Obrazki z Astany cz. 1

Z Astany wróciłem pełen wrażeń i uczuć zdecydowanie mieszanych. Myślałem, że napisanie relacji z wizyty w tym mieście będzie łatwe, proste i przyjemne, właśnie ze względu na pełnię wrażeń i emocji, jakie stamtąd wywiozłem. No i dlatego, że to miasto inne niż wszystkie, jakie dotąd poznałem. Tymczasem mija ponad pół roku od powrotu, a ja zabieram się za pisanie po raz enty. Tym razem, mam nadzieję, skuteczny.

W Astanie spędziłem niemal dwa tygodnie nie licząc krótkich wypadów do miejscowości okolicznych (np. Karagandy oddalonej od stolicy Kazachstanu o jakieś 260 km). Jadąc tam wiedziałem to i owo o mieście, które w 2017 r. obchodziło dwudziestolecie pełnienia funkcji stołecznej, a w roku 2018 także dwudziestą rocznicę ustanowienia nowej nazwy miasta. (W 1998 r. dawna Akmoła – a wcześniej Akmolińsk – zmieniła się w Astanę, czyli po kazachsku, po prostu w Stolicę).
Wysiadając z samolotu na lotnisku im. Nursułtana Nazarbajewa liczyłem, że zobaczę miasto niezwykłe i niebanalne. Nie bardzo wiedziałem, co kryje się za tymi oczekiwaniami, ale już na miejscu uznałem, że to jest właśnie „to”! Mieszanina monumentalizmu ze środkowoazjatycką ornamentalistyką i typowo europejską (by nie powiedzieć radziecką), momentami mocno zaniedbaną, architekturą. To na pierwszy rzut oka, a co jeszcze? Ano sporo. I tu zaczyna się moja relacja, która może wydać się chaotyczna i przeskakująca z wątku w wątek. Mimo wszystko postaram się opisać wszystko, co chciałbym Czytelnikom przekazać. A jest tego trochę i dlatego w dalszej części tekst będzie podzielony na kilka sektorów.

Dworzec lotniczy w Astanie
Dworzec lotniczy w Astanie

Komunikacja miejska

Astana, licząca ponad milion mieszkańców, ma doskonale skomunikowaną sieć autobusową. Autobusy jeżdżą zgodnie z rozkładem jazdy, a jednorazowy przejazd kosztuje 90 tenge, czyli 90 groszy. Na przystankach umieszczono tabliczki z rozrysowanym schematem tras poszczególnych linii. Nie ma możliwości jazdy na gapę, bo w każdym autobusie jest kontroler lub kontrolerka. Praca na tym stanowisku nie jest łatwa. Do zadań kontrolera należy zapamiętanie i odnalezienie wszystkich wsiadających do autobusu, co w godzinach szczytu nie jest wcale łatwe. Ale zawsze się udaje. Kontroler przyjmuje opłatę, wydaje resztę i bilety. Poza tym informuje przybyszów z prowincji lub z zagranicy, na którym przystanku muszą wysiąść, by dotrzeć do konkretnego celu. Co ciekawe, zdjęcia oraz imiona i nazwiska kierowców oraz kontrolerów umieszczone są na tablicy znajdującej się za fotelem kierowcy.

Mieszkańcy Astany z reguły oczywiście posługują się kartami przejazdowymi, które po wejściu do autobusu konduktor „sczytuje” w elektronicznym kasowniku umieszczonym przy drzwiach pojazdu. Mógłby to robić sam posiadacz karty, ale nie – wyręcza go konduktor.
Ciekawym obyczajem panującym w autobusach jest ustępowanie miejsca. Ustępują nie tylko młodsi starszym, czy mężczyźni kobietom. Często każdy ustępuje każdemu.
Mankament podróży astańskimi autobusami w lecie jest taki, że o ile na dworze panuje 40-stopniowy upał, o tyle w pojeździe temperatura jest znacznie wyższa, a za klimatyzację służą często otwarte okna. No, ale najważniejsze, że tanio i punktualnie.

Blok mieszkalny
Blok mieszkalny

Komunikacja prywatna

Taksówki owszem jeżdżą, ale z nich nie korzystałem. Nie korzystałem też z systemu prywatnych podwózek, ale taki właśnie w Astanie funkcjonuje. Polega to na tym, że w pobliżu przystanków autobusowych zatrzymują się prywatne samochody i każdy może wsiąść i za umówiona kwotę pojechać tam, gdzie mu pasuje, o ile kierowca tam także jedzie. Ile to kosztuje? Podobno kilka tenge. Widziałem, że ludzie z tego korzystają, więc pewnie się sprawdza.

Pociągi

Podróż pociągiem przez Kazachstan to niezwykłe doświadczenie. Już tylko wizyta na dworcu w Astanie warta jest opisania. Trzeba bowiem wiedzieć, że dworce w większych miastach w Kazachstanie strzeżone są niemal jak europejskie lotniska. Przy wejściu trzeba bagaż wrzucić na taśmociąg po to, by mógł być prześwietlony a funkcjonariusz odpowiednich służb prześwietli każdego pasażera wykrywaczem metalu. Przy kasie kolejne zdziwienie, bo obcokrajowcy mogą kupić bilet po okazaniu paszportu. To właściwie nie problem. Gorzej, jeśli chce się zapłacić plastikową kartą. Wtedy kasjerka musi wyciągnąć zupełnie inny bloczek z blankietami, bo bilet za kartę to bilet inny niż bilet za gotówkę.

Dworzec
Dworzec

Sama procedura dokonywania opłaty kartą jest bardzo niezwykła. Najpierw podajemy kasjerce kartę przez specjalną szczelinę do przekazywania gotówki i karty i tą samą drogą potem otrzymujemy bilet. (To jeszcze znamy z naszej SKM-ki). Potem kasjerka, mając już nasza kartę, pyta o PIN. Można powiedzieć na głos, można napisać na karteczce jeśli jakaś jest pod ręką. Kasjerka mając PIN sama się obsłuży. Uwaga! To naprawdę całkiem bezpieczne rozwiązanie.

Kolej
Kolej

Na tym nie koniec zdziwień. Kolejne czekają podczas wsiadania do pociągu. (Ja jeździłem zarówno zwykłymi pociągami, jak i tzw. elektryczkami. Jaka jest między nimi różnica, o tym za chwilę). Przy wejściu czeka na pasażerów konduktor (lub konduktorka), który sprawdza bilety. W przypadku obcokrajowców sprawdza także paszporty. To już druga, po kasie, kontrola paszportu. W zwykłym pociągu obsługa przy wejściu zabiera bilet i kieruje na właściwe miejsce. W elektryczce bilet zachowujemy dla siebie.

w przedziale
w przedziale

A jaka jest między nimi różnica? No cóż, zwykły pociąg to może być na przykład wagonowiec z kuszetkami jadący z Moskwy na południe Kazachstanu przez kilka dni. Brak przedziałów, jakie znamy z naszych pociągów i kuszetek. Zamiast tego łóżka usytuowano w boksach nieoddzielonych od korytarzy, a na korytarzach także są miejsca do spania. Do tego w każdym wagonie jest duży zbiornik z gorąca wodą i kranem służącym do jej nalewania. Można sobie zaparzyć herbatę. Obsługa pociągu codziennie rano wymienia pasażerom podróżującym dalej i dłużej pościel. A klimat panujący w pociągu… tego u nas (już) nie uświadczycie – wspólne rozmowy, spożywanie własnoręcznie przygotowanych posiłków i popijanie wódeczki wiezionej z daleka… no i niedomykające się, niedomyte okna… w elektryczce jest inaczej.

w przedziale
w przedziale

Elektryczka to pełna kultura. Pluszowe fotele lepsze niż w Pendolino, wyświetlacze z informacją o trasie, przystankach i kilometrach, a nawet klimatyzowana pierwsza klasa i bar. Ale też kontrola paszportów, kontrola biletów na wejściu i w trakcie jazdy. Za to jak tłoku nie ma, to można sobie dowolnie wybrać fotel, mimo że obowiązuje rezerwacja miejsc.

Miasto

Wróćmy jednak do Astany. Jak już pisałem, spodziewałem się czegoś niezwykłego i to dostałem. Nie ma bowiem jednej Astany. Ja naliczyłem tych miast ze trzy, a może i cztery. Pierwsze, to widoczne już z samochodu lub autobusu, którym jedzie się z lotniska do centrum lub gdziekolwiek dalej. To miasto w budowie, miasto blokowisk, wysokich budynków o charakterystycznie zakończonych szczytach, stożkowatych,
wygiętych często w łuki albo podobnych do piramid. Klimat środkowoazjatycki w pełnej krasie. Plac budowy z dźwigami, koparkami, stertami piachu. Miasto się rozwija i czeka na nowych mieszkańców.

Astana numer dwa to ta właściwa Astana, centrum tętniące życiem. Stare budynki, pamiętające najprawdopodobniej lata świetności ZSRR. Dziś poszarzałe, chylące się ku rozpadowi. Socrealistyczne bloki i budynki z lat 50. (najprawdopodobniej). Wszystko, co znamy z własnej historii PRL-u. Ale to miasto żywe, pełne ludzi, sklepów, ulicznego ruchu, brudu, hałasu. Rzędy domów poprzetykane nowoczesnymi budynkami biurowymi lub instytucjonalnymi. Swojsko, bo tak naprawdę to dziedzictwo lat komunizmu.

Astana numer trzy – przedmieścia, slumsy. Zaskakująco blisko dworców kolejowego i autobusowego w Astanie. Wystarczy przejść niecałe dwa kilometry, a człowiek już jest w innej strefie. Budynki parterowe lub co najwyżej piętrowe, zbudowane z desek i blachy falistej, bywa że i z cegieł oczywiście. Podwórka zaniedbane, ulice pełne wyrw i dziur. Właściwie ubite trakty nie ulice. I w tym wszystkim kilka willi dwu-, trzypiętrowych. Nie mogłem zrozumieć skąd taki misz-masz tak blisko centrum miasta. Spytałem o to syna mojej gospodyni, u której mieszkałem. Okazało się, że jeszcze na początku lat 50. minionego stulecia były to tereny prywatne. Jednak Chruszczow zdecydował, że te ziemie należy odebrać właścicielom i znacjonalizować. Ludzi wyrzucono, grunt oddano kołchozowi. Przez lata trwała eksploatacja i degradacja, a po odzyskaniu niepodległości dawni właściciele lub ich potomkowie zaczęli swoje tereny odzyskiwać. No i zaczęli się na nich budować. Jak kto umiał i jak kto mógł. A że ludzi z reguły byli biedni to stawiali nie wille, a budy. Nieliczni postarali się o kredyty i pobudowali domy z prawdziwego zdarzenia w tym gąszczu ulic na klepiskach i budynków z byle czego.

No i wreszcie Astana numer cztery, czyli Nowa Super Hiper Astana. Ale o tym w kolejnym odcinku opowieści o stolicy uznawanej przez niektórych za miasto absurdów…

Dariusz Olejniczak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *