Plan dla Gdańska – cz. 9 Turystyka i plan 30-letni

Od redakcji: Jest to kontynuacja esejów Na przykładzie Gdańska.

Nim przedstawię propozycję przykładowego planu dla Gdańska, jakim mógłby, czy powinien był być po roku 1989, jeszcze kilka koniecznych uwag na temat prowadzenia naszego miasta. Najpierw o turystyce, następnie odnośnie planu Biura Rozwoju Miasta na najbliższe 30 lat.

Turystyka.

Niedawno jeden z lokalnych portali z wielką kontentacją podawał do wiadomości, iż w jakimś europejskim rankingu turystycznej atrakcyjności Gdańsk uplasował się na 7 pozycji. Powiem tak, jeśli wspaniałe miasto, w którym narodził się współczesny świat lokuje się na siódmej pozycji w rankingu, to nie jest powód do radości i dumy. Raczej przeciwnie. To sygnał, że tutaj coś bardzo poważnie nie gra.

European Best Destinations

Niedawno również oficjalny portal miasta Gdańska donosił:

Zagraniczne media: najfajniejsze miasto w Polsce? Oczywiście Gdańsk. Brytyjski portal „The Independent” zachęca do weekendowych wypadów do Gdańska. Autor poleca świetne muzea, ofertę gastronomiczną i bogate życie nocne. Ale to nie jedyny artykuł o nas w zagranicznej prasie.

Wojciech Gojke na portalu Wirtualna Polska przeanalizował prasę zagraniczną i przytacza słowa brytyjskiego portalu „The Independent”:

Klejnot Bałtyku i jedno z najbardziej malowniczych, bogatych kulturalnie i znaczących pod względem historycznym miast w Polsce. Posiada świetne muzea, a tutejsza oferta gastronomiczna czy bogate życie nocne sprawiają, że Gdańsk jest świetnym wyborem na weekendowy wypad – tak brzmi początek artykułu zatytułowanego „Dlaczego Gdańsk jest najfajniejszym miastem w Polsce?

Również „Daily Mirror” zachwyca się naszym miastem:

(…) Brytyjka dzieli się z czytelnikami swoim pielęgnowanym przez długie lata przekonaniem, że Gdańsk nie jest interesującym miejscem do odwiedzenia. Owo przekonanie, tłumaczy autorka, utrwaliło się w niej pod wpływem fotografii sprzed lat, na których widziała strajki, wiece i starcia mieszkańców z milicją. Jednak gdy dotarła do stolicy Pomorza, jak opisuje, „przez chwilę zastanawiała się, czy przypadkiem nie wsiadła do niewłaściwego samolotu i nie wylądowała w Amsterdamie”.

Zachęcające do odwiedzin Gdańska i zachwalające jego walory artykuły pojawiły się też we francuskim “Le Soir”, włoskim “Corriere della Sera”, brytyjskim “The Guardian” oraz na popularnym portalu dla podróżników Travel+Leisure – wymienia dziennikarz Wirtualnej Polski.

Omawiając tę publikację Oficjalny Portal unosi się – zdaje się – w przedwyborczym rozpędzie, ale tak naprawdę dla prowadzących miasto nie są to opinie korzystne. Skoro bowiem zachwycona naszym miastem turystka napisała, że wylądowała jakoby w Amsterdamie, to cóż to znaczy?

Ta wypowiedź jest znamienna, okazuje się, że to dorobek gdańszczan, którzy za czasów PRL uparli się odbudować miasto, że to to piękno i te zabytki przyciągają turystów – a nie dzieła prowadzących miasto od roku 1989, którzy nadto jeszcze uszczuplają ten potencjał dopuszczając do niszczenia zabytków i zabudowując historyczny obszar miasta blokami.

przeczytaj też:

Poza tym, jak widać, zabytki naszego miasta nie kojarzą się z naszą kulturą, z naszym dorobkiem, a nowe inwestycje nie wytrzymują porównania z historycznymi budowlami i w tej sytuacji tworzenie wizerunku li tylko w oparciu o piękno gdańskich zabytków, może wywołać skutki przeciwne do zamierzonych, wręcz niebezpieczne.

„The Independent” pisząc o Gdańsku jako jednym z najbardziej malowniczych miast – nie opiewa postawionych od 1989 roku bloków. To jest zaświadczeniem, że miasto prowadzone jest błędnie, że nie stwarza nowych wartości, ale pasożytuje dorobek poprzednich pokoleń – wypracowany, wywalczony, rzec można, w tak niesprzyjających okolicznościach. To jest bardzo smutne świadectwo wystawione prowadzącym miasto. I bardzo źle świadczy o gdańszczanach. Zwłaszcza, gdy jako zachęta do przyjazdu wymieniane są nocne atrakcje, a nie – na przykład – wyjątkowe przesłanie Gdańska… Od kiedy pamiętam przyjeżdżano tu – mówiąc wprost – dla tanich dziewek i łojenia wódy, cóż to za dorobek i sensacja?

Co to znaczy, że o naszym mieście – w którym zaczęła się i zakończyła II wojna światowa i w którym narodził się współczesny świat – pisze się, że jest najfajniejsze? Jaki to jest obraz nas i jak to się ma do naszej sytuacji? Gdy Rosja zacznie puszczać rakiety – ktoś stanie w obronie fajnego miejsca z nocnymi atrakcjami? Zatem w jakich kategoriach myślą gdańszczanie, w jakich prowadzący miasto?

Skoro mocny akcent kładzie się na zarabianie na turystyce, to trzeba najpierw zadać sobie pytanie i rozstrzygnąć – po co chcemy tych turystów, tych ludzi do siebie zapraszać?

Czy chcemy, by tu przyjeżdżali odpocząć, spędzić – jak to się mawia – fajny czas? Czy, żeby coś zobaczyli i czegoś się dowiedzieli? Jeśli tak, to co i czego? Czy też po prostu chcemy, aby ich jak najwięcej przyjeżdżało – żebyśmy mogli ich oskubać?

To nie są jakieś wymyślone, trzeciorzędne rozważania – rozstrzygnięcie tych rzeczy jest potrzebne, by wiedzieć jak kształtować i prowadzić miasto. Jak w nim budować, jakiego potrzebujemy prawa etc.

Zacznijmy od pomysłu trzeciego, tzn. niech ludzie tu przyjeżdżają, żeby zostawić pieniądze… W zamyśle wygląda to prosto – mamy historyczne miasto, zabytki i „mit Solidarności” – powinno zadziałać. Ale, po pierwsze, jeśli chcemy używać „mitu Solidarności” jako wabika, czyli oszukać i oskubać przyjezdnych, to jest to właśnie pospolite oszustwo, tym dotkliwsze i tym „krótsze mające nogi”, że odwołujemy się do pewnej szlachetności i pewnego poziomu myślenia. A więc zwracamy się do ludzi myślących, o pewnym rysie moralnym, jak to się mówi potocznie – do ludzi na poziomie. Ale właśnie tym szybciej oszustwo takie wyjdzie na jaw i tym dotkliwsze będą skutki. Szybko poznają, że podsuwa się im ściemę. Wieść o tym się rozejdzie. Taki zamiar nie wyjdzie, nie „pociągnie”.

Gdybyśmy chcieli zapraszać tu ludzi, by coś zobaczyli, czegoś się dowiedzieli, to choć zamysł jest szlachetny, również skrywa swoje sprzeczności i pułapki. Pierwsze i najbardziej bolesne: mieliby tu przyjeżdżać turyści by podziwiać fenomen „zwycięskiej rewolucji Solidarności” – w wyniku której jej zwycięzcy wykonują u nich co podlejsze prace? Kto poważny potraktuje to poważnie? Takie zaprosiny są ośmieszaniem się, wystawianiem na pośmiewisko… Obrażamy inteligencję tych ludzi. Chyba żeby mieli przyjeżdżać, by z bliska przyjrzeć się owemu curiosum? Jeśli już – może lepiej – by zbadać o co w tym chodzi?

ECS

Mieliby przyjeżdżać tu, aby sprawdzać jak w secondhandach schodzą ich stare ubrania? Aby przekonać się, jak radzą sobie ich stare auta? Aby dać się oskubać do goła w striptizerni? A może aby przeżyć emocje załatwiania się w bramie?

Ale, w takim razie, kto i po co chciałby przyjeżdżać tu częściej, albo może kto i po co chciałby zamieszkać pośród takiego dziwnego ludu, nadto pogrążonego w jakimś megalomańskim mniemaniu o sobie?

Zatem, z jednej strony pani premier Wielkiej Brytanii, gdy mówiła, że tu narodził się współczesny świat, oczywiście nie miała na myśli udanej odbudowy starego miasta, ale z drugiej strony, choć wydaje się, że legenda „miasta zwycięskiej rewolucji Solidarności” jest samograjem, to jednak po tych zmarnowanych latach, właśnie to nie jest oczywiste. I przeciwnie, budowanie dziś, w tym stanie rzeczy, na tej legendzie może wręcz wywołać przeciwne, i opłakane skutki. Ta idea wymaga rewizji, bardzo poważnego zastanowienia, bardzo poważnej rozmowy. Skoro to tu narodził się współczesny świat i to związane z tym wydarzenia rozsławiły nasze miasto na całym świecie należy opracować koncepcję turystyczną miasta opartą owszem na tym, co zadecydowało o jego sławie, co zarazem jest dziełem jego współczesnych mieszkańców, ale trzeba to zrobić na jakiś nowy sposób, świeżo.

Jeśli zaś chcielibyśmy zapraszać tu ludzi, by oglądali historyczne miasto to wiele spośród posunięć urbanistycznych i wiele spośród budowli, które tu postawiono jest aktami sabotażu tej koncepcji. Mają oglądać blokowanie gotyckiej architektury? Starożytny miejski organizm pocięty arteriami wielkiej komunikacji? Zwiedzać obmierzłe tunele? Grodzone osiedla w zabytkowej przestrzeni? Podziwiać ślepościany wzdłuż potencjalnie najwyszukańszych miejsc? Żałośnie stylizowane apartamentowce, czy okładane styropianem kłamieniczki?

Ktoś może miałby się tu fatygować z Włoch, z Hiszpanii, z Francji, z Anglii czy Holandii – by oglądać palenie zabytków?

Jeśli gdańszczanie chcieliby zapraszać tu ludzi, aby odpoczęli, to miasto musi być piękne, czyste, miłe. Ludzie uśmiechnięci. Jeśli zwyciężyłaby koncepcja, by goście się bawili, należałoby miasto do tego przygotować, usunąć z historycznego centrum biura (a nie: dostawiać biurowce!), należałoby uprzedzić konflikty z mieszkańcami, odwrócić miasto na powrót w stronę wody, zrobić bulwary etc. Przemyśleć system ochrony, dostosować prawo. (Przypominam, że posterunek policji przeniesiono ze śródmieścia za rzekę.)

Jeśli pomysłem na miasto ma być turystyka – to ruch turystyczny musi być przez cały rok. Nie zapewnią tego jarmarki, czy jakieś jednorazowe festy, mecze czy koncerty.

Zagranicznych turystów nie zachęcą też do przyjazdu pośledniejsze wersje sieciowych sklepów i kawiarni, po co mieliby przyjeżdżać, oglądać słabe kopie tego, co mają u siebie? Nie jest właściwą drogą podpatrywanie, co robią inni – by zaszczepić to tutaj, ale właśnie potrzeba w tej sytuacji rozwiązań oryginalnych, własnych.

Ale, jak widać już choćby tylko po tym, co napisałem, miasto prowadzone jest bez koncepcji, na łapu-capu, przeczącymi sobie decyzjami.

Plan trzydziestoletni.

7 listopada 2017 w Europejskim Centrum Solidarności odbyła się dyskusja publiczna nad projektem Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego miasta Gdańska. Jak na wagę sprawy, gdańszczan przyszło niewielu, padło parę pytań, ale doprawdy trudno nazwać to spotkanie dyskusją. Pewien pan, który przedstawił się jako gdański przedsiębiorca, bardzo delikatnie zastrzegł, że nieco brakuje mu w przedstawionym planie wizji. Pani dyrektor Biura Rozwoju Gdańska przez chwilę rozwijała odpowiedź, aby wreszcie powiedzieć: wizja? Ale co by to miało być?

W dzisiejszych czasach, w których rozwój stał się pędem, ale w którym także zmiany w polityce, w ideach, w stosunkach międzynarodowych miewają charakter nieomal gwałtowny, wydarzają się z dnia na dzień, poważne planowanie w skali trzydziestu lat właściwie jest niczym jak tylko wizją.

W kontekście owej publicznej dyskusji i owego planu trzydziestoletniego chcę powiedzieć o dwóch kwestiach.

Pierwsza. Obszernie napisałem o błędzie przeistoczenia przestrzeni przed Dworcem Głównym w trasę przelotową – zamiast poprowadzenia ruchu tranzytowego nad torami kolei, a przed Dworcem – uformowania obszernego placu z drogami/odejściami promieniście rozchodzącymi się w kierunku „trzech modułów” historycznego obszaru miasta – gdańskich „starożytności” (południowy wschód), modułu drugiej wojny światowej (wschód) i modułu „Solidarności” (północny wschód).

Dr Michał Beim na stronie Instytutu Sobieskiego napisał:

Główne wyjścia z dworców zawsze są wizytówkami miast, dlatego zazwyczaj są przykładem wysokiej jakości przyjaznych pieszym przestrzeni publicznych. (Dr Michał Beim, Autostrada zamiast przestrzeni publicznej.)

W Gdańsku tę przestrzeń dla pieszych przed dworcem nieomalże w ogóle zlikwidowano.

Mówi się o zamiarze poprowadzenia linii tramwajowej od Huciska przez Targ Drzewny i dalej wzdłuż Podwala Staromiejskiego ku Młodemu Miastu, byłoby to, analogicznie jak w przypadku Podwala Przedmiejskiego, działanie w śladzie totalitarnej urbanistyki, hitlerowskiej. Tymczasem już dziś zachodzą procesy ewidentnie wykazujące niszczycielską anachroniczność tych posunięć – owej trasy przelotowej, autostrady przed Dworcem i owego zamiaru wprowadzenia w obszar historyczny ciężkiej infrastruktury komunikacyjnej.

Po pierwsze motoryzacja szybko zmierza ku radykalnej zmianie – ku elektryfikacji. Zarazem rozwój elektroniki wskazuje wyraźnie kierunek rozwoju w stronę zindywidualizowanego transportu publicznego, to znaczy jakiejś formy między dzisiejszą taksówką a busem. I wyjątkowo obszar historyczny Gdańska wprost wymaga niewielkich, możliwie zindywidualizowanych środków transportu publicznego. To jest rzec można wymarzona forma transportu na tym obszarze. Pod postacią niewielkich pojazdów o napędzie elektrycznym. Na przykład ludzie przyjeżdżający pociągiem zamawialiby połączenia w określone miejsca, byliby kierowani do odpowiednich pojazdów z innymi zamawiającymi kurs w tym kierunku.

Teren miasta w obrębie historycznych fortyfikacji wręcz wymaga już dziś tego rodzaju rozwiązania. Z natury rzeczy także aby zorganizować tego typu komunikację potrzebny jest odpowiedni plac przed dworcem, też z odpowiednią infrastrukturą.

Gdy do sieci trafią stacje szybkiego ładowania, uzupełnienie stanu akumulatorów do 80 procent będzie trwało 10 minut.  („Auto świat”, Elektryczna przyszłość Mercedesa.) Mówimy więc o czasie teraźniejszym, to dzieje się teraz, ale za chwilę nastąpią zmiany w ogóle rewolucjonizujące te kwestie. Pan dr inż. Sebastian Banaszek, Prezes Zarządu Dron Hause S.A., mówi tak: przed upływem 20 lat dojdzie do skokowego rozwoju transportu dronami osobowymi, podobnego jak miało to miejsce w rozwoju telefonii komórkowej – od telefonu stacjonarnego. („Ekonomia raport”, Telewizja Republika)

teren przed dworcem

Mówimy o procesach, które już zachodzą:

„Porsche (…) chce opracować latający pojazd pasażerski, który mógłby konkurować z rywalami na ewentualnym rynku miejskich taksówek lotniczych i usług wspólnych przejazdów – powiedział szef sprzedaży Porsche Detlev von Platen. – To naprawdę miałoby sens. Jeśli przejeżdżam z fabryki Zuffenhausen na lotnisko w Stuttgarcie, potrzebuję co najmniej pół godziny, jeśli mam szczęście. Latanie zajmie tylko trzy i pół minuty” (…)

Porsche dołączyło do grona firm zajmujących się projektowaniem samochodów latających w oczekiwaniu na przesunięcie rynku transportowego z konwencjonalnych samochodów na samojezdne pojazdy udostępniane za pośrednictwem aplikacji.

Projektant samochodów Volkswagen, Italdesign i Airbus (AIR.PA) na ubiegłorocznym salonie samochodowym w Genewie zaprezentował dwumiejscowy samochód latający o nazwie Pop. Up, zaprojektowany w celu uniknięcia korków na drogach miejskich. Zgodnie z planami Porsche, pasażerowie będą mogli mieć pewną kontrolę nad pojazdem latającym, ale nie będą potrzebować licencji pilota, ponieważ wiele funkcji samochodu będzie zautomatyzowanych.

Potencjalnymi konkurentami latającego pojazdu stworzonego przez Porsche będą niemieckie start-upy Volocoptera, wspierane przez Daimlera (DAIGn.DE), Lilium Jet i eVolo, a także amerykańską Terrowugię i Joby Aviation z siedzibą w Kalifornii.  Latające taksówki coraz bliżej. Niezależna.pl)

W mediach znajdujemy informacje o testowaniu osobowych dronów w Chinach, w USA,  w Dubaju. To właśnie się dzieje. Oczywiste jest, że na placu przed Dworcem Głównym powinno być lądowisko dla dronów. A zauważmy, że samochody elektryczne i drony osobowe będę potrzebowały zbliżonej infrastruktury – to znaczy miejsc postoju z których będą podejmować pasażerów, a które będą zarazem miejscami szybkiego ładowania. Prowadzący Miasto Gdańsk powinni już dziś o tym myśleć, inwestować w tym kierunku, kształtować miasto z myślą o tym. Dlaczego Gdańsk – mając Politechnikę, mając Akademię Sztuk Pięknych – nie miałby być w czołówce przygotowujących te rozwiązania?

Nadchodząca ofensywa samochodów elektrycznych w naturalny sposób będzie się rozwijała w osobowe drony o napędzie elektrycznym. Będą kompatybilizowane w wymiarze technicznym i w sensie uzupełniających się modeli transportu i rozrywki. W tej sytuacji, teraz, u progu takich zmian inwestowanie w ciężką infrastrukturę, obciążanie nią historycznego obszaru miasta jest właśnie niszczącym anachronizmem. Także z uwagi na wizerunek i zwiększanie atrakcyjności turystycznej Gdańsk powinien inwestować właśnie w rozwój zindywidualizowanej elektrycznej komunikacji publicznej – z perspektywą wprowadzania dronów osobowych. Miasto powinno inwestować w tym kierunku.

A teraz w kontekście wspomnianego planu trzydziestoletniego kwestia druga. Biuro Rozwoju Miasta jako model rozwoju Gdańska przyjęło układ tarasowo-policentryczny.

Jakby to ująć, Gdańsk jest miastem o wyjątkowo klarownym, określonym rdzeniu kulturowym, historycznym, ideowym – i to znanym nawet w skali globu, choć tracącym stopniowo swoją szansę. Idea układu policentrycznego jest sprzeczna z esencją naszego miasta, z jego legendą, narracją, historią – właśnie niezwykle spójną, nośną i ważną w sekwencjach 1918 – 1933 – 1939 – 1945 – 1989. Zauważmy, że jest to sekwencja wydarzeń mocno zaznaczonych w dziejach świata. Jest to więc miejsce z wyraźną, silną dominantą sfery niematerialnej. Natomiast rozwijanie miasta w układzie tarasowo-policentrycznym jest myśleniem wyłącznie warunkami fizycznymi, jest sprowadzaniem do „materii”. Koncepcja policentryczna rozkłada treść i legendę naszego miasta. I to jest zdumiewające.

To jest jakby ktoś powiedział: będziemy tak prowadzić miasto, aby je rozłożyć. No, to jest coś niebywałego, że takie plany ma Biuro Rozwoju Miasta, że to jest tego biura oficjalny program, że jest oficjalnie głoszony – i nie spotyka się z jakąkolwiek reakcją środowisk intelektualnych, mediów, uczonych, historyków – sam już nie wiem kogo. Jak w ogóle jest to możliwe?

W sytuacji miejsca o takiej dominancie sfery niematerialnej należy tworzyć nie układ policentryczny (nadto jeszcze: tarasowo-policentryczny), a satelitarny, o wyraźnej grawitacji, szukając tego, co łączy, nawiązuje, uzupełnia, odbija (w znaczeniu odbijania jak w lustrze).

Oczywiście, gdy stosuje się politykę zacierania – trudno jednocześnie myśleć w kategoriach grawitowania. Na przykład zatarto wszelki ślad po siedzibie Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego – potem Krajowej Komisji Porozumiewawczej NSZZ „Solidarność” we Wrzeszczu, przy ulicy Grunwaldzkiej 103:

17 września 1980 na zaproszenie gdańskiego MKZ w sali klubu „Ster” w Gdańsku-Wrzeszczu, zebrali się po raz pierwszy przedstawiciele niezależnego ruchu związkowego z całego kraju. Przybyłych przywitał Lech Wałęsa, po czym spotkanie poprowadził członek Prezydium MKZ, pisarz Lech Bądkowski. Program spotkania przewidywał: dyskusję nad bieżącym programem działania (…) powołanie NSZZ w całym kraju, statut i program działania do I Kongresu NSZZ) oraz powołanie i określenie pracy „Komisji Koordynacyjnej MKZ-tów” (realizacja porozumień z rządem, projekt ustawy o związkach zawodowych, realizacja ustawy o samorządzie robotniczym, ustawy o przedsiębiorstwie, cenzurze, metodyka zawierania układów zbiorowych, koordynacja bieżącej działalności MKZ-tów i taktyka w okresie przejściowym, doprowadzenie do I Kongresu NSZZ).

W spotkaniu wzięli udział delegaci regionalnych komitetów założycielskich z Katowic, Krakowa, Warszawy, Bydgoszczy, Wałbrzycha, Krosna, Elbląga, Łodzi, Prudnika, Jastrzębia Zdroju, Stalowej Woli, Wrocławia, Andrychowa, Lublina, Bytomia, Opola, Siemianowic, Torunia, Tych, Płocka, Kołobrzegu, Poznania, Słupska, Gorzowa Wielkopolskiego, Rzeszowa, Żywca, Koźla, Opola, Szczecina oraz przedstawiciele Komitetu Założycielskiego NSZZ Pracowników Nauki, Techniki i Oświaty.

Obrady zakończyły się przyjęciem założenia, na wniosek radcy prawnego MKZ NSZZ Mazowsza Jana Olszewskiego, że MKZ w Gdańsku przygotuje projekt statutu całego NSZZ, na podstawie którego wszystkie MKZ zarejestrują się jako jeden związek. Projekt ten poparł i uzasadniał delegat z Wrocławia Karol Modzelewski, proponując, by nową organizację nazwać: Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. Powołana została również Krajowa Komisja Porozumiewawcza (w skład weszli – po jednym – przedstawiciele wszystkich MKZ), mająca pełnić funkcje koordynujące, oraz Komitet Założycielski NSZZ „Solidarność”, którego przewodniczącym został Lech Wałęsa.

(MKZ i KKP NSZZ „Solidarność”NSZZ „Solidarność” Wszechnica)

Oficjalnie NSZZ „S” powstał 17 IX 1980 podczas ogólnopolskiego spotkania przedstawicieli MKZ-ów w Gdańsku. (Gedanopedia)

Grunwaldzka MKZ

Zatem zacierając ślad tej historii zatarto też historyczną łączność dzielnicy ze Stocznią, z historią „Solidarności”, a więc udział Wrzeszcza w legendzie miasta, w którym narodził się współczesny świat. Według koncepcji Biura Rozwoju Miasta Wrzeszcz ma być takim jednym z samocentrów – co przecież oznacza jego deklasację, bo cóż jest Wrzeszcz bez tej historii?

Pamiętamy też urbanistyczną koncepcję najstarszej części Gdańska, gdzie krąg miejskich fortyfikacji ma swój geometryczny środek w wieży głównomiejskiego ratusza. Idea policentryczna kłóci się także z tym porządkiem.

W symbolice Pomnika Poległych Stoczniowców krzyże rozkruszyły beton, czym przedstawiono pokonanie totalitaryzmu. Od pomnika rozchodzą się koncentryczne kręgi symbolizujące rozchodzenie się idei solidarnościowych na cały świat. Słyszałem też, że w założeniu każda miejscowość w Polsce miała, czy mogła, sobie taki łuk kręgu ufundować jako symbol rozchodzenia się tych idei w całym kraju. Widzimy tu łączność z dziełem Filipa Kluwera – w wyniku którego Gdańsk stał się odniesieniem do określania kierunków w Europie, możemy widzieć koincydencję ze słowami Napoleona: Gdańsk jest kluczem wszystkiego. Rok 1989, rozkład komunizmu czyli zakończenie drugiej wojny światowej (która zaczęła się od Gdańska) możemy również ukazywać jako rozpoczynające się tu, rozchodzące się stąd. Widzimy zatem, że koncepcja tarasowo-policentryczna jest kompletnie bez związku z Gdańskiem, jest wbrew i przeciwko Gdańskowi.

W okolicznościach historycznego miasta po przejściach, w którym są zachowane budowle zabytkowe, w którym są budowle odbudowane, w którym są puste miejsca po zrujnowanych obiektach i w którym są urbanistyczne i architektoniczne ingerencje totalitarnego systemu – należy zacząć od Rozmowy, od znalezienia sposobu: jak uleczyć to miasto, jak stworzyć spójne dzieło.

W prowadzeniu naszego miasta wyraźnie widać właśnie brak wizji, sprawia ono wrażenie działań reaktywnych – szukania inwestorów i, kto tam co chce, to niech zbuduje. Nie jest to obserwacja odosobniona, dr Grzegorz Kęsik napisał:  Analizując próby politycznego zagospodarowania [Wyspy Spichrzów] przez władze miasta można odnieść wrażenie, iż po początkowej liberalizacji, stopniowo rezygnowano z jakichkolwiek modeli kształtowania przestrzeni, na rzecz czystej negocjacji biznesowej i dopiero ex post ustalania warunków dla nowej zabudowy. Zapisy w planach zagospodarowania przestrzennego były bowiem na tyle liberalne, iż w danym miejscu mógł powstać obiekt w znacznej mierze zależny od upodobań danego inwestora, byle tylko ten zgodził się na podpisanie umowy i jego budowę. Można zatem dostrzec, podobnie jak miało to miejsce w Kazimierzu Dolnym, przewartościowanie przez władze miasta pozycji inwestora, kosztem pozostałych aktorów gry o przestrzeń historyczną.  (Dr Grzegorz Kęsik, Polityka na Wyspie Spichrzów.)

Przeczytaj:

To nie jest właściwy rodzaj działania w mieście takim jak Gdańsk, tym bardziej odnośnie jego historycznego obszaru. Tu należy zacząć od odkrycia, od rozpoznania, od ustalenia i zakreślenia – jak stworzyć spójne dzieło, a potem należy konsekwentnie realizować krok za korkiem elementy składające się w jego całość. Myśląc całościowo, mając na uwadze całość.

Plan dla Gdańska.

Motto 1:     Dobra diagnoza tym się cechuje, że zawiera podpowiedzi leczenia chorej sytuacji. (…) Jeśli diagnozujesz jakąś sytuację, zwracasz uwagę na jakąś niekorzystną, niebezpieczną sytuację, czuj się zobowiązany od razu zaproponować jakieś – chociażby na gorąco, jeszcze nie sprawdzone ale już stanowiące zaczyn do myślenia – jakieś projekty, propozycje rozwiązań. Żebyśmy mieli nawyk, że każda diagnoza ma rodzić jakieś pomysły. – prof. Andrzej Zybertowicz

Motto 2:   Często uważa się, że innowacyjność jest procesem polegającym na przekształceniu istniejących możliwości w nowe idee i wprowadzeniu ich do praktycznego zastosowania. A mnie się wydaje, że jest odwrotnie: potrzebujemy nowych idei, aby móc dostrzec i praktycznie sięgnąć po istniejące potencjalnie zasoby i możliwości. – prof. Jerzy Hausner

Niniejszym przedstawiam przykładowy plan dla Gdańska, propozycję spożytkowania unikatowego potencjału naszego miasta. Niestety, na zrealizowanie w pełnym wymiarze jednego z puntów owego planu jest już za późno, sprawy zaszły już za daleko, ale dlatego zatem potrzebne jest tu pewne wyjaśnienie. Otóż próby twórczego zareagowania na sytuację w Gdańsku podejmowałem już 10 lat temu i niniejsza książka jest owocem właśnie dziesięciu lat obserwacji, przemyśleń, rozmów, konsultacji. W roku 2013 aplikowałem o stypendium Województwa Pomorskiego na napisanie tej książki. Spotkałem się z odmową i podobna sytuacja, w różnych wariantach – ze strony różnych potencjalnych sponsorów – powtarzała się w następnych latach.

Znamienna i najbardziej poruszająca była odmowa jednej z trójmiejskich fundacji zajmujących się finansowaniem społecznościowym. Powiedziano mi szczerze: prowadzący fundację boją się zorganizować społeczną zbiórkę na wydanie tej książki. Oto i Gdańsk.

Zbigniew Sajnóg

Zatem, mówiąc w pewnym uproszczeniu i pomijając tu inne kwestie, sytuacja miasta w okolicach roku 1989 była trudna w sensie materialnym, ale jeśli chodzi o posiadany potencjał – wprost świetna. Pytanie, co więc w takiej sytuacji należałoby zrobić? No, właśnie, trzeba było zacząć od znalezienia odpowiedzi na to pytanie. Należało zatem zacząć od obmyślenia sposobu zbierania, opracowywania, poddawania pod dyskusję pomysłów – jak spożytkować wielki potencjał miasta. Należało zorganizować taki swoisty wielki think tank, zachęcić i zaprosić do udziału mieszkańców. Wysłuchać także jakie są ich potrzeby, ale i jakie mają marzenia.

Właśnie pomysły, jak wprawić w ruch ten szczególny potencjał, w tamtym czasie były dużo ważniejsze niż realnie posiadany majątek i mogły zaowocować rzeczywistym punktem zwrotnym w dziejach miasta. To pomysły były tym, czego pilnie było potrzeba. Należało otworzyć możliwości, by ludzie w miarę swoich talentów angażowali się w ten rozwój. Zbieranie pomysłów może się wydać czymś małym, ale właśnie to było podstawowe, trzeba było na to położyć nacisk. Nadto z owego poszukiwania mógł wyłonić się także nowy, odpowiedni do sytuacji sposób działania.

Widzimy, że w systemach rynkowych o długim stażu tego rodzaju konsultacje, takie pytanie społeczeństw, są zwyczajnie przyjęte, nie uznaje się ich za przejaw jakiejś socjalistycznej ideologii. Miasto jest naszym mieszkaniem, dlaczego więc razem nie mielibyśmy o nie dbać, rozmawiać o jego sprawach, rozmawiać o jego kształcie, razem je remontować, modernizować, ulepszać? Wspólnie decydować „czy je ocieplić, czy nie” i „na jaki kolor je pomalować”. Cóż to ma wspólnego z jakąś ideologią? Nic! To jest oczywiste, normalne myślenie.

No tak, ale to oznaczałoby wyłonienie prawdziwych liderów tamtego czasu – a kto z ówczesnych decydentów by sobie na to pozwolił?! Do takiego posunięcia potrzebni są ludzie uczciwi, szlachetni, mądrzy. Jak powiedział pan Czesław Bielecki – „Politycy klasy B, dobierają sobie współpracowników klasy C, D i E. Politycy klasy A, dobierają sobie współpracowników klasy A+.”.

Poza tym, kto z grona komunistów, służb i agentów, chciałby szczerej rozmowy? Odsłonięcia rzeczywistej maszynowni zdarzeń? A czy chciałby tego ktoś szukający sposobności, by „zakumulować kapitał początkowy drogą kradzieży pierwszego miliona”? Możemy więc w tamtych zaszłościach widzieć nie tyle zmianę, co działanie dwóch ewolucjonistycznych ideologii idących ręka w rękę. Działanie ohydne, nikczemne, niszczące.

Wmówiono nam, że mamy się żreć jak wściekłe psy, że to jest esencją rozwoju – a przecież wspólne szukanie rozwiązań jest współdziałaniem, współpracą, i to tworzącą wspólnotę! Zawiera takie czy inne myślenie o wspólnym interesie, o wspólnych celach. Wspólne działanie i dzielenie się owocami, korzystanie z nich. Ale stado piranii tak nie działa – przepychają się, dopadają ofiary, by chapnąć jak największy kęs, a gdy któraś jest ranna, również zostaje rozszarpana. I tak skupieni na sobie, czając się by urwać jak największy połeć, w tym zaślepieniu tracą z oczu, że ponoszą wszyscy razem stratę, którą nawet trudno ogarnąć, nawet trudno sobie jej skalę uzmysłowić i wyobrazić.

Gdy miasto, jak to, bierze się jak łup – wtedy nie chce się nawet dopuścić, by w jego mieszkańcach zrodziła się myśl, czy poczucie, że przecież to jest takie ich większe, wspólne mieszkanie. Taki większy dom. I że ci, których wybiera się, by tym miastem zawiadywali, więc ludzie o których wybierający myślą, iż mają odpowiednie po temu talenty, umiejętności i wiedzę – to są ludzie przez nich wynajmowani. Wybierani spośród oferentów i opłacani, by ten dom prowadzili. To jest umowa, to nie jest relacja feudalna.

Ech, gdybyż te zmiany roku 1989 były rzeczywiście uczciwą, prawdziwą, szczerą przemianą! Dla Gdańska i jego mieszkańców była to szansa niebywała. Unikat. Apogeum tysiącletniej historii. A oto co my tu widzimy… blokowiska, nieporozumienia i zakładanie drenów. To jest to, co możemy wskazać, co możemy obliczyć – a kto ogarnie, kto policzy straty, jakie ponieśliśmy z powodu niewykorzystanych możliwości? A kto policzy straty – nieliczalne?

Naród tak rozdarty, zantagonizowany, tak znowu zraniony, tak okaleczony – że kto i jak może to uleczyć?

Gdy w tej perspektywie, w tym ujęciu patrzeć na blisko już trzy dekady od roku 1989 – był to dla Gdańska czas dramatycznie zmarnowany. Mieliśmy zaiste „morze możliwości” – a zrobiliśmy gwoździk, drucik i krzywą sprzączkę.

Jak to w ogóle możliwe – taki niezwykły potencjał wymienić na zmywaki świata?

Z tego miasta, z jego historii, i dawnej i nowej, przy mądrym jej podejmowaniu, wszyscy jego mieszkańcy mogliby żyć – i taksówkarze, i kwiaciarki, i deweloperzy, i murarze, urzędnicy, restauratorzy i sprzątaczki, poeci i rzemieślnicy – każdy na jakimś swoim poziomie, ale żyć. Nie emigrować, nie desperować, nie zapijać się i nie zabijać. Przyjęliśmy myśleć, że biedny potrzebuje bogatego, ale jakoś nie mamy w świadomości, że także bogaci potrzebują biedniejszych – bo kto zrealizuje ich zamierzenia? Kto wykona potrzebne prace?

Szanujcie się nawzajem, ludzie. Czy jedynym, co nas łączy jest polski język?

cdn.

Zbigniew Sajnóg

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *