Decydująca wrześniowa bitwa…

Przygotowane już latem swoje pozycje obronne nad rzeką Widawką dywizjon zajął 3 września około godziny 22.00. Żołnierze III dywizjonu, trwający nieprzerwanie od momentu rozpoczęcia działań wojennych w stanie alarmu, byli już krańcowo przemęczeni. Podobnie rzecz się miała z końmi ciągnącymi zaprzęgi wojskowe. Po dołączeniu do dywizjonu uprzednio wydzielonej z niego ósmej baterii major Adam Fedorko odesłał pierwszą baterię do jej macierzystego I dywizjonu na przewidziany dla tej formacji odcinek obrony.

W poniedziałek 4 września nieprzyjaciel nie nawiązał jeszcze żadnej styczności bojowej z naszymi jednostkami. Dzień upłynął więc w miarę spokojnie. Jedynie niemieckie samoloty rozpoznawcze wykazywały nie byle jaką aktywność. Powiedzieć trzeba, że nie miały szczególnie trudnego zadania, bowiem doskonale widoczne były olbrzymie doły wykopane z myślą o budowaniu schronów dla posterunków obserwacyjnych. Obok przepastnych dołów leżały sterty budulca. W tych warunkach nieprzyjacielowi wystarczyłaby zwykła obserwacja naziemna. A cóż dopiero mówić – lotnicza. Jednakże świadomość stałej obecności w powietrzu samolotów nieprzyjacielskich w znacznym stopniu ograniczała prace przygotowawcze zarówno piechoty, jak i artylerii. Nasi żołnierze, szykując się do spodziewanej następnego dnia walki, pospiesznie naprawiali uszkodzenia sprzętu powstałe zarówno podczas forsownego marszu, jak i poprzedzających go walk nad Wartą.

Działania siódmej baterii podlegającej komendzie porucznika Romualda Rymkiewicza obejmowały prawy pas obrony odcinka. Środkowy pas odcinka obrony stanowił obręb zasięgu działania dziewiątej baterii dowodzonej przez kapitana Zygmunta Wieruszewskiego. Lewy odcinek obrony miał być natomiast wspierany ogniem dział dowodzonej przez porucznika Piotra Boużyka ósmej baterii, która zajęła swoje pozycje ogniowe we wsi Podścichawa. Niestety nie można było obsadzić wszystkich posterunków obserwacyjnych, a to z tej przyczyny, że naszej artylerii dotkliwie dawał się już we znaki brak kabla telefonicznego, którego znaczne ilości utracono nad Wartą. Uzupełnienie nie nadeszło, więc major Fedorko zdecydował się na budowę jednoprzewodowych linii telefonicznych i obsadzenie nimi najbardziej niezbędnych posterunków obserwacyjnych.

Pojawił się też nowy kłopot. Latem wojsku zabroniono ścinania drzew i budowania umocnień na polach uprawnych, nawet wówczas, kiedy już usunięto z nich plony. Teraz natomiast brakowało już czasu koniecznego na wykonanie tych prac. Zasłaniające pole obserwacji drzewa znacznie utrudniały właściwą pracę posterunków obserwacyjnych. Na ograniczone niedogodną konfiguracją terenu możliwości właściwego rozmieszczenia posterunków obserwacyjnych skarżył się oprócz majora Fedorki także major Nikodemowicz.

Niemniej wszystkie pozycje obronne były dość dobrze przygotowane. Obsługa dział doskonale znała teren i była gotowa do prowadzenia zarówno ognia zaporowego bezpośrednio przed linią obrony, jak i ognia dalekosiężnego mającego na celu zmuszenie nieprzyjaciela do rozwinięcia natarcia w dużej odległości od polskich pozycji, co wiązało się automatycznie z koniecznością poniesienia przez nacierających wysokich strat.

Zadaniem I dywizjonu 30.Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej było udzielanie wsparcia ogniowego 82. Syberyjskiemu Pułkowi Strzelców, który obsadzał linię obrony rozciągającą się pomiędzy Teofilowem, a Szczercowem. Natomiast pozycje II dywizjonu miały stanowić część obrony odcinka kończącego się położeniem miejscowości Lubiec. Dowodzona przez porucznika Leona Witkowskiego druga bateria zorganizowała swój posterunek obserwacyjny tuż obok młyna Słupia. Jej stanowisko ogniowe znajdowało się w głębi lasu, około 3 km od Widawki. Czwarta bateria porucznika Mieczysława Chylińskiego 3 września o godzinie 8.00, zajęła stanowisko ogniowe na zachodnim skraju wsi Stanisławów II. Jej pozycje wysunięte były przed linię głównej obrony, natomiast punkt obserwacyjny umieszczono nieopodal wsi Chabielice. Z tego wniosek, że bateria najwyraźniej przygotowywała się do odparcia ataku czołgów nieprzyjacielskich, ścigających jakoby wycofujące się oddziały 30. Poleskiej Dywizji Piechoty.

W momencie gdy bateria skończyła właśnie zajmowanie pozycji, na jej stanowisko ogniowe przybył generał Leopold Cehak w towarzystwie pułkownika Zygmunta Łakińskiego dowodzącego całością dywizyjnej artylerii. Pułkownik został na pozycjach, zaś generał pojechał dalej na przedpole linii obronnych. Wtedy natychmiast został omyłkowo ostrzelany przez własną artylerię, której obserwatorzy zauważyli na drodze kurz wzniecony przez jego samochód oraz pojazdy nadciągającej właśnie baterii porucznika Michała Mańki. Jeden z dowódców piechoty natychmiast dał sygnał rakietą, żeby wstrzymać ogień. Cały ten incydent skończył się jedynie na wystrzeleniu trzech pocisków artyleryjskich. Szczęśliwie nikt przy tej okazji nie odniósł żadnych obrażeń.

Mniej więcej w tym samym czasie, nieopodal wsi Stróże samotny polski myśliwiec strącił dwa niemieckie bombowce, lecz zaraz potem zaatakowały go naraz aż dwa nieprzyjacielskie samoloty myśliwskie, co w końcu przecież musiało skutkować i też skutkowało zestrzeleniem naszego samolotu.

Wieczorem, trzeciego dnia wojny czwarta bateria porucznika Mieczysława Chylińskiego zwinęła swoje stanowisko ogniowe, zajęte uprzednio na obrzeżach wsi Stanisławów II, i udała się na swoje tzw. stałe stanowisko zlokalizowane nieopodal należącego do państwa Arnuszewskich dworu w Lubcu, opuszczonego już w pośpiechu przez jego mieszkańców.

Na tych nowych pozycjach obronnych wstąpiła w naszych żołnierzy nowa nadzieja, gdyż właśnie tamtej to niedzieli nadeszła oczekiwana przez wszystkich i niebywale krzepiąca wiadomość, że oto Anglia i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę. Jak powszechnie jednak wiadomo, poniedziałek, 4 września, nie był dniem, w którym polskim żołnierzom dane było witać nad Widawką wojska naszych alianckich sojuszników.

Jednostkami wojskowymi, które wieczorową porą tamtego dnia dotarły nad Widawkę w okolice wsi Sulmierzyce, Chorzenice, Łuszczanowice i Antoniówka, były ścigające 30. Poleską Dywizję Piechoty formacje Wehrmachtu, a ściślej mówiąc, jego 19. Dolnosaksońska Dywizja Piechoty.

W poniedziałek, 4 września, tuż przed godziną jedenastą, w tym samym czasie, gdy żołnierze 30. Poleskiej Dywizji Piechoty przygotowywali się gorączkowo do nieuchronnych walk obronnych nad Widawką, niemieckie bombowce ponownie zaatakowały linię kolejową łączącą Skarżysko z Radomiem. Ale tym razem nie były to już dwupłatowe bombowce Henschel-123, lecz całkiem nowoczesne dwusilnikowe bombowce Do-17 należące do formacji Kampfgeschwader 76. Immelmann. Nieprzyjacielskie samoloty startowały z lotniska Ligota Dolna położonego pomiędzy Breslau a Oppeln, czyli Wrocławiem a Opolem. Ich celem był pociąg, którym zdążali w kierunku Dęblina i Warszawy zmobilizowani właśnie rezerwiści oraz cywilni uciekinierzy ze Śląska. Zaatakowany pociąg zatrzymał się w polu tuż za stacją Jastrząb. Przerażeni i bezbronni ludzie szukali schronienia wśród rosnących wzdłuż nasypu kolejowego krzewów głogu i tarniny. Siedmiu młodych mężczyzn skryło się w przepuście, przebiegającym jak raz w tym właśnie miejscu pod nasypem kolejowym. Jednym spośród poszukujących tam schronienia był 22 – letni mieszkaniec pobliskiej wsi Wola Lipieniecka, Józef Gołda, zatrudniony na kolei w charakterze obchodowego.

Kiedy nad horyzontem pojawiły się niemieckie samoloty, jego znajoma, młoda dziewczyna, Michalina Defińska, bezskutecznie usiłowała pociągnąć go za sobą na kartoflisko. Nie chciał tam szukać schronienia, tłumacząc, że na otwartym polu będą zbyt widoczni i to z całą pewnością ściągnie na nich ogień karabinów maszynowych…

Józef Gołda
Józef Gołda

Nieszczęśliwym trafem jedna z bomb eksplodowała tuż obok feralnego przepustu. Spod gruzów powstałego rumowiska prawie natychmiast wyciągnięto siódemkę nieszczęśników, którym się wydawało, że w tym właśnie miejscu znajdą bezpieczne schronienie. Czterech jeszcze żyło. Jednym z nich był Józef Gołda. Niebawem przyprowadzono też Niemca z załogi jakimś cudem zestrzelonego nieopodal samolotu. Okazało się, że Niemiec mówił po polsku, ale w sposób ewidentnie zdradzający jego śląskie pochodzenie. Nawet próbował udzielać pomocy rannym, robiąc im sztuczne oddychanie…

– Taki chop… Taki chop… — ze swoją śląską wymową ubolewał nad umierającym Józefem Gołdą. Ale nic już nie pomogło ani to niemieckie ubolewanie, ani też sztuczne oddychanie. Można więc powiedzieć, że trzy osoby zginęły wtedy na miejscu. Zaś pozostałych czterech rannych odwieziono do radomskiego szpitala pod wezwaniem św. Kazimierza, gdzie wszyscy ponoć i tak zmarli. Nie były to bynajmniej jedyne ofiary tamtego nalotu. Od ognia karabinów maszynowych zginęła bliżej nieokreślona, ale dość znaczna liczba podróżnych z zaatakowanego pociągu. Dość powiedzieć, że na jednym spośród krzaków tarniny rosnących wzdłuż torów kolejowych zostały wiszące tam jasne warkocze… Zerwała je wraz ze skórą z głowy kilkunastoletniej dziewczynki seria z pokładowego karabinu maszynowego. A kiedy samoloty odleciały i nastała cisza… spomiędzy rządków kartofliska podniosła się Michalina Defińska.

Długo jeszcze potem tak samotnie stała na tym polu…

Grupa ocalałych z tamtego nalotu pasażerów przepełnionego pociągu wiozącego uciekinierów ze Śląska znalazła schronienie w pobliskim dworze, którego właścicielem był adwokat, ten sam, którego przed dwudziestu już prawie laty, wyniósł z pola bitwy mój dziadek – Jan Pacek, co już dożył wybuchu kolejnej wojny.

Wspomnienie o tragicznych skutkach tamtego nalotu zawsze wyciskało łzy z oczu mojej ciotki – Bronki Kołodziejowej. Wspominając Józefa Gołdę, cioteczna siostra mojego ojca płakała nawet jeszcze wtedy, gdy od dawna już będąc wdową, zbliżała się do osiemdziesiątki. Józef Gołda był wszak jej młodzieńczą miłością. Zabitego w czasie tamtego nalotu rówieśnika mojego ojca bardzo sympatycznie przechowała w swojej pamięci także moja matka. Znała przecież całą jego rodzinę. Jedna z jego licznych sióstr do dziś pamięta, że to właśnie moja matka nauczyła ją sztuki robienia na drutach wełnianych swetrów i skarpetek.

A potem, po masakrze dokonanej na torach kolejowych z tego również powodu, że na niebie nad Jastrzębiem niemieckie samoloty w żaden sposób nie były niepokojone przez myśliwce z biało-czerwoną szachownicą na skrzydłach; jastrzębie z Luftwaffe – tak chyba po trosze z nudów – „zabawiały się” strzelaniem do dziatwy pasącej bydło na dworskiej łące. W praktyce oznaczało to, że celem ich pokładowych karabinów maszynowych była także moja matka – dziewczynka wówczas zaledwie jedenastoletnia. A także jej brat Władek, starszy aż o całe pięć lat. Kierowany zwykłą ciekawością pokazałem kiedyś mojej matce sylwetki rozmaitych niemieckich samolotów z tamtego czasu. Jakkolwiek nie potrafiła ona rozróżnić chociażby samolotu myśliwskiego od bombowego, to jednak dwusilnikowego Do-17 rozpoznała bezbłędnie. Pomimo, że od tamtego września 1939 roku, minęło wtedy już całe sześćdziesiąt pięć lat…

Luftwaffe bombarduje linię kolejową... gdzieś w Polsce
Luftwaffe bombarduje linię kolejową… gdzieś w Polsce

We wtorek, 5 września o godzinie 7.30 przy silnym wsparciu lotnictwa i artylerii niemiecka 19. Dolnosaksońska Dywizja Piechoty podjęła siłami swojego 59. pułku próbę natarcia na pozycje bronione przez 83. Pułk Strzelców Poleskich. Nieprzyjacielskie działania zaczepne spotkały się ze zdecydowanym oporem stawianym przez I batalion, pozostający pod dowództwem majora Stefana Gieranowskiego. Niemieckie natarcie załamało się ostatecznie w silnym ogniu polskiej artylerii, wspólnie prowadzonym przez 30. Poleski Pułk Artylerii Lekkiej oraz 30. dywizjon artylerii ciężkiej. Nieprzyjaciel wycofał się na swoje linie wyjściowe, pozostawiając na przedpolu polskich linii obronnych kilka zniszczonych pojazdów pancernych.

6 thoughts on “Decydująca wrześniowa bitwa…

  • Opisane walki to jedna z bitew.
    Powodów przegrania wojny obronnej 1939 było kilka w większości z przed lat. A wśród nich były między innymi:
    Problem 1: Plan obrony granic
    Problem 2: Brak koordynacji działań
    Problem 3: Dowódcy armii (vide: Dąb-Biernacki,Rómmel itp.)
    Problem 4: Liczenie na sojuszników
    Problem 5: 17 września!!!

    Odpowiedz
    • Szanowny Panie; zgadam się, że to tylko jedna z bitew. Ale jednak ta decydująca. Pański głos odbieram jako zachętę do opublikowania mojego bardzo obszernego artykułu zajmujacego się przyczynami kleski wrześniowej. W tym opublikowanym artykule jest mowa jedynie o aspekcie militarnym, tej bitwy, która zadecydowała o załamaniu sie naszej obrony. O całej reszcie aspektów, prawie, że kompletnie przez Pana wyliczonych jest mowa w nieopublikowanym jeszcze artykule; Wśród przyczyn klęski wrześniowej.
      Zaciekawia Pana jego treść?

      Odpowiedz
    • Marek Szymański. Pozwolę sobie nie zgodzić się z Panem w problemie 1 i 4. Oba są ze sobą związane gdyż właśnie liczenie na sojuszników było główną przyczyną ustalenia takiego planu obrony. Chodziło o osłonięcie wojskiem mobilizacji na obszarze etnicznie polskim i przewiezienie rekruta na wschodnie rubieże RP. Dopiero potem miano przeprowadzić manewr odwrotu na linię Wisły by tu przyjąć i zatrzymać wroga. Sojusznicy w ciągu 20 dni od rozpoczęcia wojny mieli zaatakować Niemcy.
      Wszystko potoczyło się jednak trochę inaczej niż planowano. Cały świat został zaskoczony Blitzkriegiem. Dodatkowo doszły spore zaniedbania czyli Pańskie pkt. 2 i 3. No i wreszcie 17 września!!! Cios w plecy cofającej się armii.
      Przecież mimo iż było bardzo źle to nie było beznadziejnie. Niemcy wydatnie spowolnili marsz swoich jednostek i kto wie ???? ale to już inna para kaloszy.

      Odpowiedz
      • Pozwolę sobie bronić punktów 1 i 4.
        Jako dowód na pkt. 1 : Cieniutka obrona na liczącej ponad 2 tysiące kilometrów granicy Polski z Niemcami, Słowacją oraz Protektoratem Czech i Moraw nie miała szans powodzenia i to nie moje osobiste zdanie.
        Jak pisał generał Tadeusz Kutrzeba, jeden ze współautorów planu obronnego „Zachód”, aby obronić się przed nowoczesną, zmechanizowaną armią, na dywizję powinno przypadać nie więcej niż 7-8 km. Gdyby rozlokowano dywizje na granicy to na jedną dywizję przypadałyby 30 km.
        Na budowę umocnień nie było pieniędzy. Tak naprawdę tylko w dwóch punktach powstały umocnienia: Wizna i Węgierska Górka. Spełniły swoją rolę.
        Jeśli chodzi o pkt. 4 to po pierwsze niechęć Francji do atakowania i uznanie, że wystarczy siedzieć za umocnieniami. A Anglia we wrześniu 1939 tak naprawdę nie miała sił zbrojnych, które liczyłyby się na ówczesnym polu walki. Przecież mimo wypowiedzenia wojny to Francja i Anglia podjęły decyzję o nie atakowaniu jeszcze przed 17 września.
        Z polską armią do 17 września nie było tragicznie. Efektem walk Polski była zmiana planów ataku na Francję z jesieni 39 na następny rok.
        Mimo, że sojusznicy uzyskali dzięki Polakom prawie 6 miesięcy czasu to i tak tego czasu nie wykorzystali.

        Odpowiedz
        • Szanowny Panie,
          Komentując artykuł wybiegł Pan niejako przed przysłowiową orkiestrę. Otóż wszelkioe przyczyny kleski wrześniowej zostały przeze mnie omówione w innym artykule; Wśród przyczyn klęski wrześniowej. Odsyłam do mającej się ukazać mojej książki zatytułowanej Korepetycje z historii nieocenzurowanej. Są tam także szczegóły odnoszące się do ustalenia premierów z Abeville z dnia 12 września 1939 roku, że Polsce nie zostanie udzielona pomoc przez Anglię i Francję. I o przyczynach tej odmowy.

          Odpowiedz
  • Witam. Stanowisko obserwacyjne naszej artylerii znajdowało się na wieży zabytkowego, drewnianego, kościoła w Chabielicach. Niemcy w zemście podpalili kościół 5 września 1939r.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *