Zawodowi gdańszczanie

Popołudnie zapowiadało się twórczo i ciekawie – promocją nowej książki o Gdańsku w imponujących betonem murach Europejskiego Centrum Solidarności. Jednak, jak to przy nieudanych swatach, tylko na zapowiedziach się skończyło. A to może dlatego, że ten beton nie tylko w formie materialnej, ale i w formie mentalnej w nadmiarze mi się objawił. A może i dlatego, że w swatach tylko sami swoi udział wzięli, już od dawien dawna ze sobą wyswatani, więc i napięcia nowego i twórczego zabrakło, choć do iskrzeń niewątpliwie doszło.
Bo oto na podium zasiadło grono męskie, zdecydowane, zasłużone w kulturze i współczesnym życiu Gdańska. Od lewej patrząc – prezydent miasta, dyrektor ECS, wybitny pisarz, wybitny naukowiec, zasłużony działacz i publicysta, wybitny publicysta i tłumacz. Oraz prowadząca, prowadząca do kompletu być musiała, więc dyskusję poprowadziła.

 Premiera antologii „Gdańskie tożsamości. fot. Etno Barbara Piórkowska
Premiera antologii „Gdańskie tożsamości. fot. Etno Barbara Piórkowska

Przedmiotem dyskusji było najnowsze dzieło wydane przez IKM, redagowane przez Basila Kerskiego, antologia esejów o jakże nietrafionym tytule „Gdańskie tożsamości”. Toć przecież każdy, kto tę – wysmakowaną graficznie, elegancką – książkę weźmie do ręki i z grubsza przekartkuje, do wniosku zaraz dojdzie, że lepszym tytułem byłoby „Nowi patrycjusze gdańscy – mówią za wszystkich” albo „Panowie i ich gdańskie wspomnienia młodości”. Bo jak się okazuje, o Gdańsku pisać mogą tylko mężczyźni, tylko oni ten właściwy ton opowieści znajdują, który ich uprawnia do mówienia o Gdańsku, i żeby sytuacja była jasna i stabilna – są to od lat ci sami mężczyźni, weterani danzigologii, zasłużeni kombatanci miejskich mitów, legend i historii. Powtarzalność tych samych nazwisk w druku jest konieczna i potrzebna, bo dzięki temu czytelnik wie, kto w fundamenty miasta swym ciałem cały jest wmurowany.

Niewątpliwą formalną zaletą owego maskulinistycznego zbioru esejów jest stworzenie nowego gatunku literackiego, jakim jest „literatura samopowielająca się”, dla tłumaczy tegoż dzieła na obce języki od razu śpieszę dodać – „Selbstreproduktionsliteratur”. Wielki to wkład w genologię literacką, a także wzór dla kolejnych pokoleń redaktorów. Przepis na wydanie takiego tomu esejów nie wydaje się bowiem zbyt skomplikowany i sądzę, że można by go szybko w urzędzie jakim patentowym europejskim opatentować, żeby w przyszłości korzyści dla Męskiego Miasta Nadmotławskiego z patentu tego czerpać. Poszczególne etapy są następujące:

  1. Wpaść na pomysł, aby wydać tom esejów o Gdańsku.
  2. Wpaść na (odkrywczy) pomysł, żeby zaprosić do tomu tych pisarzy, którzy swój olbrzymi wkład do danzigologii już wnieśli.
  3. Wpaść na (jeszcze bardziej odkrywczy) pomysł, że w zasadzie to można przedrukować teksty już wcześniej przez tych pisarzy wydane, bo to dużo roboty oszczędza i im, tym pisarzom, i redaktorowi dzielnemu.
  4.  Żeby też długo nie szukać i jednak w znanym, miłym, zadowolonym z siebie kręgu pozostać, wyszukać teksty wydrukowane już wcześniej w większości w jednym czasopiśmie.

Efekty są fantastyczne – z dziewiętnastu opublikowanych tekstów tylko cztery nie przyszły już wcześniej na świat na innych łamach, zaś spośród pozostałych zdecydowana większość ukazała się już (na przestrzeni lat 1995-2005) w „Przeglądzie Politycznym”. Na 312 stron książki tylko 68 stron to pierwodruki, co stanowi 20% objętości antologii.
Autorami wszystkich tekstów – niewątpliwie ważnych, ciekawych, istotnych – są mężczyźni. Co więcej, ci sami mężczyźni. Ci sami, których zna już każdy czytelnik i czytelniczka, interesująca się Gdańskiem od jakiegoś czasu…

 Premiera antologii „Gdańskie tożsamości. fot. Etno Barbara Piórkowska
Premiera antologii „Gdańskie tożsamości. fot. Etno Barbara Piórkowska

„To był mój subiektywny wybór”, mówi redaktor. Rzeczywiście, bardzo subiektywny, ale co ma być w tym wyborze odkrywczego czy osobistego, tego nie wiem, skoro ten wybór jest wyborem wykonanym na mentalnym autopilocie – jak mówię Gdańsk, to myślę Chwin, Huelle i Loew – i nie o te konkretne nazwiska zasłużonych danzigologów się czepiam, tylko o ten automatyzm myślowy, o to lenistwo patrycjuszowskie, o tę łatwiznę redaktorską, o to pójście po linii najprostszego wyboru.

Po co inwencja, po co poszukiwanie nowych nazwisk i zjawisk, po co inspirowanie nowych tekstów, które weszłyby w dialog z poprzednimi, ważnymi tekstami, skoro można przecież ze Stefkiem i z Wackiem, w dzielnym męskim towarzystwie, przejrzeć parę książek, odkurzyć parę roczników „Przeglądu Politycznego” i wykrzyknąć następnie: – Eureka! Mam genialny pomysł! Wydrukujemy Chwina, Huelle i Loewa!

Normalnie to nikt inny by na to nie wpadł.

„Wybierałem teksty, a nie osoby”, mówi redaktor. „Teksty, o jakie poprosiłem kilka pań, okazały się jednak zbyt słabe”. No pewnie, za to nie za słaby okazał się tekst wybitnego literata gdańskiego, Daniela Gralatha wyrafinowanej stylistyki i Artura Schopenhauera gdańskiej filozofii, prezydenta miasta Pawła Adamowicza. Przecież wiadomo, że o książki prezydenta ludzie się na Jarmarku Dominikańskim zabijają, a nagrody Nike nie dostał jeszcze tylko dlatego, że za skromny jest na takie laury, ale Czerwoną Różą to by nie pogardził i zastanówcie się jednak nad jego kandydaturą.

Powstała antologia tekstów autorów, o których można powiedzieć: to zawodowi gdańszczanie. I niech się nikt inny, do tego męskiego klubu, tam nie wpycha, bo wara, najpierw delikatnie skarcimy, potem trochę po łapkach pobijemy, za warkoczyk poszarpiemy i o syndrom przedmiesiączkowy oskarżymy.

Przecież zdjęcia kamiennych rzeźb przedstawiających kobiety są na okładce tej świetnej gdańskiej antologii – i na razie niech to nam wystarczy, w środku Europy, w XXI wieku, w Gdańsku – mieście wolności.

Magdalena Izabella Sacha

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *