O jeden Bond za daleko

Kilka słów o 25. oficjalnym filmie z serii przygód Jamesa Bonda, którego premiera miała miejsce 1 października. „Nie czas umierać” każdy fan oczywiście obejrzy bez względu na recenzje.

„Nie czas umierać” James Bond, fot. YouTube
„Nie czas umierać” James Bond, fot. YouTube

Według planu premiera miała się odbyć w kwietniu 2020 r., ale ze względu na pandemię ostatecznie, za czwartym podejściem, doszło do ujawnienia na dużym ekranie jesienią 2021 r. Przez pewien czas rozmawiano z Netfliksem o sprzedaży filmu do eksploatacji na platformie streamingowej, ale ostatecznie film przeleżał w szczelnie zamkniętej lodówce blisko półtora roku i pojawił się w kinach całego świata.

„Nie czas umierać” to przede wszystkim melodramat z psychologią na poziomie brazylijskiej telenoweli. To nie tylko najsłabszy Bond z pięciu z Craigiem, ale jeden ze słabszych ever. Kiepskie intro, mało oryginalna animacja, żadna piosenka Billie Eilisch, mało ekscytujące partnerki i rywalki Jamesa, Rami Malek jako naczelny czarny charakter jest bardziej groteskowy niż mroczny i straszny. Przez większość 165-minutowego pokazu żółwie tempo, całość mocno wymęczona, kuriozalne pomysły. Choćby ten, by numer 007 przekazać czarnoskórej agentce. James zamawia nawet raz szkocką (sic!), jest zmęczony, stary i sielankuje na emeryturze. Kiedyś brak Bondowskiego wdzięku w serii z Craigiem równoważyła dynamika przebiegu i pomysłowość inscenizacyjna, teraz nawet tego zabrakło. Sceny pogoni niby są, ale daleko im choćby do epickiej pogoni w Stambule, a przecież z filmu na film ma być szybciej, lepiej, ciekawiej (uśmiech).

Z pozytywów zapamiętam tylko jedną lokację. To pięknie wyremontowane włoskie miasteczko Matera, a konkretnie jego starówka, czyli Sassi di Matera wpisana na listę UNESCO w 1993 r. Dzięki Bondowi stanie się przebojem turystycznym, ale nie zmienia to faktu, że pożegnanie Daniela Craiga z serią wypadło beznadziejnie.

„Nie czas umierać” każdy fan oczywiście obejrzy bez względu na recenzje. Film nie zmienił też miejsca Craiga w klasyfikacji Bondów, która na dzisiaj prezentuje się u mnie następująco:

  1. Pirs
  2. Lodża
  3. Szon
  4. Krejg
  5. Dalton
  6. Lazenbi

Co dalej? W przyszłym roku poznamy aktora. Mam nadzieję, że będzie to jeden z trójki: Luke Evans, Robert Pattinson („Tenet”!), Tom Hardy. Seria po słabiutkim zamknięciu pentalogii z udziałem męża Rachel Weisz wymaga gruntownego odświeżenia. Pomysły typu Lashana Lynch czy Daniel Kaluuya to koniec Bonda

Piotr Wyszomirski, Gazeta Świętojańska

  • zgadzam się z opinią.. a jak do tego dodać idiotyczną fabułę oraz fakt, że w jednym odcinku ginie nie tylko Ernst Stavro Blofeld ale także cała organizacja „Widmo”, a do tego Bond ma dziecko z córką jednego z jej członów, to na dodatek sugerują, że i on sam ginie. Kto to wymyślił?

    Odpowiedz

Dodaj opinię lub komentarz.