Jak wiadomo z zachowanych informacji, na początku amerykańskiej wojny secesyjnej (1861–1865)  Unia, czyli północne stany Ameryki, dokonała interwencyjnych zakupów broni z zewnątrz, w państwach europejskich.

Wynikało to nie tyle z braku własnych możliwości produkcyjnych (choć w początkowym okresie wojny tak było), ile w zasadzie również z tego, aby opróżnić ten rynek przed podobnymi zakusami konfederatów. W ten sposób duża ilość broni, między innymi produkcji pruskiej (niemieckiej), trafiła do Ameryki Północnej i znalazła się w szeregach jednostek armii Unii. Wśród tej broni znajdowały się także egzemplarze pochodzące z fabryki karabinów w Gdańsku.

Co prawda, jeszcze w trakcie działań wojennych broń ta została dość szybko wycofana z użytkowania. Głównym powodem było to, że pomimo stosowania w niej zapłonu kapiszonowego była to broń przeważnie gładkolufowa, w nietypowym jak dla wojsk amerykańskich kalibrze (.71), a w niektórych przypadkach po prostu już znacznie zużyta i mająca swoje najlepsze lata dawno za sobą.

Jednak nie wyrzucono tej broni, ale ta trafiła początkowo do magazynów wojskowych. Po zakończeniu wojny secesyjnej zastanawiano się, co zrobić z tak znaczną ilością zapasów broni. Karabiny te nie spełniały już bowiem w żaden sposób wymagań ówczesnego pola walki jako broń wojskowa. Odsprzedanie ich dalej do innych państw nie wchodziło w rachubę, gdyż wolały się one uzbrajać, mimo znacznych kosztów, w nowocześniejsze konstrukcje, które rozwijały się w tamtym okresie bardzo gwałtownie.

Gdański karabin

W tamtym okresie w samych Stanach Zjednoczonych Ameryki (USA) działał bardzo chłonny rynek cywilny, co związane było bezpośrednio z wędrówką i osiedlaniem się nowych osadników na terenach położonych coraz bardziej na zachód Ameryki Północnej, od rzeki Missisipi, na terytoriach dość słabo do tej pory zaludnionych (nie licząc samego zachodniego wybrzeża) zwanych wówczas „Wielką Pustynią Amerykańską” [Nazwa terenów na zachód od Missisipi niezamieszkałych przez białych osadników – przyp. red.]. Wynikało to z tego, że w połowie XIX wieku narodził się pomysł, aby Stany Zjednoczone Ameryki rozciągały się od jednego wybrzeża do drugiego. Wymagało to jednak zaludnienia w postaci stałego osadnictwa, w opozycji do hodowców bydła pędzących tylko okazjonalnie stada przez te tereny.

Niewątpliwie dużym argumentem było tutaj podpisanie przez Abrahama Lincolna Ustawy o gospodarstwach rolnych w 1862 roku, która gwarantowała każdemu obywatelowi lub osobie zamierzającej przyjąć obywatelstwo amerykańskie otrzymanie 160 akrów (ca 65 ha) niezamieszkanej ziemi należącej do państwa, a następnie jej wykupienia po 5 latach po preferencyjnych cenach.

Osadnicy na Dzikim Zachodzie/ Wikipedia

Dzikie i nieznane tereny wymagały posiadania broni, jeśli nie do obrony przed napastnikami (których nie brakowało), to niewątpliwie do zdobywania pożywienia, bowiem polowanie było  jednym z podstawowych środków do przeżycia w trakcie takiej wędrówki. A po dotarciu do miejsca docelowego broń nie spoczywała, bynajmniej, spokojnie nad kominkiem jako ozdoba domku na prerii.

Za jaką cenę sprzedawaną taką broń? Niestety, nie udało się dotrzeć do takich informacji. Jednak chyba możemy spokojnie przyjąć założenie, że szła za tzw. symbolicznego centa (lub dolara). Była to zatem ciekawa alternatywa dla mniej zamożnych osadników, których nie było stać na zakup nowej broni.

