Historia

Opowiem pewną historię

Opowiem pewną historię. Było to w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, w PRL. Ojciec mojego przyjaciela był dyrektorem pegeeru, gdzieś na zachód od Wejherowa. Socjalistycznym obyczajem, dla ucieszenia klasy robotniczej organizowano wyjazdy pracownicze, wymiany, w wyniku których Polacy mogli wyjechać do NRD do pracy i przywieźć stamtąd bez ograniczeń różne brakujące w PRL towary. Młynek do kawy, torbę podróżną, barometr, trykotowe podkoszulki. Maleńkim peerelowskim nepotyzmem dołączyliśmy z moim przyjacielem, raz i drugi, do takich robotniczych wyjazdów. Pracowaliśmy w Bezirku Karl-Marx-Stadt, w Lengefeld, w fabryce żyrandoli.

Taka wyjazdowa grupa miała swojego Dolmetschera, po trosze tłumacza, po trosze przewodnika. W naszej grupie był to Bruno, starszy, szczupły mężczyzna, żywy, sympatyczny i wymowny. Dowiedzieliśmy się dość szybko, nie zawijał tego w cebulę, że dobrej praktycznej znajomości języka niemieckiego nabył w szeregach Wehrmachtu. Jako dowcipni studenci, wrażliwi na dolegliwości historii, odkrywaliśmy kaszubską okupację Grecji. O innym z uczestników naszej wyprawy dworowaliśmy, iż zapewne walczył na Monte Cassino. Spójnik, zaledwie dwie literki – a jak wielką sprawiają różnicę. Wielkiej uważności trzeba, gdy pisze się o historii.

Zatem ten drugi to był brat naszego Dolmetschera. Był inną zupełnie postacią, zamknięty w sobie, utykający. Po pracy pił, i płakał. Dla goszczących nas Niemców klasyczna figura pogardy, pijany Polak. Przez łzy pijane wyrzekał, że jest kaleką, bo był na wojnie, został ranny. I to za kogo? Za Hitlera! A teraz, w innej odmianie socjalistycznej niewoli, przyjeżdżał do pracy, do NRD, do fabryki żyrandoli.

Ale jak do tego doszło, że tak sympatyczni, wrażliwi ludzie poszli w hitlery? Interesowało nas to bardzo, dopieczeni życiem w niewoli łaknęliśmy poznania i zrozumienia. I opowiedzieli nam tę historię. W niewielkiej wiosce, gdzieś na zachód od Wejherowa, gdy Niemcy ogłosili nabór do Wehrmachtu, chłopcy się postawili: nie pójdą walczyć w ich armii. Wtedy hitlery zjechali do wioski, powywlekali ich z domów i ustawili w jednym miejscu. Jednego z chłopaków rozciągnęli na stole i przerżnęli piłą na pół.

Opowieści o Polakach w Wehrmachcie nie można opowiedzieć pół – ta opowieść nie istnieje, jeśli nie mówi się całości. Trzeba opowiedzieć o nazistowskim „wolnym mieście” z blisko 60 % poparciem dla NSDAP, o listach proskrypcyjnych i programowym wymordowaniu, planowo i bestialsko, kilkudziesięciu tysięcy sąsiadów czyli o Zbrodni Pomorskiej – pierwszym ludobójstwie II wojny światowej. Ale o tym na wystawie Nasi chłopcy jest zaledwie kilka zdań.

A wśród nich zdania tak kuriozalne:
Listy osób, które szczególnie mogły zagrozić nowej władzy, zaczęto sporządzać długo przed wojną. Wielu aresztowanych wkrótce zamordowano. W tym procesie szczególnie aktywni byli niektórzy pomorscy Niemcy, zorganizowani w paramilitarne oddziały Selbstchutz, czyli samoobrony.

Przyjrzyjmy się po kolei. Najpierw sformułowaniu: nowa władza. Otóż od 1933 roku rządziło w Gdańsku NSDAP, gauleiterem był Albert Forster, prezydentem senatu WMG od 1934 roku był Arthur Greiser, a wszyscy członkowie senatu należeli do NSDAP. Te nazistowskie władze Gdańska prowadziły konsekwentnie politykę wymierzoną w mniejszości i opozycję, a 1 września 1939 roku Forster proklamował wcielenie WMG do Rzeszy. O jakiej zatem nowej władzy może być mowa? Dla terenów WMG była to literalnie ta sama władza, demokratycznie wybrana, konsekwentnie postępująca w realizacji swoich zbrodniczych celów. A dla terenów z granic II RP – był to agresor ludobójca (obaj zbrodniarze, Forster i Greiser, zostali po wojnie skazani w Polsce na kary śmierci). W tej sytuacji użycie określenia nowa władza jest nieprawdą, eufemizowaniem zbrodni.

Teraz spójrzmy na całą tę frazę: Listy osób, które szczególnie mogły zagrozić nowej władzy.
Po pierwsze – cel tej władzy był określony, intencjonalnie z premedytacją przygotowany i wprost nazwany, był to zbrojny najazd i rozprowadzenie morderców:
Albert Forster: Kto należy do narodu polskiego, musi zniknąć. Najzaszczytniejszym dla nas zadaniem jest uczynienie wszystkiego, aby każdy przejaw polskości zginął bez reszty.
Reinhard Heydrich: Ludzi należy rozstrzeliwać lub wieszać natychmiast bez dochodzenia. Szlachta, duchowieństwo i Żydzi muszą być zlikwidowani.
Albert Forster, przemówienie w Tucholi w październiku 1939: Dobry Bóg to sprawi, że w ciągu 10 lat nie będzie żadnego Polaka w Kraju Warty i w okręgu gdańskim. Z okręgu gdańskiego Polacy muszą zniknąć i znikną.

Zatem omawiane zdanie z planszy na wystawie Nasi chłopcy zarówno nie przedstawia prawdy, jak i logicznie jest błędne – skoro miało być to ustanowienie nowej władzy, to czemu planowano zniszczenie populacji? Z premedytacją zaplanowaną, zbrodniczą napaść w zamiarze eksterminacji. I ludzi broniących się przed tym ludobójstwem przedstawia się na wystawie jako mogących zagrozić nowej władzy. To jest jak cytat z hitlerowskiej propagandy o polskich bandytach.
Po drugie – ten z premedytacją realizowany akt wymordowania Polaków zamieszkujących Pomorze, perfidnie rozpoczynany dekapitacją polskiej społeczności, czyli wymordowaniem polityków, urzędników, nauczycieli, księży, szlachty, osób aktywnych społecznie, sportowców, kolejarzy, również jeńców wojennych, nie był w jakimkolwiek sensie aktem samoobrony.

Przyjrzyjmy się tej frazie:
Wielu aresztowanych wkrótce zamordowano. W tym procesie szczególnie aktywni byli niektórzy pomorscy Niemcy, zorganizowani w paramilitarne oddziały Selbstchutz, czyli samoobrony.

Otóż mówi się nam, jakoby był jakiś proces mordowania, w którym co poniektórzy Niemcy byli aktywni. Czy w rozumieniu autorów wystawy to jest rzeczowy, bezstronny naukowy język? Naukowy obiektywizm? Ale przecież mowa jest – powtórzmy to jeszcze raz – o zbrodni. Zbrodni z rozmysłem przygotowanej na długo przed wojną i realizowanej przez niemiecki, nazistowski, państwowy system władzy, z czynnym poparciem i zaangażowaniem narodowosocjalistycznego niemieckiego społeczeństwa WMG. A zwiedzający wystawę otrzymuje sugestię jakoby będący w sytuacji zagrożenia jacyś niektórzy Niemcy przekroczyli granice samoobrony.
Spójrzmy jeszcze raz: W tym procesie szczególnie aktywni byli niektórzy pomorscy Niemcy. Co to zdanie w ogóle wyraża? Czytamy o jakimś bezosobowym procesie mordowania, w którym aktywni byli niektórzy Niemcy. Czy autor sugeruje nam rozróżnienie między zwykłym uczestnictwem w procesie mordowania od szczególnej aktywności? I czy sugeruje, że to ta szczególna budzi zastrzeżenia? Nadto tak postawiona kwestia rodzi pytanie kto mordował – z udziałem tych niektórych szczególnie aktywnych Niemców?

Szeregowi członkowie Selbstschutzu (źródło: IPN)

Selbstschutz był organizacją (nie tylko paramilitarnymi oddziałami), liczącą blisko 40 tysięcy członków – czyli masową, powołaną do zrealizowania ludobójczego celu, nazywaną także „Volksdeutsche-SS” lub „Zivil-SS”. Dowódca Selbstschutzu w powiecie sępoleńskim SS-Standartenführer Wilhelm Heinrich Theodor Richardt powiedział: „Honorem będzie dla każdego Polaka, by jego ścierwem nawieźć niemiecką ziemię.” Paul Zielke z Tucholi, (Selbstschutz, członek plutonu egzekucyjnego): „Polacy muszą być wytępieni […] do przeprowadzenia jest czystka wśród wszystkich przeciwników reżimu narodowego socjalizmu. Jako przykład należy wziąć sobie rosyjską CZEKA.”

Jest kłamstwem sprawianie wrażenia jakoby Selbstschutz był rodzajem spontanicznej samoobrony: Jansen i Weckbecker, opisując działalność eksterminacyjną Selbstschutzu zauważyli, że dokonując masowej eksterminacji ludności polskiej, wypracował własną technikę zabijania. Polegała ona kolejno na uwięzieniu Polaków w aresztach i punktach zbiorczych, wytypowaniu osób przeznaczonych do rozstrzelania, znalezieniu miejsca na egzekucję, transporcie więźniów i rozstrzelaniu. Ostatnim etapem było zatarcie śladów zbrodni.

Selbstchutz, oddziały samoobrony, opis na wystawie „Nasi chłopcy”

We wstępie do opracowania Zbrodnia pomorska 1939. Dokumentacja terroru niemieckiego (Izabela Mazanowska, Monika Tomkiewicz, Tomasz Ceran) czytamy: Działania te stanowiły fundament totalitarnej inżynierii społecznej, której celem było przeobrażenie polskiego Pomorza w rasowo czyste niemieckie Prusy. Autorzy opracowania do cech charakterystycznych Zbrodni Pomorskiej zaliczyli zatrzymywanie i przetrzymywanie polskiej ludności cywilnej w obozach tymczasowych, znęcanie się, częste torturowanie, a później rozstrzeliwanie w dołach śmierci, najczęściej w lasach, piaskowniach (…). W wielu wypadkach ofiary, w tym kobiety i dzieci, zabijano w bardzo brutalny sposób za pomocą tępych narzędzi: łopat i kolb karabinów. Rannych zasypywano ziemią.
Tomasz Ceran: Niemal z każdego miejsca zatrzymania polskiej ludności cywilnej, zwłaszcza na Pomorzu Gdańskim, zachowały się relacje świadków mówiące o bestialstwie sprawców. W Starogardzie księżom wycinano swastyki na czole, w Bydgoszczy polskich nauczycieli bito widłami, w Wąbrzeźnie – deskami z gwoździami. W Rypinie zatrzymanych Polaków bito kijami, szczuto psami, wbijano gwoździe w plecy, wołającym o pomoc i krzyczącym z bólu wkładano w usta gips. W powiecie rypińskim, wyrzyskim i starogardzkim gwałcono polskie nauczycielki.

Relacje ocalałych są porażające: Na beczce leży człowiek, naokoło stoją członkowie Selbstschutzu z wycelowanymi do niego lufami karabinów. Czarny spec od torturowania wydaje komendę, a czterej oprawcy biją na zmianę. Biją metodycznie, wolno, jakby siekierą rąbał. Człowiek wije się z bólu jak robak. Szlocha, jęczy, wyje przeraźliwie i tak aż do utraty przytomności.

Po uczniu 2 klasy gimnazjum w Chojnicach Pawle Kwiatkowskim skakano aż do momentu, gdy jelita wypłynęły na zewnątrz.

Powitanie armii niemieckiej przez Volksdeutschów, Grudziądz, wrzesień 1939 r. (źródło: IPN)

Stanisław Losy, były powstaniec wielkopolski, który we wrześniu 1939 r. pełnił funkcję komendanta obrony Barcina. 30 października 1939 r. został zaprowadzony na egzekucję na cmentarz żydowski w Szubinie. Członkowie Selbstschutzu rozstrzelali tam w dwóch egzekucjach po 5 osób. Po wojnie zeznał: „Padła salwa. Upadłem na twarz na ziemię, tracąc przytomność. Egzekucji drugiej piątki nie pamiętam. Gdy odzyskałem przytomność, usłyszałem słowa – ten pies jeszcze żyje. Drugi głos odpowiedział – nie, ten pies dostał trzy dobre strzały. Jeden z wyższych rangą hitlerowców, Schnuk lub hauptmann Kripo, odezwał się do grabarza Domkego – ojczulku dbaj o to, że do jutra wszystko ma być gładkie i czyste, a jeśli ktoś podniesie łeb, to rąbnąć mu szpadlem. Później wszyscy Niemcy opuścili cmentarz za wyjątkiem grabarza Domkego i dwóch młodszych Niemców, nieuzbrojonych jego pomocników. Ci zaczęli ściągać ze zwłok rozstrzelanych Polaków buty, odzież. W tej chwili Mikołaj Jabczyński odezwał się słowami – kolego Domke, podaj mi rękę, ja ci dam mój zegarek i wszystko, co mam. Alwin z Rynarzewa też się odezwał o udzielenie pomocy. Na to grabarz Domke dał rozkaz, by jeden z młodszych Niemców wziął rower i pojechał po karabin. Ów młodszy Niemiec po chwili przywiózł karabin. Jeden z Niemców przyświecał latarką kieszonkową, a drugi z nich strzelał, przypuszczam najpierw do Jabczyńskiego, a następnie do Alwina. […] Potem Niemcy przysypali leżących w dole Polaków warstwą ziemi grubości 25–30 cm. Zaznaczam, że w dole, na mnie, leżały zwłoki dwóch zamordowanych Polaków […] Po pewnym czasie wyzwoliłem się spod ciężaru leżących na mnie dwóch zwłok i piasku i wyciągnąłem nogi, ukląkłem i wstałem.

Odznaka Selbstschutzu Westpreussen (źródło: IPN)

Relacja Jana Topora: Żydów rozstrzelano w dniu 24 listopada 1939 r. na cmentarzu koło kościoła w Górce Klasztornej. Byłem przy tej egzekucji obecny, bo Niemcy chcieli mnie również rozstrzelać. Przed opisaną wyżej egzekucją przyprowadzono tam jedną kobietę – Jaworską z Łobżenicy (…) podejrzaną – jak słyszałem – o szpiegostwo. Jaworska została na moich oczach żywcem rozerwana przez Żydów na rozkaz Niemców Harrego Schulza, jego brata, [Hermana] Seehavera, Ruxa i sędziego z Nakła, którego nazwisko w tej chwili nie przypominam sobie. Żydom obiecano wolność w zamian za rozerwanie kobiety. Ustawili się oni po pięciu z każdej strony, uwiązali gruby sznur (…) do jednej i drugiej nogi Jaworskiej i ciągnęli go w przeciwne strony, rozerwali ją i zabili w ten sposób. Widziałem, jak Harry Schulz trzymał małe dzieci za nóżki w lewej ręce i strzelał do nich w główkę z browninga. Widziałem jak jedna z kobiet porodziła tuż przy wykopanym dole dziecko. Harry Schulz podszedł do tej kobiety, kopnął nowo narodzone dziecko do grobu, a matkę zaraz potem zastrzelił. Słyszałem jej przeraźliwe krzyki »Jezus Maryja, co robicie ze mną, dziecko moje, dziecko kochane«

W dniu 6 września 1939 (…) na powracających z kościoła mieszkańców (…) czekało w Baninie w ukryciu kilku podchmielonych niemieckich żandarmów. Gdy ludność cywilna znajdowała się w pewnej odległości – Niemcy wyskoczyli z ukrycia i rzucili się z bronią na bezbronnych. Popłoch był ogromny, wielu zdołało zbiec i ukryć się, ale niestety nie wszyscy. Czterech mężczyzn schwytano, związano, a następnie doczepiono do pary koni, które popędzone przez swoich „panów” ruszyło galopem przed siebie. Po zatrzymaniu koni nikt już nie zdołał rozpoznać zmasakrowanych ciał, które wrzucono do gnojówki.

Zeznanie świadka Piotra Kuicha, więźnia obozu w Karolewie, w sprawie zamordowania przez Selbstchutz co najmniej 951 osób w Karolewie: Przez dwa dni pracowałem – wraz z innymi Polakami przy zakopywaniu szczątek osób rozstrzeliwanych w lesie pod Karolewem. Pamiętam, iż zakopaliśmy wtedy dużą ilość zwłok osób rozstrzelanych – było ich setki. (…) zgarnialiśmy wtedy do ziemi resztki mózgu, odcięte głowy, ręce i inne części ludzkich korpusów. (…) nadzorowało nas dwóch Niemców – Manthey i Marquardt. Miejsce, w którym Polaków uśmiercono, przysypaliśmy grubą warstwą ziemi.
Z zeznań Wacława Oczkowskiego, którego bliscy – ojciec i wujek – zostali zamęczeni w obozie w Karolewie: Zwłoki ludzi zabitych w Karolewie umieścili Niemcy w ziemi w ten sposób, że przysypali je warstwą grubości około czterech metrów gleby, a na wierzchu urządzili boisko sportowe dla niemieckiej młodzieży z najbliższej okolicy.

Zeznań, świadectw, dokumentów dotyczących Zbrodni Pomorskiej jest wiele, choć przecież to relacje tylko tych, którzy przeżyli i którzy je przekazali. Ale o tym, co uczyniono pomordowanym milcząco świadczą również ich ekshumowane ciała:
W Tczewie na terenie koszar wojskowych po wojnie ekshumowano z trzech masowych grobów 56 zwłok, 18 (32 proc.) miało rozbite czaszki. W protokole ekshumacyjnym czytamy opis zwłok oznaczonych nr. 5: „Zwłoki mężczyzny wysokiego wzrostu, ręka złamana, czaszka rozbita, owinięta drutem kolczastym, prawa strona szczęki dolnej złamana, żebro złamane”.

Narzedzia tortur z obozu w Karolewie (źródło: IPN)

W Tryszczynie po wojnie wydobyto 683 zwłoki, w protokołach ekshumacyjnych przy 233 z nich (34 proc.) znajduje się adnotacja, że czaszka została „zupełnie rozbita”, „zupełnie strzaskana” lub „w drobnych ułamkach kostnych”. Zeszkieletowane zwłoki kobiety oznaczone nr. 1048 znaleziono w pozycji skurczonej. Najprawdopodobniej przytulała ona swoją córkę, której czaszka została zdruzgotana. Przy zwłokach nr 1049 znaleziono dziecięce pantofle na wiek 6–7 lat.
W Fordonie w 1947 r. według 12 zachowanych protokołów ekshumacyjnych wydobyto 309 zwłok. 134 (43 proc.) z nich miało czaszki częściowo lub zupełnie rozbite. Przy zwłokach nr 501 napisano: „Przy tych zwłokach znaleziono także drobne szczątki ludzkie przemawiające za tym, iż owa kobieta musiała być w ciąży”.
W Radzimiu (pow. sępoleński) 29 maja i 2 czerwca 1947 r. ekshumowano 119 czaszek. 28 z nich (24 proc.) było „zupełnie zdruzgotanych” lub „zupełnie strzaskanych”. Przy zwłokach oznaczonych nr. 34 zamieszczono następujący opis: „Czaszka dziecka z resztkami czarnych warkoczyków. Zwłoki odziane w buty na niskim obcasie i w szczątki odzieży zbutwiałej”.

Tak oto wyglądała niemiecka samoobrona w 1939 roku na Pomorzu. I bez tego obrazu nie da się opowiedzieć i nie da się rozważać kwestii pomorskich Polaków w Wehrmachcie. Bez tej wiedzy, bez tej opowieści z dna piekła – jak określił to jeden ze sprawców – nie da się przedstawić sytuacji młodych ludzi z Pomorza wcielanych przemocą do niemieckiej armii. Prawdziwa wystawa o wcielaniu do Wehrmachtu nie może o tym nie mówić.

Branka do Wehrmachtu była dalszym ciągiem eksterminacji, dalszym ciągiem przemocy, kolejnym konsekwentnym krokiem odpolszczania (Entpolonisierung), i stąd tak istotna jest różnica między tymi, którzy szli do Wehrmachtu z przekonania – a zatem podpisywali się pod niemieckimi zbrodniami – a tymi, którzy dali się wcielić do Wehrmachtu będąc w trudnym do wyobrażenia osaczeniu, w sytuacji obłędnej. Na przykład szantażowani groźbą bestialskiego wymordowania rodziny. I żadną miarą nie można ludzi tych zgrupować w jednej kategorii naszych chłopców. I dlatego ta sprawa jest tak delikatna, a manipulowanie nią tak podłe.

cdn.

Zbigniew Sajnóg

Bibliografia:

  • https://edukacja.ipn.gov.pl/edu/materialy-edukacyjne/teki-edukacyjn/94125,Zbrodnia-Pomorska.html
  • Jan Sziling, W Rzeszy – czym była niemiecka okupacja na Pomorzu, w: Grzegorz Górski (red.), Polskie Państwo Podziemne na Pomorzu 1939-1945. Toruń 1999.
  • Zbrodnia pomorska 1939. Dokumentacja terroru niemieckiego. Oprac. Izabela Mazanowska, Monika Tomkiewicz, Tomasz Ceran. T. 1. Bydgoszcz-Warszawa 2025.
  • Tomasz Ceran, Volksdeutscher Selbstschutz jako nowe narzędzie polityki okupacyjnej, w: Pomorze pod okupacją niemiecką. Jesień 1939. Red. Piotr Madajczyk. Warszawa 2021

One thought on “Opowiem pewną historię

  • Tadeusz Zarucki

    Tak zginął mój Dziadek – październik/listopad 1939 Kaliska k/Kartuz pracownik Poczty Polskiej

    Odpowiedz

Dodaj opinię lub komentarz.