Na przykładzie Gdańska – cz 14 Nazwy ulic

Gdańsk, jak to miasto wiekowe, przechowuje w nazwach ulic, placów, dzielnic swoją historię. Stąd nazwy tu są ciekawe, zazwyczaj mówiące, nieraz urocze, a nieraz znów intrygujące. Jak choćby Kocurki czy Żabi kruk. W powojennych przekładach z języka niemieckiego na polski, urodę niektórych nazw niestety zgubiono, niektórym miejscom nadano inne imiona. I tak, zamiast ulicy Jopejskiej, jest Piwna, a zamiast ulicy Kędzierzawej fasolki jest Drewniana. Zamiast Ścieżki szkut – ulica Wiosny Ludów.

Ścieżka szkut
Ścieżka szkut, obecnie Wiosny Ludów

W zestawieniu z barwnością dawnego nazewnictwa, wiele spośród nazw nadanych po wojnie brzmi żałośnie. I znów niestety w czasie już blisko 30 lat wolności, niewiele się w tej kwestii zmieniło. I tak seriami nazywa się ulice od nazw miejscowości: Kołobrzeska, Kielecka, Gnieźnieńska, Jeleniogórska, Niepołomicka, Nowosądecka, Opolska, Płocka, Płońska, Sandomierska, Szczecińska, Warszawska, Wrocławska… Jeszcze, gdy dawniej nadawano tego rodzaju nazwy ulicom, którymi odbywał się ruch w kierunku tych miejscowości – jak na przykład ulicy Elbląskiej – jakoś się to motywowało i jakiś miało praktyczny sens. Ale dziś, w tym natężeniu, ta praktyka jest tylko smutną emanacją braku wyobraźni.

Widać to i w innych seriach. Na przykład od nazw regionów: Mazowiecka, Mazurska, Kujawska, Morawska, od dziedzin sportu: Tenisowa, Piłkarska, Szermiercza, Hokejowa, Łyżwiarska – tudzież w ogóle – Zawodników. Od nazw zawodów – Pilotów, Instalatorów, Montażystów, Inspektorska, Inżynierska, Budowlanych, Betoniarzy, Cumowników, Nawigatorów… A przy tym, z podobnego rozdania: Maszynowa, Dźwigowa, Teleskopowa, Kontenerowa i Fundamentowa. Jest seria kosmiczna: Planetowa, Księżycowa, Gwiaździsta, Meteorytowa, Rakietowa, Astronomów, Astronautów i Kosmonautów.

Jest szczególnie wielka ilość ulic nazwanych imionami pogańskich bożków: Zeusa, Saturna, Wenus, Hermesa, Hery, Afrodyty, Marsa, Artemidy, Minerwy, Nike, Hestii – jakby było mało, to i Westy. Podobnie zresztą, żeby było do syta, to i Jowisza. Jak i: Neptuna, Posejdona i Wodnika. A wszystkich nie wymieniłem!

Ulica Zawodników
Ulica Zawodników, koło stadionu żużlowego

A ostatnia moda to nazywanie ulic przez dodanie słowa: nowa. Nowa Bulońska, nowa taka, nowa inna. Stosunkowo sympatyczne nazwy są od ziół, kwiatów i drzew, ale i w tym trwa bezkoncepcyjny upór. Świerkowa, Grabowa, Lipowa, Jesionowa, Jarzębinowa, Bzowa, Jabłoniowa, Wiśniowa, Leszczynowa, Cisowa i tak dalej – a czuć już zbliżanie się do krawędzi w: Cyprysowej i Limbowej. Bo zaraz będzie Baobabowa i Palemna. Ta spłaszczona nazewnicza maniera smuci, a i o tyle budzi sprzeciw, iż tylu żyje w Gdańsku ludzi utalentowanych literacko, poetów, pisarzy, artystów. Tylu ludzi z wyobraźnią – której z radością udzieliliby wszystkim. Ale nie. A przecież, ile można urody i pokoju wnieść do życia – dobrym, pięknym słowem. Dobrym adresem. Ale i również z fantazjami w nazewnictwie trzeba uważać. Oto sytuacja, którą opisał Antoni Kozłowski.

AD 1982 jeden z mych znajomych, o pseudonimie „Żar”, mieszkający w Oliwie, wracał do domu tuż przed czasem restrykcji stanu wojennego, to znaczy godziny milicyjnej obowiązującej od 20.00. Nie miał przy sobie dowodu tożsamości, ale że dom był już blisko, więc bardzo się spieszył, i to zwróciło uwagę patrolu ZOMO. Zatrzymali go, a gdy odpytując usłyszeli, że mieszka przy ulicy Jasia i Małgosi, uznali to za ironiczny żart i dotkliwie spałowali delikwenta. Wreszcie zdołał przekonać ich (zapewne ściągniętych ze Śląska, najczęściej tak bywało), rozjuszonych, aby zechcieli sprawdzić naocznie, że taka ulica naprawdę istnieje i to 50 m dalej, a także, aby pozwolili mu pobrać z mieszkania i „okazać” dokumenty, za czym zakończyć pomyślnie to nieporozumienie, na co w drodze „łaski” groźni funkcjonariusze się zgodzili. Do ZOMO-wców wyszedł niebawem ojciec „Żara”, adwokat i logicznie zaprotestował, iż syn został pobity za kwiatek nazewniczy magistratu, a nie za obywatelską niesubordynację i o dziwo ZOMO-wcy przeprosili poszkodowanego i nie spisali jego personaliów. Tak się zakończyła ta absurdalna przygoda czasów stanu wojennego i absurdu nazewniczego, który w Gdańsku, niestety, obowiązuje do dziś…

Napisałem, że należy w nazewnictwie uważać z fantazjami, ale tak naprawdę – oczywiście – trzeba się miarkować ze stanami wojennymi.

Ulica Kłopot
Ulica Kłopot na Siedlcach (Szydlicach)

Ale w kwestiach nazewnictwa są tu problemy dużo, dużo bardziej poważne! Owszem, po 1989 roku zmieniono nazwy mające ewidentnie komunistyczną konotację, jak ulicy Karola Marksa, czy osiedla Janka Krasickiego. Ale właśnie te bardziej podstępne, te mniej wyraźne, acz jadowite – pozostały. Posłużę się tu przykładem Alei Zwycięstwa, niegdyś, początkowo nazwanej Wielką Aleją Lipową, później przez pewien czas Aleją Hindenburga.

Wielka Aleja jest w ogóle miejscem ponurym. W stojących przy niej budynkach Akademii Medycznej ekipa profesora Spannera wyprawiała ludzkie skóry, wytwarzała preparaty medyczne, a też mydło z „wrogów Trzeciej Rzeszy”, na przykład: ścinanych gilotyną w więzieniu przy ulicy Kurkowej… W pobliskim parku, czyli po prostu dawnym cmentarzu jest zbiorowa mogiła w której pochowano ciała zastane w laboratorium, tudzież znalezione tam odcięte głowy, wyprawione ludzkie skóry, mydło etc. Przylegający do alei plac Zebrań Ludowych był miejscem nazistowskich parteitagów, a na drzewach hitlerowcy wieszali dezerterów. Za PRL aleja była miejscem pochodów pierwszomajowych a na przyległym do placu cmentarzu chowano potajemnie w bezimiennych płytkich grobach – mordowanych, a jakże, w więzieniu przy ulicy Kurkowej, przeciwników komuny. Za torami kolei, w grudniu 1970 strzelano do robotników… Nazwa: Aleja Zwycięstwa jest zaiste konglomeratem kłamstwa, szyderczą kpiną i horrendum.

W informatorze Europejskiego Centrum Solidarności możemy czytać takie oto brednie:

Po drugiej wojnie światowej Polska znalazła się wśród zwycięzców, ale nie odzyskała wolności. System komunistyczny, narzucony i sterowany przez Związek Radziecki, opierał się na przemocy i totalnej kontroli.

Ciągle powraca ten zdumiewający dylemat – sowieci wyzwolili Polskę, czy też może nie? I: jakże nie, skoro wyzwolili!

Otóż, jeśli Związek Sowiecki rzeczywiście pragnął przyjść Polakom z braterską pomocą – to nie kiedy indziej, jak właśnie w 1939 roku, we wrześniu, miał po temu najwłaściwszą okazję.

No, ale wtedy byli zajęci napadaniem na Polskę w bandyckiej zmowie z Hitlerem. Po czym wspólnie umawiali się naród Polski unicestwić. Lata 1944, 1945 i następne przyniosły tego samego rodzaju działalność, tyle że w nieco skorygowanej formie – na skutek zaistniałych nowych okoliczności. Bo przecież nie z miłości mordowali mniej, nie tak masowo jak wcześniej. Więc nie wyzwalali, a zajmowali. Niewoląc, grabiąc, gwałcąc i mordując. Żołnierzy Tajnej Organizacji Wojskowej Gryf Pomorski więzionych w KL Stutthof sowieci w trybie tego swojego wyzwalania wywieźli do łagrów.

Komm Frau
Komm Frau , J.B.Szumczyk

Co zatem mają znaczyć słowa: Polska znalazła się wśród zwycięzców, ale nie odzyskała wolności? I co Polacy mają tu do świętowania? Poza tym, uznanie zdobycia Gdańska za polskie zwycięstwo – jest też niejako podpisaniem się pod haniebnymi aktami, których tu, w Gdańsku dokonano, a które niedawno przypomniał swoją rzeźbą zatytułowaną „Komm Frau” i artystycznym aktem ustawienia jej przy alei Zwycięstwa, pan Jerzy Bohdan Szumczyk.

Uznanie zdobycia Gdańska za polskie zwycięstwo jest także podpisaniem się pod bezsensownym niszczeniem miasta. No, ale historyczna prawda jest taka, że Polacy nie brali udziału w walkach o Gdańsk. Zostali dowiezieni później, by pozować do zdjęć przy zawieszaniu na Dworze Artusa polskiej flagi.*

(Do czołgu ustawionego przy alei, mającego upamiętniać tamte wydarzenia, przymocowana jest brązowa tablica z napisem: Pomnik czołg T. 34/79 1 Brygady im. Bohaterów Westerplatte, który w marcu 1945 r. walczył o powrót Gdańska do macierzy. To jest zatem również sowieckie kłamstwo.)

Napis na tablicy na czołgu
Napis na tablicy na czołgu

W brytyjskim filmie dokumentalnym zatytułowanym Bloody Foreigners. Battle of Britain. (reż. Carl Hindmarch), przywołana jest wypowiedź dowódcy Dywizjonu 303, generała Witolda Urbanowicza, w której stwierdzał: Wy (Brytyjczycy) wojnę wygraliście, my przegraliśmy. Podpułkownik Franciszek Kornicki, również polski lotnik i dowódca w Bitwie o Anglię, stwierdził: Zachodni alianci wygrali wojnę, ale my nie, my przegraliśmy. To podstawowe, proste i oczywiste stwierdzenie jakoś w Gdańsku, w tej blisko trzydzieści lat trwającej wolności, nie może się przebić. My czcimy jakieś zwycięstwo.

przeczytaj:

Alianci pokonali Niemców, a Sowieci w jakiejś mierze także i Zachód – skoro zajęli Środkową Europę. Ale oczywiście, gdy mówimy o ludziach, o żołnierzach sowieckich – to przecież zostali użyci jako mięso armatnie, zginęło ich mnóstwo, doznali niebywałych cierpień, a zwycięstwem swoim umocnili i utrwalili zbrodniczy system, w którym żyli. Ugruntowali swoją niewolę. Gdy dobrze to rozważyć – trudno tak naprawdę doszukać się w ogóle w tym wszystkim zwycięzców i zwycięstwa. W tym sensie aleję należałoby raczej nazwać Wielką Aleją Dramatu Ludzkości. Polacy są wielkimi przegranymi II wojny światowej, a skutki tej strasznej klęski są do dzisiaj dotkliwie, boleśnie odczuwane. Nazwa: Aleja Zwycięstwa jest kłamstwem, jest aktem propagandy.

Aleja Zwycięstwa
Aleja Zwycięstwa, kiedyś Wielka Aleja

Całkiem niedawno niewielkiemu rondu między Błędnikiem a Aleją Zwycięstwa nadano nazwę Ofiar Katynia. Przyjrzyjmy się jeszcze i tej sprawie. Po pierwsze, zastanówmy się, czy w ogóle dobrze jest przez nadawanie nazw ulicom upamiętniać rzeczy tego rodzaju. Czy dobrze jest codzienne życie obciążać taką traumą, sprawiać, że ktoś ma tego rodzaju adres zamieszkania, że codziennie powtarza te słowa, żyje w przypomnieniu zdarzeń tak koszmarnych. Owszem, w tej konkretnej sytuacji, nadając tę nazwę miejscu, przy którym nikt nie mieszka, gdzie nikt nie ma swojego adresu – tego uniknięto. Ale i tu: po drugie – zbrodnia katyńska była czymś tak skrajnym, o tak wielkiej skali zła, czymś tak ważnym i o takiej doniosłości skutków, że upamiętnianie jej ofiar przez nadanie nazwy jakiemuś podrzędnemu fragmentowi skrzyżowania z tramwajowym rozjazdem – jest zaiste kuriozalne. Zważywszy na powagę i wagę rzeczy – to jest demonstracja jakiegoś podstawowego braku rozumienia i wyczucia. Wygląda to nie na upamiętnienie – ale na uwłaczenie.

Rondo Ofiar Katynia, zamknięcie Alei Zwycięstwa
Rondo Ofiar Katynia, zamknięcie Alei Zwycięstwa

Ale mało tego, bowiem zauważmy jakiej nabiera wymowy – gdy rondo o nazwie Ofiar Katynia jest zamknięciem – Alei Zwycięstwa. Tej – Alei Zwycięstwa! Proszę zauważyć, jak to niewymazanie peerelowskiego, sowieckiego kłamstwa o zwycięstwie, skutkuje pieczętowaniem sowieckiej manipulacji za pomocą upamiętnia ofiar sowieckiej zbrodni.

W jakimś nieszczęsnym wymiarze staje się to doprawdy opisem sowieckiej skuteczności – właśnie ich zwycięstwa – bo mord katyński był przecież z zamysłu realizacją zamiaru zmiany genotypu narodu, zniszczenia świadomości i kultury. No i oto mamy.

Zbigniew Sajnóg

*przyp. red.:

Udział polskich jednostek wojskowych w zdobyciu Gdańska będzie zapewne elementem, przy którym trzeba będzie przeprowadzić proces dekonstruowania mitu. To będzie dość żmudna praca, więc nie chciałbym przesadnie o niej opowiadać przed czasem. Faktem jest, że przyprowadzenie na swoistą „sesję zdjęciową” na Długim Targu niepełnego plutonu, bo zaledwie dwóch czołgów z Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte oraz brygadowego batalionu strzelców zmotoryzowanych było bez wątpienia zabiegiem symbolicznym, a kolejne działania oznaczały tworzenie i kultywowanie mitu wojennego, a równocześnie wyzwoleńczego. – Tomasz Gliniecki, historyk, w wywiadzie Marcina Tymińskiego, Mity o Gdańsku 1945 r. czekają na obalenie, portal trojmiasto.pl, 28 marca 2018 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *