znakiem komety” (wyd. 1985). Autor z polotem opisywał w niej historię kometarnych badań, rozwój wiedzy na temat ogoniastych gwiazd, wkład Polaków w tą dziedzinę astronomii, analizował historyczne zapiski na temat wielkich komet na przestrzeni stuleci i wiele innych interesujących kwestii. Książka ta do dziś zajmuje ważne miejsce w mojej astronomicznej bibliotece, służąc również i teraz, gdy kreślę te słowa. W połowie lat 80-tych, kiedy na ziemskim niebie spodziewano się powrotu słynnej komety Halleya, a cały naukowy świat skupiony był na szerokim spektrum badań kosmicznego gościa – zarówno z pomocą teleskopów naziemnych, jak wysłanej flotylli sond kosmicznych, tematyka kometarna nie schodziła z pierwszych stron astronomicznych periodyków. W schyłkowym okresie PRL nie było ich jednak zbyt wiele. Stricte astronomiczne treści prezentowała tylko Urania, stały dział astronomiczny znajdował się w Młodym Techniku, czasem drukowała krótkie teksty Delta i Problemy. Ku radości miłośników astronomii, uzupełnieniem tychże periodyków był istny rodzimy wysyp kometarnych publikacji książkowych. Poza wspomnianą na wstępie pojawiły się bowiem takie pozycje jak „Jak obserwować komety?” Stephana J. Edberga (wyd. 1985), „Kometa Halleya” Hieronima Hurnika (wyd. 1985), „Bliżej komety Halleya” Krzysztofa Ziołkowskiego (wyd. 1985), „Kosmiczny gość – kometa Halleya” Kazimierza Schillinga (wyd. 1985), czy w końcu „Komety – ciała tajemnicze” Stanisława Brzostkiewicza (wyd. 1985). Na tle ówczesnego mizernego stanu polskiego wydawnictwa i poligrafii, a także stałego w nich deficytu astronomicznych treści, rok 1985 był więc prawdziwym ewenementem, który jeśli idzie o komety nigdy wcześniej ani później się nie powtórzył.

Można się jednak zapytać, po co tyle zachodu z tymi kometami? Odpowiedź jest prosta. Dlatego, że są to jedne z najbardziej nieprzewidywalnych ciał niebieskich jakie możemy obserwować na naszym niebie. Pojawiają się kiedy chcą, skąd chcą, bogactwo form i kształtów wypełniłoby wielotomowe albumy, a każda kolejna kometa i tak różniłaby się od poprzedniczki. Komety zaskakują nagłymi pojaśnieniami, które z niepozornych obiektów potrafią uczynić doskonale widoczne w lornetkach lub nawet gołym okiem. Najjaśniejsze komety przez wiele tygodni były ozdobą rozgwieżdżonego firmamentu, a ich długie warkocze ciągnęły się przez całe sklepienie niebieskie. Dawniej, kiedy obserwacji dokonywano głównie wizualnie, komety zdawały się być bardzo ulotne, gdyż pozostawało po nich tylko wspomnienie, ewentualnie ołówkowe szkice w dzienniku obserwacyjnym, litografie, czy obrazy. Tylko z rzadka udało się komuś wykonać prostą fotografię na płycie szklanej lub kliszy. Dziś, kiedy robienie zapierających dech w piersiach astrofotografii nie jest już zarezerwowane tylko dla profesjonalistów, prawie każda nowa kometa doczekuje pokaźnej galerii cyfrowych obrazów, wiernie dokumentujących czas jej kosmicznego brylowania wśród gwiazd.

Dla zawodowych astronomów komety są interesujące jeszcze z innego powodu. Reprezentują one pierwotny budulec Układu Słonecznego, co pozwala nam na bezpośrednie badania jego początków, warunków w jakich się formował, a także wpływu komet na kształtowanie się oblicza wczesnej Ziemi. W niniejszym eseju przyjrzymy się bliżej gwiazdom z warkoczem, które z perspektywy drugiej dekady XXI wieku stały się nam jeszcze bliższe, choć wciąż tajemnicze i zaskakujące.

W barwnym świecie guseł i zabobonów
Wrażenie jakie wywołuje jasna kometa widoczna na nocnym niebie jest trudne do opisania, nawet z perspektywy współczesnego człowieka. To mieszanka zachwytu i fascynacji, okraszonych przemożnym wewnętrznym pytaniem „cóż to takiego jest i skąd się wzięło?!”. Z takimi obiektami z pewnością mieli do czynienia pierwotni przedstawiciele ludzkiego gatunku, a później pierwsi z tych, którzy zaczęli zadawać sobie pytania na temat natury otaczającego ich świata. Ich niewiedza skazywała na domysły, wiązanie komet ze zjawiskami nadprzyrodzonymi, lub szukanie ich genezy w pospolitych zjawiskach spotykanych na Ziemi. Jeszcze w XIX wieku, choć nauczono się dokładnie obliczać ich orbity, nie wiedziano do końca czym komety są. Niektórzy uważali je nawet za poruszające się w przestrzeni kosmicznej skutki wybuchów na planetach Układu Słonecznego.

Starożytne chińskie zapiski dotyczące rozmaitych kształtów kolejnych obserwowanych komet
Starożytne chińskie zapiski dotyczące rozmaitych kształtów kolejnych obserwowanych komet

Szczegółowe i skrupulatne obserwacje komet prowadzili dawni chińscy astronomowie. Ich zapiski od starożytności do końca średniowiecza obejmują pojawienia się kilkuset jasnych komet (gwiazd-mioteł, krzaczastych gwiazd), które obserwowane były nieuzbrojonym okiem. W Kraju Środka były jednoznacznie złym omenem, zwiastującym zachwianie równowagi yin i yang. Cztery tysiące lat temu Babilończycy uważali, że komety są zjawiskami atmosferycznymi mającymi związek z ogniem. Pogląd ten z niewielkimi modyfikacjami, utrzymywał się również w czasach Ksenofanesa (570-ok. 470 p.n.e.), dla którego były to płonące chmury, Arystotelesa (384-322 p.n.e.), uważającego komety za ogniste zjawiska atmosferyczne zachodzące w wyniku zapalania wyziewów ziemskich przez promienie słoneczne, czy Boetosa (1 w p.n.e.), który traktował komety jako ogniste wiatry. Seneka Młodszy (4 p.n.e.-65) zauważył, że komety nie podlegają unoszeniu przez wiatr, zatem muszą znajdować się poza atmosferą. Przyjął zatem, że komety to pozaziemskie ogniste ciała niebieskie, w czym wyczuwa się odległe echo poglądów Anaksymandera (610-545 p.n.e.). Motyw pozaziemskiego ognia pojawiał się też w XVII-wiecznych teoriach Tycho Brahe (1546-1601), Jana Heweliusza (1611-1687) i Giovanni Cassiniego (1625-1712). Inne formułowane wtedy teorie pochodzenia komet mówiły, że są to blade odbicia światła słonecznego od wysokich chmur, opary wyrzucane ze Słońca, opary wyrzucane z odległych gwiazd, czy w końcu że komety są ciałami pokrewnymi planetom.

Nauka europejska przez blisko 2000 lat miała o kometach pojęcie, które w zasadzie pokrywało się z poglądami Arystotelesa. Pokłosiem bezgranicznego zaufania ideom greckiego filozofa było też skrajnie negatywne wyobrażenie o roli komet w historii świata i życiu zwykłego człowieka, czego przykładem jest żartobliwy ze współczesnego punktu widzenia, a zupełnie na poważnie traktowany w swojej epoce, wierszyk otwierający to opracowanie. Innym, klasycznym już i często przywoływanym cytatem, pochodzącym z dzieła Kaspra Ciekanowskiego (?-1698), jest wywołująca wesołość staropolsko-arystotelesowska definicja gwiazdy z ogonem (tym razem wersja nieuwspółcześniona):

„(…) Kometa jest wapor gorący y suchy, tłusty y lepki mocą gwiazd z Ziemie wyciągnieny aż pod Sphere Ognia wyniesiony y tamże zapalony bieg swoy oraz z trzecią powietrza krainą w koło Ziemie odprawujący (…)”

Strona tytułowa cytowanej pracy Kaspra Stanisława Ciekanowskiego
Strona tytułowa cytowanej pracy Kaspra Stanisława Ciekanowskiego

Arystoteles wiązał pojawienie się ogoniastych gwiazd z klęskami żywiołowymi – suszami, burzami, powodziami i innymi kataklizmami, wobec których jesteśmy zupełnie bezradni. W rodzimej historiografii ten starożytny pogląd kultywował Jan Długosz (1415-1480), który chętnie wspierał przykładami twierdzenia greckiego filozofa. W jego obszernym dziele „Annales seu cronicae incliti Regni Poloniae” (Roczniki, czyli kroniki słynnego Królestwa Polskiego), zawarł wiele interesujących kometarnych opisów, o jakże barwnej treści:

1024 – (…) Przepowiednią dość wyraźną była jego (Bolesława Chrobrego) śmierci była kometa, wielkim światłem błyszcząca tak, iż ludzie zaraz zmiarkowali, że męża i króla wielkiego niebo wezwie do swej chwały (…)

1211 – (…) W miesiącu maju w tym roku ukazała się kometa, która kierując ogon i żagiew ze wschodu na zachód świeciła przez osiemnaście dni i wysuwając się bliżej ku krajom ruskim wróżyła klęskę, którą w następnym roku zadali im Tatarzy (…)

1264 (…) Pojawiła się kometa czyli gorejąca, ognista gwiazda tak wielka i osobliwa, jakiej nie widział nikt ze współcześnie żyjących (…) Pierwszego dnia po jej pojawieniu się zaczął wpierw chorować papież Urban i w ostatnim dniu komety, a mianowicie ostatniego września, zmarł w Perugii po trzech latach i miesiącu rządów. Iżby nie zdawało się, że ta kometa nie wróżyła niczego innego, jak tylko bliską śmierć papieża, wywołała ona jednak w Polsce inne następstwo. Kiedy bowiem zgasła, nastąpił pomór bydła (…)

1378(…) Dnia dwudziestego dziewiątego miesiąca września ukazała się na niebie między Baranem i Bykiem gwiazda ogoniasta, kometą zwana, która od zachodu ku wschodowi w okolicę Niedźwiedzicy Większej bieg i miotłę zwracając, szybko się posuwała. Trwała tylko przez pięć nocy, przepowiednia przyszłego rozerwania w Kościele
i odmian tak w świecie duchownym, jako i rządach, które w tym roku nastąpiły (…)

1466(…) Z tym proroctwem św. Brygitty połączyło się jeszcze zjawisko niebieskie. Kometa bowiem, jak wyżej powiedzieliśmy, przez dwa lata trwająca, zwiastowała długą i straszną wojnę i wyrugowanie Krzyżaków z ziem, które byli przemocą zagarnęli (…)

1472(…) W początku miesiąca stycznia roku bieżącego, kometa wielka, którą gwiazdarze zowią kometą panującą wznoszącego się nieba, nikłości i natury Merkurego, mała w sobie, lecz mająca miotłę ogromną, wpływ i własności złowieszcze Saturna (…) Poprzedzała ona pasmo wypadków, które przez trzy lata ciągnęły się jedne po drugich, wróżąc klęski niezwykłe królom, książętom i innym osobom znakomitym, niższego zaś stanu ludziom rozmaite utrapienia, obawy, niepokoje, napady, zdradziectwa, podstępy, pożogi, grabieże, spustoszenia, burze, grady, nawałnice, pioruny, trzęsienia ziemi, a w niektórych krajach choroby długotrwałe, chroniczne, suche i ostre bóle, gwałtowne wymioty, pomieszanie rozumu, gorączki, morzyska, zimnice, poronienia (…) Zaczęły się wnet iścić jej przepowiednie i najpierw na Morawach i Węgrzech, a potem w Krakowie i jego okolicach nastała zaraźliwa gorączka, na którą ktokolwiek zapadł, żadne nie pomagały mu lekarstwa i rzadko wybiegał się od śmierci. Rozszerzyła się potem zaraza ta w Czechach, Austrii, Karyntii, Styrii i wiele bardzo w Pradze, Wiedniu, prowincjach czeskich i księstwie austriackim sprzątnęła ludzi (…)

1473(…) Rok ten był pamiętny dla całej Europy i dla królestwa polskiego nadzwyczajnymi słońca upały
i suszą nieprzerwaną; pojawienie się bowiem poprzednie komety zrządziło niesłychane skwary i brak wody, tak iż źródła wszystkie powysychały i największe rzeki w Polsce można było w bród przebywać (…)

Drzeworyt z „Prognostyku krakowskiego” Mikołaja z Szadka, dotyczący zgubnego wpływu komet na losy ludzi i świata (1532)
Drzeworyt z „Prognostyku krakowskiego” Mikołaja z Szadka, dotyczący zgubnego wpływu komet na losy ludzi i świata (1532)

Warty przypomnienia jest też głos Macieja Bylicy z Olkusza (1433-1493), astronoma i medyka, nadwornego astrologa króla węgierskiego i czeskiego Macieja Korwina (1443-1490), a później jego następcy Władysława Jagiellończyka (1456-1516). W swoim „Prognostyku komety z 1472 roku”, która obserwowana była gołym okiem w całej Europie, pisał o pogodowych i okultystycznych anomaliach związanych z pojawieniem się komet:

(…) W zakresie meteorologii zwiastuje kometa gwałtowne wichury i skąpe opady, stąd unicestwienie roślin i drzew owocowych, co z kolei spowoduje głód. Rozzuchwalą się natomiast demony powietrzne jak trule i penaty, które osiągną potężną władzę nad ludźmi, a to dlatego, że Waga i Wodnik są znakami demonów i fantomów, jak to mówi Homer w traktacie o demonach. Dlatego też rozpanoszą się specjaliści od czarnej magii. Lecz zawiodą się, ponieważ kometa sprawi, iż stracą oni władzę nad duchami powietrznymi, które wypowiedzą im posłuszeństwo. Pojawią się zamawiaczki i czarownice, które rozwiną niezwykle ożywioną działalność (…)

W tym samym dziele zawarł też sprytne uzasadnienie (stosowane z powodzeniem do dziś), dlaczego astrologiczne prognozy czasem się nie sprawdzają, a także skarżył się na niezrozumienie swojego posłannictwa przez pospólstwo:

(…) Ludzie prości i niewykształceni uwłaczają często astrologom, gdy w miejscu ich zamieszkania nie sprawdzają się przepowiednie. Nie dość im nawet, gdy spełnienie ich nastąpi z opóźnieniem. Wyobrażają sobie bowiem, że wypełnienie przepowiedni winno być natychmiastowe i niezawodne. Ale jakże się mylą i niesłusznie wytaczają zarzuty! Nie wszystkie bowiem kraje, prowincje czy miasta podlegają jednej i tej samej konstelacji. Jeżeli z jednej konstelacji planet wynika jakaś przepowiednia, to nie jest powiedziane, że wszystkie jej elementy dotyczą jednego państwa lub miasta. Astrolog zawsze wymienia więcej miejscowości, ale przecież nie wszystkie następstwa przepowiedni muszą dotyczyć tych wszystkich miejscowości, ponieważ, nie wszystkie są na nie podatne (…)

Zabobony związane z kometami przetrwały aż do XX wieku, kiedy donoszono nawet o makabrycznych przypadkach pozbawiania przez matki życia niemowląt, aby oszczędzić im piekielnego bólu i cierpień podczas zbliżającego się niechybnie końca świata. Powrót komety Halleya w 1910 roku traktowany był przez niektórych jako bicz boży, a odkrycie w kometarnych warkoczach cyjanowodoru dodatkowo potęgowało strach przed wytruciem całej ludzkości. Co bardziej przedsiębiorczy i żerujący na ludzkiej głupocie sprzedawali wtedy „pigułki kometarne”, mające cudowne właściwości ochrony przed zbliżającym się fatum. Ciekawą anegdotą z gatunku czarnego humoru jest historia słynnego pisarza Marka Twaina (1835-1910), który urodził się dwa tygodnie po przejściu przez peryhelium komety Halleya. Na rok przed ponownym zbliżeniem komety do Słońca, Twain oświadczył, że dokona żywota w 1910 roku, co argumentował słowami:

„(…) Przyszedłem na świat w 1835 roku wraz z kometą Halleya. W przyszłym roku znów będzie ona widoczna i spodziewam się, że odejdę wraz z nią. Gdyby tak się nie stało, przeżyłbym największe rozczarowanie swego życia. Wszechmogący niewątpliwie powiedział: Te dwa nieobliczalne wybryki natury przyszły razem i razem odejdą (…)”

Jak się okazało, kometa przeszła przez peryhelium 20 kwietnia 1910 roku, a dzień później Mark Twain… zmarł na atak serca.

Ogłoszenie sekty Wrota Niebios na temat zbawiennego pojawienia się komety Hale-Bopp, poprzedzające masowe samobójstwo członków wspólnoty
Ogłoszenie sekty Wrota Niebios na temat zbawiennego pojawienia się komety Hale-Bopp, poprzedzające masowe samobójstwo członków wspólnoty

Niestety nawet współcześnie spotkać można jednostki święcie przekonane o nadprzyrodzonym posłannictwie tych ciał niebieskich, co prowadzi niekiedy do prawdziwych tragedii. Przykładem może być kalifornijska sekta Wrota Niebios (Heaven’s Gate), której członkowie przygotowując się na nadejście czasów ostatecznych, w marcu 1997 roku w liczbie 39 osób popełnili zbiorowe samobójstwo. Zostali bowiem przekonani, że pojawienie się bardzo jasnej komety C/1995 O1 (Hale-Bopp) zapowiada przylot na Ziemię statku kosmicznego, który zabierze ich do innego, zapewne w ich mniemaniu szczęśliwszego świata. Również w naszym kraju odżyły wtedy echa dawnych kometarnych fobii, a przywołani do dziennikarskich mikrofonów astronomowie dementowali nieliczne, choć medialnie atrakcyjne pogłoski, że ta sama kometa wywołała ulewne deszcze odpowiedzialne za katastrofalne powodzie na południu kraju.

Natura komet
Jednymi z pierwszych stricte naukowych studiów natury komet były prace duńskiego astronoma Tycho Brahe. W 1577 roku wykazał on, że arystotelesowskie przekonanie o ziemskim pochodzeniu zjawiska jest błędne. Wystarczyła do tego próba zmierzenia paralaksy obserwowanej wtedy komety, z dwóch różnych miejsc na Ziemi, która powinna być widoczna na tle innych gwiazd. Tymczasem okazało się, że odlegli obserwatorzy zanotowali tą samą pozycję, co wyraźnie wskazywało na znaczne oddalenie ciała niebieskiego od naszej planety. Uczony wywnioskował nawet, że musi to być odległość 3-krotnie większa niż ta, która dzieli Ziemię i Księżyc. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że wnioski Tycho Brahe, wyciągnięte z zastosowaniem tej samej metody, wyprzedził sam Mikołaj Kopernik (1473-1543), który obserwował we Fromborku kometę z 1533 roku. Nasz wielki astronom posiłkował się obserwacjami wykonanymi w tym samym czasie w Krakowie przez Mikołaja z Szadka (1489-1564). Dowodem na pierwszeństwo Kopernika przed Tycho Brahe może być zachowany list ucznia Kopernika, Johannesa Retyka (1514-1574), który wspominał w nim o przekonaniu swojego mistrza, że komety poruszają się dalej niż Księżyc. Czy było to tylko przypuszczenie, czy wynik autorskich studiów fromborskiego kanonika, tego niestety się już nie dowiemy.

Jedna z kart z dzieła Stanisława Lubienieckiego z wyrysowanym wśród gwiazd szlakiem komety z 1664 roku
Jedna z kart z dzieła Stanisława Lubienieckiego z wyrysowanym wśród gwiazd szlakiem komety z 1664 roku

Arcyważnym głosem epoki, który prostował nieco piekielne konotacje komet, były prace polskiego uczonego Stanisława Lubienieckiego (1623-1675). W swoim monumentalnym dziele z 1668 roku, zatytułowanym „Theatrum Cometicum”, przedstawił on galerię kilkuset komet obserwowanych od czasów biblijnego potopu, czyli jak to wtedy przyjmowano 2312 lat przed narodzinami Chrystusa, aż do czasów współczesnych astronomowi. Pojawiły się w niej szczegółowe opisy ogoniastych gwiazd, które zwiastować miały zarówno śmierć wielkich mężów, wojny i najazdy, kataklizmy i klęski żywiołowe, jak i wydarzenia pozytywne, stojące w sprzeczności ze złowrogą aurą roztoczoną niesłusznie wokół komet. Sam uczony uznał, że skoro komety zapowiadają zarówno dobre i jak złe wydarzenia, całość bilansuje się do zera, a więc nie mają one wpływu na losy świata jako całości. Skala i rozmach dzieła Polaka zostały zauważone w całej ówczesnej Europie, co skłoniło wielkie umysły epoki, w tym Izaaka Newtona (1643-1727) i Edmunda Halleya (1656-1742), do głębokiej analizy praw rządzących ruchem komet wśród gwiazd.

Artykuł jest na 3 podstronach przejście na kolejną podstronę poniżej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *