Wśród przyczyn wrześniowej klęski… część 1

O przyczynach wrześniowej klęski niejedno już wprawdzie powiedziano i napisano. Ale niekoniecznie to co pisano i mówiono – służyło utrwalaniu prawdy o przyczynach i zaszłościach tamtego września, czego jaskrawym przykładem w epoce przymusowej przyjaźni polsko-radzieckiej było celowe, zupełnie opatrzne tłumaczenie sowieckiego najazdu na nasz kraj, przy jednoczesnym pomijaniu milczeniem wszelkich przyczyn i tragicznych dla Polaków skutków tejże, iście „braterskiej” agresji.

Kapitulacja Warszawy.Polska kawaleria opuszcza miasto.
Kapitulacja Warszawy.Polska kawaleria opuszcza miasto.

Jednocześnie ze służących tzw. przyjaźni polsko-radzieckiej przyczyn o charakterze zdecydowanie polityczno-propagandowym, posługując się dość prymitywnymi sloganami, eksponowano wygodne ówczesnym władzom fakty, przy jednoczesnym narzuceniu opinii publicznej jednoznacznego sposobu ich interpretowania. Wieloletnie takowe, odgórnie sterowane działania doprowadziły w efekcie do powstania i utrwalenia – dziś jeszcze, jakże trudnych do wykorzenienia ze społecznej świadomości propagandowych mitów imitujących rzetelną wiedzę historyczną. Intencją historycznych manipulatorów było wytworzenie powszechnego przekonania o tym, że zostaliśmy we wrześniu cynicznie zdradzeni przez naszych sojuszników. Że jedynie sojusz ze Związkiem Radzieckim jest w stanie skutecznie chronić nasz kraj przed powtórzeniem się tego rodzaju sytuacji, całkiem wszak realnej w obliczu eksponowanych zakusów zachodnioniemieckich rewizjonistów. Że wrześniowa klęska Polski była wynikiem politycznej i gospodarczej słabości ówczesnego naszego Państwa, co wypływało wprost z jego kapitalistycznego ustroju. I generalnie rzecz biorąc, winni tej narodowej tragedii byli wszyscy inni – tylko nie my sami – Polacy, historycznie unieszczęśliwieni geopolitycznym wtłoczeniem nas pomiędzy od zawsze wrogich nam Niemców i przyjazny nam niebywale Związek Radziecki, z którym za sprawą głupiego uporu naszych polityków za nic wówczas nie chcieliśmy się przyjaźnić.

Przeczytaj: Jak rozpętano II wojnę światową…

Tymczasem tak naprawdę problematyka upadku naszego Państwa, znajdującego się właściwie dopiero w stadium odbudowywania swego bytu po odzyskaniu niepodległości – jest dużo bardziej skomplikowana. Przyczyn wrześniowej klęski upatrywać należy przede wszystkim w realiach polityki – zarówno tej wewnętrznej, jak też i zewnętrznej. O niekorzystnym kształcie tychże realiów przesądzały kiepskie umiejętności polskich polityków. Inną przyczyną była słabość gospodarcza odbudowującego się kraju nękanego skutkami światowego kryzysu, co musiało przecież wprost rzutować na zdolność obronną naszego kraju źle organizowaną przez często niekompetentnych decydentów. Nie bez znaczenia były także uwarunkowania o charakterze demograficznym znaczone niejednolitością narodowościową naszego kraju. Dość powiedzieć, że jednym spośród ustaleń przeprowadzonego w Polsce w grudniu 1931 roku spisu powszechnego było, że posiadającą wielonarodowościową strukturę ludności II Rzeczpospolitą zamieszkiwało 32 107 000 osób, z czego etniczni Polacy stanowili – 68,9 %, Ukraińcy – 13,9 %, Żydzi – 8,6 %, Niemcy 2,3%, zaś najmniej liczną grupę mniejszościową stanowili Białorusini – z udziałem 3,1 %.

Jest powszechnie wiadome, że elementem składowym polskiej rzeczywistości międzywojennej były mniej lub bardziej ostre konflikty narodowościowe, co było wynikiem wykazania się przez polskie władze brakiem umiejętności rządzenia krajem o wielonarodowościowej strukturze ludności. Ta okoliczność z kolei kształtowała po części stosunek mniejszości narodowych do naszej państwowości. Często był to – niestety – stosunek negatywny.

Jeżeli chodzi o etnicznych Niemców; ich udział w liczebności ludności naszego kraju w przełożeniu na liczby bezwzględne wynosił 734 000 osób, przy czym stanowili oni zarazem grupę zamożniejszą od społecznej przeciętnej. Aż 15% spośród osób przynależnych mniejszości niemieckiej należało do klas posiadających, a więc zatrudniających najemną siłę roboczą. Także liczni przedstawiciele wolnych zawodów deklarowali swą przynależność do mniejszości niemieckiej. Jedynie 28% polskich Niemców przynależało do klasy robotniczej.

Zamieszkiwanie na obszarze Polski tak licznej mniejszości niemieckiej nie było bynajmniej jedynie spuścizną okresu pozostawania części naszego kraju pod pruskim zaborem i prowadzenia przez zaborcę polityki germanizacyjnej. Przyczyną istnienia mniej lub bardziej licznych mniejszości niemieckich nie tylko w Polsce, ale w całej Europie – były uregulowania obowiązującego w Niemczech prawa spadkowego nie zezwalającego na dzielenie rodzinnych gospodarstw rolnych, które z mocy tegoż prawa – musiały być dziedziczone przez najstarszego syna spadkodawcy. Młodsze rodzeństwo spadkodawcy musiało zatem budować podstawy swej egzystencji poza rodzinną strzechą. W ten oto sposób zrodził się niemiecki ruch kolonizacyjny skutkujący, że osadników niemieckich można było spotkać, w zdawałoby się, najbardziej nieoczekiwanych miejscach, a więc w dawnej Kurlandii (tzw. Balt-Deutsche), w Rosji nad Wołgą (tzw. Wolga-Deutsche), w rumuńskim Siedmiogrodzie, czeskich Sudetach i oczywiście – także w różnych zakątkach Polski, jakże często, nawet dość daleko od granic Niemiec. Przykładowo; na Zamojszczyźnie, czy też w Radomiu i jego okolicach, gdzie w przeddzień wybuchu wojny zamieszkiwało szacunkowo około 45 000 Niemców, czego świadectwem są dziś jedynie zdewastowane ewangelickie cmentarze niemieckie w Młodocianie-Błoniach, a także i w samym Radomiu.

W momencie dojścia w roku 1933 w Niemczech do władzy Adolfa Hitlera – jego partia nazistowska wykorzystując istnienie w ościennych krajach niemieckich mniejszości narodowych – rozpoczęła dla własnych celów politykę budzenia i podsycania nastrojów nacjonalistycznych – także w tych Niemcach, którzy żyli poza granicami III Rzeszy. Temu właśnie celowi służyło stworzenie w Polsce w roku 1934, zupełnie legalnie działającej Jungdeutsche Partei, stanowiącej wszak właściwie zagraniczną ekspozyturę NSDAP a więc partii, która w swym programie wyborczym miała zapisaną dążność do rewizji Traktatu Wersalskiego stanowiącego prawny fundament istnienia Państwa Polskiego. Na dwa lata przed wybuchem wojny została nawet utworzona w Łodzi samodzielna placówka tej antypolskiej partii. Szczególną rolę w indoktrynacji nazistowską ideologią mieszkającej w Polsce mniejszości niemieckiej odegrał zlokalizowany w tejże Łodzi konsulat III Rzeszy, którym – aż do samego wybuchu wojny – kierował konsul Edward Berchem von Königsfeld. Wszystko działo się oczywiście za zgodą ówczesnych władz polskich!

Jak zauważył osiemnastoletni wówczas łodzianin, późniejszy żołnierz Wehrmachtu i jeniec wojenny spod Stalingradu – Karl Dedecius, przenikające z III Rzeszy narodowosocjalistyczne idee zakorzeniały się przede wszystkim w kręgach społecznego marginesu, wśród bezrobotnych, a także przeróżnej maści karierowiczów i frustratów, którzy wprawdzie nie zdołali zdobyć żadnego wykształcenia ani zawodu – lecz za wszelką cenę chcieli się stać wielce ważnymi personami.

Jednym z zauważalnych efektów aktywności propagandy nazistowskiej było unikanie służby w Wojsku Polskim przez poborowych pochodzących z kręgów niemieckiej mniejszości narodowej. W okresie bezpośrednio poprzedzającym najazd niemiecki na Polskę – młodzi ludzie (polscy obywatele uważający się jednak za należących do narodowości niemieckiej) – licznie uciekali za granicę i wstępowali do Wehrmachtu. Dość powiedzieć, że od stycznia do połowy sierpnia 1939 roku zbiegło z Polski do Niemiec aż 78 000 osób. Do tego rachunku dodać należy liczbę 18 000 uciekinierów, którzy przedostali się na obszar Wolnego Miasta Gdańska. W przeważającej swej części ci uciekinierzy z Polski – we wrześniu 1939 roku niebywale byli agresorom przydatni, gdyż w swoich rodzinnych stronach pełnili rolę znawców terenu oraz miejscowych stosunków. Znali także dobrze język polski. Tak więc i tłumaczy miał Wehrmacht w swych szeregach, co niemiara.

Istniejąca w okresie bezpośrednio poprzedzającym wybuch wojny – stała łączność niemieckich mieszkańców Młodocina ze społecznością łódzkich Niemców indoktrynowanych przez tamtejszy konsulat III Rzeszy nazistowską ideologią – była zapewne, w jakimś stopniu. przyczyną tego, że we wrześniu 1939 roku młodocińscy Niemcy, wywieszając w oknach swoich domów dziesiątki czerwonych flag ze swastykami, z wielką pompą powitali wkraczające do ich wsi oddziały zwycięskiego Wehrmachtu. Nie obyło się bez uczty przy suto pozastawianych stołach… Były tańce i wojskowa parada pod triumfalnymi bramami, pospiesznie wzniesionymi nad drogą, którą niemieckie formacje maszerowały od strony Skarżyska-Kamiennej w kierunku Radomia…

Niemieckim mieszkańcom Młodocina, fetującym wspólnie z żołnierzami Wehrmachtu ich zwycięstwo nad – wtedy jeszcze wszak nie do końca pokonaną polską armią – nie przeszkadzało bynajmniej to, że w przydrożnych rowach ich wsi dogorywali ranni polscy żołnierze, którym nikt jakoś nie kwapił się udzielić humanitarnej pomocy. Nie robiło też na nikim żadnego wrażenia to, że okoliczne pola usłane były zwłokami młodych chłopaków w polskich mundurach… Że tu i ówdzie stał przywiązany do płotu poraniony koń w wojskowej uprzęży… Obrazy te stanowiły dla fetujących jedynie cieszące ich, namacalne świadectwa klęski polskiej armii…

Nie mogę jakoś zrozumieć powodów tamtej wczesnej radości okazywanej przez młodocińskich Niemców. Wehrmacht przecież z żadnej niewoli ich nie wyzwalał, bo mieszkańcy Młodocina nie zostali wszak nigdy przez Polskę w jakikolwiek sposób zniewoleni! Nadto, Wehrmacht był przecież siłą zbrojną działającą w imieniu państwa totalitarnego, jakim bez wątpienia była nazistowska III Rzesza. Czy zatem panowanie jakiegokolwiek totalitaryzmu może oznaczać czyjąś wolność? Czyż zniewolenie choćby jednego człowieka może być triumfem wolności?
Oto pytania, które wyraźnie trącą truizmem…

Również w innych rejonach Rzeczypospolitej, wszędzie, gdzie tylko zamieszkiwali etniczni Niemcy – nie dość, że rozgrywały się podobne sceny, to jeszcze przeciwko regularnym formacjom Wojska Polskiego aktywnie występowały liczne grupy zbrojnych niemieckich dywersantów.

Niemiecki dywersant w polskim mundurze

Z upływem kolejnych dni wrześniowej wojny – coraz bardziej bezładnie wycofujące się w głąb kraju – jednostki polskiej armii narażone były na różnorakie działania niemieckich dywersantów. Niemcy zamieszkali w rejonach walk i na szlakach odwrotu naszego wojska drogą radiową informowali Wehrmacht o położeniu i ruchach polskich jednostek wojskowych… Nadto, starali się dezorganizować wszelkimi możliwymi sposobami przemarsz naszego wojska, nie wyłączając także bezpośrednich, zbrojnych ataków na regularne formacje. Zdarzało się, że poprzebierani w mundury polskich oficerów niemieccy dywersanci wydawali spotkanym na drodze kolumnom wojskowym rozkazy, siejące zamęt wśród wycofującego się wojska. Incydent tego rodzaju został odnotowany przez podchorążego Wojciecha Krzyształowicza, oficera zwiadu 4. baterii 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Relacjonuje on przypadek wydania, przez nieznanego nikomu majora, rozkazu zmiany kierunku marszu kolumny piątej baterii. Wykonując ten rozkaz, bateria skręciła do lasu, gdzie tenże, siedzący na koźle major, przejął lejce od woźnicy powożącego pierwszym zaprzęgiem, a następnie usiłował skierować konie do głębokiego wykopu. Gdy woźnica, zorientowawszy się w sytuacji i zamiarach rzekomego majora, usiłował zepchnąć go z kozła, przebrany za oficera dywersant natychmiast sięgnął po pistolet – i nim, uciekając, zniknął w leśnym gąszczu – oddał do woźnicy dwa strzały. Na całe szczęście kule przedziurawiły jedynie czapkę i kołnierz munduru naszego żołnierza.

Zbrojni niemieccy dywersanci
Zbrojni niemieccy dywersanci

Już we wstępnej fazie walk wycofujące się nocą znad Warty polskie oddziały zostały we wsi Nacierz zaatakowane przez niemieckich dywersantów. Nie należy się temu specjalnie dziwić, jeżeli się zważy, że nasi oficerowie odnotowali zaobserwowane przez nich w szkłach lornetek jak przynależni do mniejszości niemieckiej mieszkańcy dopiero co, przez polskie formacje opuszczonych Bogumiłowic wywiesili na swych domach flagi ze swastyką, by uroczyście powitać oddziały Wehrmachtu wkraczające właśnie do ich wsi. Nieopodal Bełchatowa dowodzeni przez porucznika Kazimierza Krasonia żołnierze 7. kompanii 84. Pułku Strzelców Poleskich ujęli grupę dywersantów wyposażonych w radiostację. Podobne zdarzenie miało niebawem miejsce także koło Rogowa, gdzie polscy żołnierze ujęli na gorącym uczynku niemieckiego dywersanta także wyposażonego w krótkofalówkę. Nadawał, siedząc w betonowym przepuście pod torami kolejowymi. Ponadto, w okolicach powiatowego miasteczka Brzeziny, gdzie na terenie tamtejszego powiatu 44% ludności stanowili Niemcy – polska kolumna wojskowa została zaatakowana przez pojedynczy niemiecki samolot. Ataku tego nie poprzedzały żadne działania rozpoznawcze. Jest oczywiste, że w zlokalizowaniu naszego zgrupowania musiał mieć swój udział naziemny obserwator, a więc niemiecki dywersant. Natomiast w samych już Brzezinach – niemieccy dywersanci ostrzelali sztab przechodzącego właśnie przez tę miejscowość 83. Pułku Strzelców Poleskich. Nie można też nie wspomnieć o zaatakowaniu Wołyńskiej Brygady Kawalerii przez ugrupowanie niemieckich dywersantów przebranych w polskie mundury oraz wyposażonych w polskie dokumenty. Otoczywszy tą, liczącą kilkudziesięciu członków formacją dywersantów, zwycięską z nimi walkę stoczył 12. Pułk Kawalerii. Okazało się, że wszyscy członkowie tej grupy dywersyjnej wyposażeni byli, w czytelne jedynie dla Niemców znaki rozpoznawcze, których rolę spełniały specjalne, identyczne chusteczki do nosa.

Doszło nawet do tego, że 8 września w godzinach wieczornych niemieccy dywersanci odważyli się zaatakować stacjonujący w Zajrzewiu sztab 2. Dywizji Piechoty.

Następnego dnia zajęte nieopodal Przyłęka stanowisko ogniowe piątej baterii 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej znalazło się pod ostrzałem dywersantów prowadzących do naszych żołnierzy ogień zarówno ze zwykłych karabinów, jak i broni maszynowej umieszczonej na dachach okolicznych chałup. W pierwszej chwili ten niespodziewany atak doprowadził nawet do rozpierzchnięcia się obsługi baterii. Jednakże dowódca trzeciego działonu na tyle opanował sytuację, że podlegli mu kanonierzy ogniem prowadzonym na wprost zniszczyli usytuowane na dachu jednej z chałup stanowisko karabinu maszynowego ostrzeliwującego pozycje naszych żołnierzy. Następnym przejawem aktywności dywersantów, z jaką dane było się zetknąć żołnierzom piątej baterii, była zasadzka urządzona przez nich przy wyjściu drogi z lasu. Nasi artylerzyści wpadli w nią nocą z 11 na 12 września. Kolumna marszowa piątej baterii została wówczas znienacka zaatakowana przez niemieckich dywersantów podczas marszu w kierunku Żyrardowa.

Artykuł jest na 3 podstronach przejście na kolejną podstronę poniżej.

komentarze

  • 12 października 2017 at 18:29
    Permalink

    Tekst zwyczajnie jak na p. Piotra długaśny ale czyta się wyśmienicie. Mnóstwo faktów, nazwisk, nazw miejscowości co standardowo zniechęca niektórych do czytania tekstów historycznych. Ale całość poprowadzona ze swadą. Czekam na dalszy ciąg opowieści tego Niebywale Skromnego Człowieka. 🙂

    Odpowiedz
  • 10 października 2017 at 22:43
    Permalink

    Przeczytałem z zainteresowaniem.
    Jednak mam pytanie. Pytanie dotyczące oceny gen. Julisza Rómmla.Niezbyt zgadzam się z pozytywną oceną działań. Bo jak ocenić „zniknięcie” Sztabu Armii Łódź wraz z dowódcą? Jak ocenić jego bezprawny rozkaz wydany po 17 września by traktować sowietów jako „siły sprzymierzone”?

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *