Sam przeciw sali. Ochrona dziedzictwa, czy przeskalowane inwestycje na terenach po Stoczni Gdańskiej?

Do konfrontacji podejść do terenów nazywanych „Młody Miastem” doszło w finale dyskusji o ich przyszłości i obecnym stanie podczas spotkania na Politechnice Gdańskiej. Wojewódzki konserwator zabytków oskarża o zaprzepaszczenie dziedzictwa historycznego stoczni, odpowiadając na zarzuty miasta i deweloperów o utrudnianie i opóźnianie budów.

Dyskusja o „Młodym Mieście” fot. Jakub Steinborn
Dyskusja o „Młodym Mieście” fot. Jakub Steinborn

Wojewódzki konserwator zabytków Igor Strzok przysłuchiwał się dyskusji po wystąpieniach przedstawicieli miasta i uczelni dotyczących przyszłości terenów postoczniowych podczas 3. Konwentu Gospodarczego przy rektorze Politechniki Gdańskiej 12 maja 2022 r. Konserwator dotarł na konwent spóźniony z powodu przedłużenia się innego spotkania dotyczącego jednej z planowanych miejskich inwestycji. Podczas dyskusji, w której uczestniczyli przedstawiciele Gdańska, m. in. architekt miejski prof. Piotr Lorens i b. wiceprezydent ds. polityki przestrzennej Wiesław Bielawski oraz prezes jednego z inwestorów na terenach postoczniowych Krzysztof Sobolewski, konserwator był kilkakrotnie prowokowany do riposty. Zabrał głos na koniec.

Wojewódzki Konserwator Zabytków Igor Strzok fot. Jakub Steinborn
Wojewódzki Konserwator Zabytków Igor Strzok fot. Jakub Steinborn

– Rozmawialiście Państwo o „Młodym Mieście”, a nie o obszarze postindustrialnym, Stoczni Gdańskiej, o dziedzictwie „Solidarności”, o zabytkach, o wartościach kulturowych, o przesłaniu, jakie „Solidarność” i stocznia dały Europie, a może nawet światu – mówił Igor Strzok, Pomorski Wojewódzki Konserwator Zabytków. – Ja to rozumiem, bo jeżeli mówimy o „Młodym Mieście”, to jest to właśnie to spojrzenie, które było obecne w dyskusji publicznej w Gdańsku od początku lat 90. Zakładało, że to ma być dzielnica biznesu, biur, mieszkaniowa, usługowa.

Konserwator zaznaczył swój dystans do przebiegu dyskusji, odpowiadając z końca sali. Nie skorzystał z mównicy, z której zabierali głos dyskutanci.

Wiceprezydent Gdańska Piotr Grzelak fot. Jakub Steinborn
Wiceprezydent Gdańska Piotr Grzelak fot. Jakub Steinborn

– Czuję się wywołany do odpowiedzi i czuję się w pewnym stopniu również obrażony pańskimi słowami, jako osoba, która reprezentuje dzisiaj miasto – ripostował Piotr Grzelak, wiceprezydent Gdańska. – Dla nas to jest kluczowa kwestia, aby to dziedzictwo historyczne zostało zachowane.

Wcześniej Igor Strzok odniósł się do słów jednego ze szczególnie chętnych do dyskusji z konserwatorem uczestników spotkania.

– Pan prezydent Bielawski wspomniał dość krytycznie o nowelizacji ustawy o ochronie zabytków sugerując, że jest teraz korupcyjna. No cóż… w Gdańsku słowo korupcja to są tematy, które od wielu lat tak często się pojawiają, że ja, wróciwszy do miasta 3 lata temu, nie czuję się kompetentny, by w tej sprawie zabierać głos. Natomiast to nikt inny, jak syn prezydenta Wałęsy, określił Gdańsk mianem „republiki deweloperów”. Niektórym rządzącym w Gdańsku sprawiło to przykrość. Rozumiem, to jest pewna sugestia – zaznaczył wojewódzki konserwator zabytków.

Było to odniesienie do wypowiedzi byłego wiceprezydenta zarzucającej konserwatorowi podejmowanie decyzji utrudniających realizacje inwestycji jednemu z inwestorów.

– Konserwator zabytków działa na zasadzie: „nie mam pana płaszcza i co mi pan zrobisz?” Jak ma działać biznes, który ma inwestować poważne pieniądze? Jeżeli przygotowuje projekt, np. Echo Investments, na tyłach ECS-u, jest przed pozwoleniem na budowę i przychodzi decyzja o rozpoczęciu wpisu do rejestru. Przecież ten projekt miał gotowe finansowanie. Kto za to ponosi odpowiedzialność? Konserwator? No nie. Nowela ustawy o ochronie zabytków wyraźnie spowodowała, że ten organ nie ponosi żadnej odpowiedzialności, a tym bardziej finansowej, nawet za błędne decyzje – mówił Wiesław Bielawski.

Były wiceprezydent w latach 2002-2019 odpowiadał za politykę przestrzenną Gdańska.

– Jeżeli jest uznaniowość, to żaden biznes nie zadziała – ocenił Bielawski a o umocowaniu prawnym instytucji konserwatora stwierdził: – Co tu dużo gadać, zawiera w sobie korupcyjne elementy, bo tu jest ta uznaniowość.

Igor Strzok w swoim podsumowaniu podziękował architektowi miejskiemu prof. Lorensowi za to, że w jego głosie w dyskusji pojawiła się kwestia jakości architektury, zaznaczając, że obaj, architekt miejski, a on na miejskich częściach objętych wpisem do rejestru zabytków, mają powinność dbania o wysoką jakość nowego budownictwa. W wystąpieniu poprzedzającym dyskusję prof. Piotr Lorens przedstawił wnioski wynikające z raportu, który jest podsumowaniem cyklu spotkań i warsztatów odbywających się od października do grudnia 2021 roku z jego inicjatywy. Opisał też zagrożenia dla dalszego rozwoju terenów postoczniowych:

Wiele obszarów na „Młodym Mieście” zostało już zdefiniowanych i są realizowane. Pojawiło się wiele inwestycji, które mają jednak wciąż fragmentaryczny charakter. Ważna jest koordynacja poszczególnych inwestycji. To może zadecydować o tym, czy ten teren w przyszłości będzie traktowany jako kolekcja projektów inwestycyjnych, czy też faktycznie spójnie ukształtowana dzielnica miejska. Paradoksalnie, nie ma on swojego menadżera, nie ma swojego lidera, jeżeli chodzi o kształtowanie poszczególnych elementów. To jest zagadnienie wymagające dyskusji – ocenił architekt miejski.

Widać dziś gołym okiem, że projekt „Młodego Miasta” ruszył i jest już jak kula śnieżna nie do zatrzymania. Widać kilka jednocześnie realizowanych przedsięwzięć, póki co, po stronie południowej ulicy Popiełuszki. Dużą ważną zmianą jest aktywizacja miasta w procesie kształtowania tego terenu – stwierdził z kolei Krzysztof Sobolewski, prezes Stocznia Centrum Gdańsk.

Za dwa lata minie ćwierć wieku od początku komercjalizacji terenów postoczniowych. Przez dwie dekady emocje wokół stoczni związane były głównie z kolejnymi wyburzeniami hal i innych obiektów na tych terenach. Rozparcelowany grunt stopniowo zmieniał właścicieli na firmy deweloperskie. Pierwsze nieśmiałe działania inwestycyjne rozpoczęły się dopiero w drugiej dekadzie XXI wieku. W 2011 roku z inicjatywy ówczesnego prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza powstała tzw. rada interesariuszy mająca godzić interesy inwestorów, miasta, użytkowników nieruchomości i mieszkańców „Młodego Miasta”. Jej działalność po początkowym entuzjazmie stopniowo jednak zamarła do roku 2017. W tym samym czasie, bardzo późno w historii terenów postoczniowych, zaczęły się pierwsze poważne działania urzędu konserwatorskiego.

Igor Strzok i Agnieszka Kowalska, jego poprzedniczka na stanowisku wojewódzkiego konserwatora zabytków, doprowadzili do rejestrowej ochrony wielu niewyburzonych jeszcze obiektów, a także układu urbanistycznego stoczni. Urząd konserwatorski stał się też trudnym partnerem dla deweloperów planujących przeskalowane budynki niewpisujące się w kontekst historyczny miejsca, skutecznie blokując takie plany. Z kolei jedną z pierwszych inicjatyw prof. Piotra Lorensa, powołanego w 2021 roku architekta miasta była reaktywacja rady interesariuszy, a potem kolejne działania prowadzące do ożywienia terenów postoczniowych.

Stanisław Balicki, Dziennik Bałtycki

Przy okazji tego spotkania przypominam seminarium, które odbyło się w kwietniu 2018 r. „Dziedzictwo kulturowe dawnych terenów Stoczni Gdańskiej”. Zostało przez media przemilczane – „nie przybyła, by wypełnić swoją misję publiczna telewizja, nie było telewizji miejskiej (oficjalnego portalu Miasta Gdańska – na który tak obficie łożą gdańscy podatnicy).” Relację z debaty można przeczytać u nas – Dziedzictwo kulturowe dawnych terenów Stoczni Gdańskiej – kilka uwag uważnego słuchacza, a ja przytaczam teraz niektóre z uwag Zbigniewa Sajnoga.

Prof. Jacek Dominiczak: „Nowe budynki nie są po to, by zniszczyć te stare, ale aby pomóc im przetrwać.”

Rozłamanie porządku urbanistycznego przez cztery wieżowce stawiane przy ulicy Wałowej.

Profesor [Grzegorz Klaman] przedstawił, między innymi, artystyczną akcję wyratowania, często ze złomowisk – domków robotników, to znaczy pospawanych ze stalowych blach małych, przenośnych baraczków, budek, pakamer o formacie jakby przyczep kempingowych. Takich przenośnych (przestawianych dźwigiem) pomieszczeń, w których w czasie pracy mogli się ogrzać, wypić herbatę. I, co podkreślał profesor, bywało – były to miejsca, gdzie robotnicy ukryci przed wzrokiem niepożądanych obserwatorów rozmawiali, spiskowali, to w takich miejscach tliło się zarzewie przyszłych strajków.

Z punktu widzenia architektury, urbanistyki, w optyce wielkiej historii – te budki to są śmieci, ale właśnie tu chwytamy ten problem, bo historia bywa nieokazała, jej okoliczności śmierdzące, brudne. Przyzwyczajani jesteśmy do ujmowania historii w hieratyczne gesty pomników, ale oto prawda historii bywa inna: wielki ruch rodził się w cuchnących pakamerach, gdzie chowano się przed kierownikiem, gdzie, bywało, pito wódkę, gdzie wyklinano komunę i Ruskich. Świadectwa historii bywają brudne, jakich byśmy nie chcieli, śmierdzące, krzywe, byle jakie – jak te „budki buntu” – ale właśnie ich prawdziwość, autentyczność jest cenna. W odniesieniu do nich potężne salony i ogrody Europejskiego Centrum Solidarności – okazują się fałszem.

Jak nikt na przykład: obozów koncentracyjnych nie upamiętnia stawianiem ogromnych baraków-salonów w miejscu wyburzonych historycznych, tak i w tym przypadku musimy zauważyć jakiś podejrzany, kuriozalny akt. Nie o to chodzi, że stawia się nowoczesną budowlę – przeznaczoną przecież do innych celów – aby odbywać w niej spotkania, projekcje, koncerty etc., oczywiście nie o to chodzi, ale o to, że utylizuje się, sczyszcza się historię. A historia wysterylizowana – znaczy bezpłodna. Historia owszem, bywa nieudała, nieokazała, brudna, ale gdy ją wyprostujemy, wyczyścimy to jak przyszłe pokolenia mają zrozumieć, dlaczego właściwie był ten bunt, co takiego było w tamtej sytuacji, że była tak bardzo nie do zniesienia? Niewolnicy budujący statki dla imperium ogrzewali się w takich blachobudach. Tak żyli, tak byli traktowani. Komuś zależy na zamazaniu tej historii? Dlaczego?

Brama nr 2 i topole, stołówka była z prawej strony

I tu nawiążę z kolei do – znów – bardzo ciekawej wypowiedzi pana Tomasza Błyskosza, architekta, kierownika Oddziału Terenowego w Gdańsku Narodowego Instytutu Dziedzictwa. Wypowiedzi na temat budynku dawnej stoczniowej stołówki, która nie została objęta opieką konserwatorską, gdy do rejestru zabytków wpisywano Plac Solidarności, i niedługo później została zburzona. Pan Tomasz Błyskosz przypomniał archiwalne zdjęcia wykazując jak kluczowe znaczenie dla całego założenia miał budynek stołówki, bez niego Brama nr 2 i Biuro Przepustek utraciły swój historyczny wymiar, sens, są wyabstrahowane, odarte ze znaczenia, są wydmuszkami historii.

Podobnie zresztą zadziałało wycięcie rzędu topoli – i te drzewa i stołówka były wyrazistą ramą bramy jako miejsca przejścia, dramatyzowały je. To tu ci z wewnątrz – strajków – stykali się z tymi przychodzącymi ich wesprzeć, dowiedzieć się. Cały ten dramatyzm, to skupienie go w tym wąskim odcinku na tych kliku metrach – unicestwiono. Ale, chcę tu dodać, że w czasie strajku w 1988 roku stołówka odgrywała bardzo ważną rolę, jako „centrum operacyjne” strajkujących. A ponadto cenne – znów: jako świadectwo, jako smak tamtej rzeczywistości, było wyposażenie wnętrza stołówki, w tym meble wyspawane z giętych rur, wykonane w stoczni przez robotników. Mogłaby tam dziś funkcjonować „jadłodajnia”, gdzie podaje się dania według receptur z epoki, na talerzach z epoki. To uzupełnione o multimedia pozwoliłoby posmakować tamtego czasu. I to wszystko było gotowe – depozyt, kapsuła czasu, która przetrwała, przemieściła się w czasie i była. Zgoła nic by to nie kosztowało. Nie – ktoś uparł się, by to zniszczyć.

Kilkakrotnie w czasie seminarium powracała kwestia – jak powinna nazywać się dzielnica powstająca na terenach dawnej Stoczni Gdańskiej. Najbardziej przekonująco przeciw nazwie: Młode Miasto wypowiedział się pan Roman Sebastyański, sięgając najgłębiej, argumentując, że to Krzyżacy wymyślili tę nazwę, a czas ich rządów zaczął się od rzezi i był czasem niewoli, a nie wolności miasta – w końcu przecież gdańszczanie przegnali ich – i zamek ich zburzyli. I w tym sensie nadawanie krzyżackiej nazwy dzielnicy, która ma kojarzyć się z wolnością i solidarnością jest mocno nie na miejscu.

Całość: Dziedzictwo kulturowe dawnych terenów Stoczni Gdańskiej – kilka uwag uważnego słuchacza

Anna Pisarska

 

Dodaj opinię lub komentarz.