Co ciekawe, broń ta często trafiała również za sprawą handlarzy bronią w ręce przeciwnej strony, czyli rdzennych mieszkańców, którymi byli Indianie. Handlarze nie mieli żadnych skrupułów, komu ją sprzedawali, ponieważ pieniądz to pieniądz (lub towary na wymianę), niezależnie od źródła jego pochodzenia.

Broń w oryginalnym wojskowym fasunku nie była jednak zbytnio użyteczna dla osadników lub Indian. Była ona za ciężka i ze względu na swą długość – dość nieporęczna. Jeśli się uwzględni, że cały czas musiała być pod ręką i była noszona przez cały dzień, czasami przez gęste chaszcze, to logiczny wniosek nasuwa się sam – należało ją dostosować do nowych wymagań, jaką była broń o zastosowaniu myśliwskim. Dlatego wśród egzemplarzy tej broni występuje kilka wspólnych charakterystycznych cech w zależności od jej przeznaczenia, które pozwalają na  identyfikację.

Autentyczny wóz osadników z czasów zdobywania Dzikiego Zachodu, miasteczko Bodie, Kalifornia, fot. APU

Główną zmianą, niezależnie od wersji, było skrócenie drewnianego łoża, niekiedy aż do pierwszego bączka/mocowania, co redukowało również dodatkowo trochę wagę broni; poprzez usunięcie zbędnych już pozostałych metalowych elementów okucia broni (w zależności od skrócenia łoża). Po skróceniu łoża dodawano niekiedy muszkę na lufie. Miało to głównie miejsce w  przypadku, gdy usuwano przednie okucie (w wersji wojskowej muszka znajdowała się właśnie na okuciu). Zdarzało się również, że lufę skracano, w skrajnych przypadkach czasami nawet do wersji karabinkowej poprzez jej obcięcie (o 1/3 lub nawet prawie do połowy). Wymianie podlegał też niekiedy metalowy pobojczyk/stempel, który skracano lub wymieniano na lżejszy, wykonany z drewna, dodawano wtedy pod lufą tulejki podtrzymujące nowy stempel. Rzadkiej wymianie ulegał również układ zapłonowy, ale jeśli już, to wymieniano go wtedy na inny typ kominka zamka kapiszonowego.

W zasadzie każdy egzemplarz broni różni się czymś od drugiego, więc żadna próba typologii w tym zakresie chyba nie ma najmniejszego sensu. To, co w wojsku było wadą, w użyciu cywilnym było zaletą. Chodzi mianowicie o gładkolufowy przewód broni, który pozwalał na jej uniwersalne użycie. W zależności od potrzeb mogła ona być bowiem użyta jako sztucer z kulami na grubego zwierza. Kiedy indziej mogła posłużyć za broń śrutową na drobniejszą zwierzynę płową i ptactwo. W takim wypadku krótsza lufa miała zapewnić większy rozrzut śrucin na krótszym dystansie i tym samym większe prawdopodobieństwo trafienia.

Kopalnia złota w Bodie, Kalifornia, miasteczko poszukiwaczy złota, fot. APU

Kto dokonywał tych przeróbek?

Trudno odpowiedzieć, jednak ze względu na mnogość zastosowanych rozwiązań technicznych, widocznych w zachowanych egzemplarzach broni, można domniemywać, że nie była to robota fabryczna w wielkoseryjnej ilości. Chodzi zatem tu tylko o indywidualne przeróbki dokonywane czy to przez miejscowego rusznikarza, czy też może nawet zwykłego kowala lub też we własnym zakresie przez samego właściciela broni.

Zatem de facto Dziki Zachód nie został podbity przez colty i winchestery, jak nam się wydaje, ale właśnie przez starą, wysłużoną już broń wojskową pochodzącą między innymi z Gdańska, która dzięki temu zyskała swoje drugie, a może w zasadzie nawet trzecie życie. Wkrótce potem zaczęła być wypierana przez konstrukcje nowocześniejsze i coraz tańsze w produkcji.

Piotr J. Bochyński


Discover more from Gdańsk Strefa Prestiżu

Subscribe to get the latest posts sent to your email.

Dodaj opinię lub komentarz.