Trójmiasto czy Wolne Miasto Gdańsk?

Gdynia a właściwe Gotenhafen (tak sobie wymyślili okupanci niemieccy) w roku 1941. Gdy ktoś użyje sformułowania Trójmiasto, wszyscy wiedzą o jakie miasta chodzi. Dzieciaki na Śląsku i emeryci w Lublinie, sprzedawcy oscypków w Krakowie i rolnik spod Szczecina; wszyscy wiedzą, że chodzi o Gdańsk, Gdynię i Sopot. Takie to oczywiste przecież. Kaszubi nazywają je Trzegard… Ale jak to się stało, że przyjęło się tak mówić o wspomnianych miastach? I czy rzeczywiście taki organizm miejski jak Trójmiasto istnieje?

Początków Trójmiasta możemy doszukiwać się w 1939 roku, gdy Niemcy postanowili zagarnąć wszystko co polskie. Wyciągnęli więc łapska ku Gdyni, przemieniając ją na Gotenhafen, Przystań Gotów. Swoją drogą ciekawe, że temu bardzo młodemu miastu, perle polskiego modernizmu, przyklejono taką właśnie łatkę. Nic się nie zgadzało. Ale za to zrobiono pierwszy krok, by Gotenhafen połączyć z Freie Stadt Danzig.

II Wojna Światowa zaczęła jednak dobiegać końca. Przybyła Armia Czerwona i postanowiła trzy miasta „wyzwolić”. Najgorzej na tym „wyzwalaniu” wyszedł Gdańsk, gdyż czerwona swołocz postanowiła miasto zrównać z ziemią. Stalin wydał rozkaz, by urządzić tu największe fajerwerki tej wojny. Taki symbol. Tu rozpoczął się ten tragiczny w dziejach ludzkości konflikt, a więc trzeba było odpowiednio zaakcentować zdobycie Gdańska. Istotnie, fajerwerki trwały długo po zajęciu grodu nad Wisłą. Dwa tygodnie dywanowych nalotów, bomby zapalające. Tu i tam krasnoarmiejcy wzniecali też pożary własnymi rękami, niekiedy dosypując fosforu dla lepszych efektów wizualnych. Ludność grabiono, plądrowano domy użyteczności publicznej. Najgorzej miały kobiety, które gwałcono. Zagłada miasta, żadne tam „wyzwolenie”. Sopot też nieźle oberwał. Gdynia na szczęście stosunkowo najmniej ucierpiała w tamtych dniach.

 Po Armii Czerwonej przyszli nowi, komunistyczni panowie. Nastał czas socjalizmu. Nastało nowe, więc trzeba było zatrzeć wszelkie ślady po tym co było kiedyś. Wspominanie Wolnego Miasta Gdańsk mogło się źle skończyć. Przesiedlono więc rodaków z utraconych Kresów, nakazano im odbudować… Trójmiasto. Taki był plan zaakceptowany na egzekutywach jedynie słusznej partii.

Trójmiasto zapełniło więc lukę po Freie Stadt Danzig. To czerwoni kacykowie ukuli ten termin i wpoili go mieszkańcom regionu. Trójmiasto to termin wywodzący się z nowomowy partyjnej. Propagandowy pomysł, by wykorzenić z głów klasy robotniczej wszelkie zaszłości historyczne. Neologizm przyjął się i okrzepł podczas trwania PRL-u. Śląscy harcerze, rolnicy na Ziemiach Odzyskanych, górale handlujący oscypkiem na Krupówkach, kolejni sekretarze PZPR, redaktorzy telewizji i strajkujący stoczniowcy – wszyscy mówili o Trójmieście. I tak, w miarę pokoleniowych zmian, niemal zarzucono wiedzę o tym, co było przed 1939 rokiem. Wielki sukces edukacji alternatywnej.

Ale wbrew pozorom Trójmiasto to był w zasadzie termin funkcjonujący głównie w mowie potocznej. Tak naprawdę nie zrobiono wiele, by scalić w jedną aglomerację trzy nadbałtyckie miasta. W zasadzie miasta ze sobą konkurowały. Odrębne zakłady organizujące komunikację miejską, odrębne stocznie, dublujące się porty. Różnic było bardzo dużo. Miasta wcale nie stały się kompatybilne. Wyjątkiem była chyba tylko Szybka Kolej Miejska, która najbardziej integrowała Gdynię, Sopot i Gdańsk. Może jeszcze Obwodnica Trójmiejska. Dalszych działań zaniechano. Może to dobrze, a może nie. Zależy jak na to patrzeć.

Z punktu widzenia – bardzo nielicznych – rdzennych mieszkańców Gdańska i Sopotu, to dobrze. Cała integralność historyczna tych dwóch miast zostaje zachowana. Nie wszyscy lubią być przypinani na siłę do Gdyni. No i ta duma: gród nad Motławą istnieje tu od ponad tysiąca lat, a przecież wówczas Gdynia to było kilka rozsypujących się chat rybackich. Z punktu widzenia gdynian – też dobrze! Oni jakoś do Gdańska nie pałali żadną miłością, zawsze napuszczano ich na „Niemców” z południa. Zresztą w Gdyni istnieje znacznie większy odsetek autochtonów od dziada pradziada (dalej już nie, bo jako miasto funkcjonuje mniej niż 90 lat). Gdynia to miasto, w którym jego mieszkańcy są zakochani. Gdynia tak naprawdę nie ma mieszkańców, tylko fan-club. A fan, jak wiadomo, zawsze będzie wyolbrzymiał zalety, zapominał o wadach i kochał na zabój. Gdynianie też są dumni. Mimo tych wszystkich przetasowań etnicznych, które dotknęły region po II Wojnie Światowej, świadomość miejsca zamieszkania jednak istnieje.Ta świadomość wróciła po upadku komuny. Mieszkańcy nagle, głodni historii w PRL zakazanej, zaczęli ją zgłębiać. Gdańszczanie zaczęli gromadzić stare zdjęcia, pamiątki; poszukiwali swego miejsca w millenium. Gdynianie wykorzystali to na swój sposób, bezczelnie nazywając swych sąsiadów Szkopami (choć o krajan Goethego tutaj naprawdę niełatwo). Gdańszczanie oczywiście nie pozostali dłużni, pogardliwe słowo „śledzie”, to najlżejsza z obelg. Tak naprawdę to większość mieszkańców „Trójmiasta” jednoczy… nienawiść względem siebie. Każdy, kto bywał na derbowych meczach piłkarskich, rozgrywanych przez Arkę i Lechię o tym zaświadczy (zamieszki po meczach często wylewały się poza stadion i trwały wiele dni). Będąc w Gdańsku lepiej nie przyznawać się do gdyńskiego adresu zamieszkania, bo można dostać po pysku. I na odwrót.

Gdańsk z lotu ptaka rok 2007. fot. Marcin Tarkowski
Gdańsk z lotu ptaka rok 2007. fot. Marcin Tarkowski

Myliłby się ten, który twierdziłby, że ta rywalizacja ma miejsce jedynie na pojedynkach zwaśnionych klubów! O nie! Ten konflikt istnieje na każdej płaszczyźnie życia i funkcjonowania trzech miast. Nieliczne wyjątki tylko potwierdzają regułę. Walka toczy się w sferach biznesowych, a nawet administracyjnych. Prezydenci miast, delikatnie mówiąc, nie przepadają za sobą. Ich poprzednicy też nie pałali do siebie miłością. O dobrej współpracy można powiedzieć tylko w odniesieniu do Gdańska i Sopotu. ERGO Arena stojąca na granicy obu grodów to taki jej pomnik. Zdobywanie pieniędzy ze środków unijnych na wspólne inwestycje? Oczywiście. Obydwa miasta od dawna lobbują za poprowadzeniem nowego łącznika z Obwodnicą, tzw Trasą Zieloną. A Gdańsk i Gdynia? Nie ma miesiąca, by nie darto kotów. Rywalizacja niekiedy jest brutalna i bezwzględna. Każde z miast chce więcej wyrwać dla siebie, kosztem unifikacji w jedną aglomerację. Tristar, system inteligentnego zarządzania ruchem, póki co jest chyba największym programem realizowanym wspólnie (oczywiście nie bez obwiniania się nawzajem za różne aspekty jego wdrażania). Integracja ścieżek rowerowych – niechętnie, bo niechętnie, ale jest pomału realizowana. Wspólny bilet? Wolne żarty. To się pewnie nie uda, a jeśli już to nieprędko.

Jakiś czas temu jednak udało się zgromadzić napuszonych włodarzy miast pod jednym dachem, by parafować tzw Kartę Trójmiejską. Pojawiła się iskierka nadziei na jakieś sensowne nawiązanie współpracy między miastami. Po raz pierwszy właściwie „Trójmiasto” miało szansę zaistnieć poza językiem potocznym i nowomową partyjną. Ale gdzie tam! Wkrótce Gdynia storpedowała całe porozumienie i wymarzyła sobie własne lotnisko na Babich Dołach. Cały sens budowy Pomorskiej Kolei Metropolitalnej został poddany w wątpliwość. Inwestycja, mało sensowna i powstała w wyniku chorych ambicji tak naprawdę, nie spotkała się też z akceptacją w sferach zarządzających funduszami europejskimi, w Brukseli. Zresztą nie tylko urzędnicy z tej współczesnej Wieży Babel zwracają uwagę na tę paranoję trójmiejską. Turyści przybywający tu co roku, też narzekają na niezgraną z sobą infrastrukturę itd. Sami robimy sobie pod górę w ten sposób. Doskonała antyreklama.

Herb Wolnego Miasta Gdańska

Zawiść o wsparcie unijnymi funduszami jest ogromna. Tak się złożyło w ostatnich latach, ze Gdańsk stał się większym beneficjentem owych funduszy, co oczywiście spotkało się z oburzeniem gdynian (wcześniej było dokładnie na odwrót, gdańszczanie zazdrościli gdynianom). Konkurencja zamiast zmniejszać się, wydaje się nabierać tempa. Jedni drugim podrzucają sobie świnie nawzajem, kombinują jak pognębić rywala przy byle okazji. Reszta kraju ma niezły ubaw z tego powodu.

Może zatem warto zaakceptować ten stan rzeczy? Po co scalać w jedno coś, co nie ma szans powodzenia? Nie ma sensu kupować kredensu, jak mawia się. Trójmiasto to mit. Trójmiasto to taki kwiat paproci – słyszy się o nim w legendach, nikt w niego nie wierzy. Szczególnie my, zamieszkujący te trzy miasta. Nie jesteśmy kompatybilni i nie sądzę byśmy tacy stali się w przyszłości. Ta aglomeracja nie ma żadnej przyszłości. Gdańsk nigdy nie zgodzi się na to, by stracić swą pozycję. Gdynia nigdy nie uzna wyższości większego sąsiada i będzie chciała przewodzić w tym związku. A Sopot? Sopot zawsze pójdzie za Gdańskiem. I okazuje się, że duch Freie Stadt Danzig trwa. Jedyna sensowna przyszłość to dwa związki miejskie. Trójmiasto – czemu nie? Ale w innej formie. Istnieje rozwiązanie, które zadowoli dumnych gdynian: przewodnictwo w strukturze, której oś będzie zwrócona na zachód, w stronę Rumi i Redy. Może nawet jeszcze Wejherowa. Tu niegdysiejsze Gotenhafen ma szansę stać się liderem. W tym związku zachodzi chemia i to może wypalić. A Gdańsk i Sopot? Może czas, by odbudować dawne struktury Wolnego Miasta. Zaprosić jeszcze Pruszcz Gdański do tej koalicji. Mielibyśmy dwie aglomeracje zamiast jednej. I wilk byłby syty i owca cała. Może to jest ten właściwy kierunek przemian?

W ten sposób powstałyby też podwaliny większej autonomii Gdańska w przyszłości. Wielu gdańszczan chciałoby żyć w całkowicie Wolnym Mieście. W odrębnym organizmie państwowym, we własnym kraju. Może niewielkim, ale Liechtenstein czy Kosowo też nie są ogromnymi państwami. Pojawiłaby się alternatywa do życia. Z pewnością dalibyśmy sobie radę żyć na własną rękę i na własnych warunkach. Być niezależni. I dać Gdyni szansę na budowę jej własnej aglomeracji. Ale już niekoniecznie wolnej i niezależnej. Wolność jest dla tych, którzy o nią walczą.

9 myśli na temat “Trójmiasto czy Wolne Miasto Gdańsk?

  • Chciałabym, żeby wróciło Wolne Miasto Gdańsk. Jestem rodowitą Gdańszczanką i chciałabym być odrębnym krajem od całej Polski.

    Odpowiedz
  • również i mnie się podoba taki pomysł – jedna aglomeracja z Gdynią na czele i druga aglomeracja z Gdańskiem na czele. Bo fakt jest taki że nawet biletu wspólnego nie da się kupić – jest albo „metropolitalny” na wszystkie miasta od Wejherowa po Żukowo i jeszcze dalej, ale na Gdynia-Gdańsk po prostu nie ma. I tu mam problem. Jestem osobą pół na pół – zawodowo od kilkunastu lat związana Gdańskiem a jednak z pochodzenia i z dzieciństwa królują wspomnienia z Gdyni i okolic. Przez krótki okres życia był i Sopot, który ma swój urok lecz ewidentnie kocha Gdańsk. Więc wychodzi na tożsamość podwójną. I powiem, że nie jest łatwo żyć w takiej schizofrenii tożsamościowej a jednak te walki Gdańsk-Gdynia w równym calu mnie dotykają. Jest mi dobrze w jednym i drugim mieście. Nie podoba mi się i brakuje mi czegoś w jednym jak i drugim mieście. Mam przyjaciół w Gdańsku ale również i w Gdyni i z żadnej grupy nie potrafię zrezygnować. Czy mogę siebie nazwać korzystając z partyjnej nowomowy Trójmieszczaninem? co z takimi egzemplarzami jak ja?
    ciekawy artykuł, te rozważania są mi bardzo bliskie.

    Odpowiedz
  • Zgodzę się z twierdzeniem autora że chemii między Gdańskiem i Gdynia nie ma i chyba nigdy nie będzie.
    Faktycznie w Gdyni jest fan klub miasta, którego opinia o Gdyni nijak się ma do stanu faktycznego.
    Jestem z Gdańsk ale od ponad roku mam nikła przyjemność mieszkać w Gdyni. Obecnie Gdynia przy Gdańsku to miasto zaściankowe, które weszło w marazm. Bulwar nadmorski, skwer i okalający teren bardziej przypominają tereny w małym miasteczku nadmorskim niż tereny reprezentacyjne „dużego” miasta. Widok bud rozciągający się od Akwarium po Teatr Muzyczny to niezbyt miły widok.
    W ostatnim czasie w Gdyni jest brak jakichkolwiek inwestycji z prawdziwego zdarzenia.
    Gdańsk obecnie to prężnie rozwijające się miasto z dużą ilością nowych budów. Może komuś nie podobać się inwestycja na przeciwko Bramy Wyżynnej – Forum Gdańsk, ale patrząc z punktu widzenia rozwoju miasta to jest to trafiona inwestycja. Galeria handlowa z kafejkami na Głównym Mieście uważam za dobry pomysł. Należy spojrzeć na to z punktu widzenia rozwoju miasta – turysta zachodni (krajowy także) to turysta konsumpcyjny. Po zwiedzaniu Starówki, rozkoszowaniu się w knajpkach na pewno skieruje się do sklepów aby zrobić jeszcze zakupy przed wyjazdem z Gdańska. Należy pamiętać, że ceny w Polsce są nadal o wiele niższe niż w bogatszych krajach UE.
    Uważam też, że to właśnie Gdańsk, Sopot i Pruszcz Gdański powinny tworzyć wspólną aglomerację.
    Pruszcz obecnie jest nie do poznania w porównaniu Pruszczem sprzed 10-15 lat.
    Ilość widocznych inwestycji w tym małym mieście jest zdecydowanie więcej niż w Gdyni.
    Gdynia zawsze stała w opozycji do Gdańska i zapewne się nic nie zmieni. Gdynia po prostu ma kompleks Gdańska.

    Odpowiedz
  • Na koniec autor już tak popłynął, że nie jestem pewien czy pisał te wypociny na trzeźwo.

    Odpowiedz
  • Za dużo w tym dopalaczy i podniety bialo_zielona patologią pseudokibiców. Artykuł żenada, płytki, nierzetelne zredagowany.

    Odpowiedz
  • „Bełkot”????.
    Mnie się podoba, Artykuł napisany stylem żartobliwym, chwilami ironicznym, sedno sprawy wyjaśnia tę wieloletnią rywalizację. Każdy wybierze z tej informacji coś dla siebie. Nie czepiała bym się niektórych porównań.

    Odpowiedz
  • Male sprostowanie.
    Kosowo nie jest panstwem, lecz Prowincja Autonomiczna Republiki Serbskiej. Zreszta to porownanie kuleje i w inny sposob.
    Nie sadzę że którykolwiek gdańszczanin chce być porownywany z ciemnym, bandyckim i prymitywnym spoleczeństwem funkcjonującym w całości jak struktura mafijna.
    Umowmy sie lepiej na Liechtenstein, San Marino… czy Monaco

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *