Skończymy z Ćwiklińskim – ostatni rejs kapitana „Batorego”

„Niech pan uważa kapitanie wczoraj w barze „Kaszubskim” pański fotograf Kosycarz popijał z takimi typami z UB… Ja stałem obok – on mnie nie poznał i mówił do nich „No, nareszcie skończymy z Ćwiklińskim. Ja mu pomogłem, dobrze, on już w tę podróż nie pojedzie”.

Poniższy artykuł został opublikowany w amerykańskiej, polskojęzycznej gazetce „Ster” w styczniu 1956 roku, pt. „Mój ostatni wyjazd z Gdyni”. Jego autorem jest kpt. Jan Ćwikliński, uczestnik obrony Lwowa i wojny polsko-bolszewickiej, kapitan żeglugi wielkiej, pierwszy powojenny kapitan transatlantyku M/S Batory.

Jan Ćwikliński  urodził się 6 lutego 1901 r. w  Horodence, był absolwentem pierwszego rocznika Akademii Morskiej w Tczewie (był drugim rocznikiem, ale ze względu na przerwę wojenną kończył z pierwszym) i  dowódcą polskich statków towarowych oraz  pasażerskich – S/S Warszawa (1936-40) i M/S Batory (1945-53). Jako dowódca M/S Batory, podczas pobytu statku w angielskiej stoczni remontowej w Newcastle w 1953 roku, osaczony przez UB, uciekł ze statku i poprosił o azyl polityczny w Anglii, udając się później do Stanów Zjednoczonych. Tam pływał na statku towarowym „Wolna Polska”. Jego rodzina w Polsce została objęta szykanami, m.in. została pozbawiona majątku i wysiedlona na południe Polski. Bezpieka nadal usiłowała dotrzeć do kapitana, na co są dowody w aktach IPN. Kapitan zmarł 20 czerwca 1976 r. w Maladze, został pochowany w Doleystown w Pensylwanii. W Polsce zostawił żonę i dwoje dzieci. Żony nigdy już nie zobaczył. Z synem Januszem widział się raz po 21 latach, z córką Janiną kilkakrotnie, gdy jako konserwator zabytków otrzymywała pozwolenie wyjazdu do Republiki Federalnej Niemiec.

Janusz Ćwikliński: „Jego patriotyzm był „czystej wody” – poprzez walkę o Ojczyznę, pokochanie Gdyni, która zawsze w Jego pamięci była ukochanym portem. Tu osiadł i zbudował rodzinny dom. Kochał kapryśny Bałtyk, kochał „swoje” statki. Jego mieszkania w Nowym Jorku i Maladze były pełne „poloników”, przekazanych testamentem Muzeum Polskiemu w Chicago.”

Artykuł jest zapisem ostatniej drogi Jana Ćwiklińskiego na Batorego i wypłynięcia w ostatni rejs na ukochanym statku. Dla starszych czytelników jest to przypomnienie koszmarnych lat kształtowania się ustroju PRL, dla młodszych świadectwo minionej epoki. Zachowałam oryginalną pisownię, poprawiłam interpunkcję i oczywiste literówki.

Jeśli jesteś zainteresowany tematem, przeczytaj:

Była to druga niedziela maja 1953 roku – dzień wyjazdu „Batorego” do stoczni Palmers w Heburn on Tyne w Anglji.

Jak zwykle rano mój synek Januszek przyleciał do łóżka i wsunął się cichaczem pod pled pod pozorem „ogrzania Tatki” a właściwie, by skorzystać z okazji i zadać mi tysiąc i jedno pytanie na temat „Batorego”, którego Januszek znał dobrze, bo spędził na nim parę miesięcy w 1946 roku podczas postoju w Antwerpii, nawet jak zwykle mówił „palił się z nami”, to znaczy był podczas pożaru na nim.

Wiesz co, tatusiu? Jak dorosnę będę też marynarzem i kapitanem. Może wiesz, co? Gdybyś do tego czasu chciał zostać na „Batorym”, aż ja zostanę – to ja bym przejął go potem od Ciebie. Oni nawet by nie zauważyli tej zmiany – ty Ćwikliński – ja Ćwikliński – ty Jan – ja Januszek, to by było dobrze, prawda Tatusiu? A byłoby dobrze gdyby… gdybym ja wiedział, co będzie jutro lub nawet dzisiaj po południu… Ze wszystkich stron ostrzeżenia życzliwych mi ludzi. „Niech pan uważa kapitanie wczoraj w barze „Kaszubskim” pański fotograf Kosycarz popijał z takimi typami z UB… Ja stałem obok – on mnie nie poznał i mówił do nich „No, nareszcie skończymy z Ćwiklińskim. Ja mu pomogłem, dobrze, on już w tę podróż nie pojedzie”.

W biurze moi komunistyczni dyrektorzy Szynarowski i Golszyn jakoś tak witali się i żegnali z rezerwą wielką. Nie był to dobry znak. To świadczyło, że krąg obławy na wilka – tym razem morskiego zamyka się i odgłosy nagonki coraz bliżej – coraz bliżej słychać wokół. Jak krąg się zamknie… Ale lepiej o tym nie myśleć.

Jan Ćwikliński na bocznokołowcu, Francja

Dzisiaj wyjazd – zobaczymy, czy jeszcze wypuszczą… Zobaczymy, czy wyjdę z matni. W każdym razie znane są – dostałem wczoraj instrukcje na drogę – list pisany przez naczelnego dyrektora ze zleceniami na skocznię… Ale bez stereotypowego „do obw. Kapitana Ćw…. M. S. „Batory” a tylko „do kapitana M. S. „Batory” – zły znak…

„Wstajemy Januszku – czas mnie już na statek – o dwunastej wyjazd w morze”. „Szkoda, tatusiu – ale pamiętaj, płaszcz deszczowy marynarski i taką zydwestkę, jak mają twoi marynarze – dobrze?” „Dobrze, Januszku – kupię Ci to”.

Szybko ubrałem się i wyszedłem z domu pożegnawszy się z Januszkiem, który jak od wielu lat stawał w oknie i patrzył, aż zniknąłem za rogiem ulicy Świętojańskiej. Obowiązkowo po pożegnaniu się z nim musiałem się przeżegnać na progu, bo to miało znaczyć, że wrócę w te progi z powrotem i idąc, co parę kroków oglądać się i kiwać mu ręką. Taki był rytuał naszego pożegnania – tym razem ostatniego…

Dzień był prawdziwy majowy, słoneczny, niebo niebieskie bez chmurki, drzewa zieleniły się i czuć było w powietrzu naszą polską wiosnę. Poszedłem jak zwykle w dzień wyjazdu, przez tunel Żwirki i Wigury na Świętojańską, ażeby podglądać wystawy sklepów zobaczyć ceny, towary, propagandę. Wystawy nieciekawe na ogół. Wszędzie to samo, te same standardowe towary, ubrania, szare jak stara rzeczywistość człowieka pod rządami reżimu. Widać że starają się, by cały naród był ubrany jednakowo, tak po obozowemu, lub jak ubrani jednakowo są więźniowie. Sklepy z żywnością nieurozmaicone, mąka, cukier, cukierki oblepione muchami, jakiś makaron – w środku portret Bieruta, czasami Stalina lub Rokossowskiego i też muchy, które prawdopodobnie ginęły po zetknięciu się z nimi, bo leży ich pełno nieżywych u podnóża portretów – jakby jakie memento dla wszystkich, którzy zetknął się z komunistami i ich bossami.

Jan Ćwikliński i gen. Tadeusz Bór Komorowski

Najciekawsze są wystawy tak zwanych „Komisów”, czyli sklepów ze starzyzną i rzeczami używanymi. Są one też pod zarządem miejskim, ale wystawy te są urozmaicone i mają taką swoistą wymowę. Tutaj widać dwie obrączki ślubne, jedna większa druga mała – kobieca, związane razem nitką, tak dostarczone i tak idą na sprzedaż. Widać u ich byłych właścicieli w domu bardzo źle, skrajna nędza lub jakaś choroba, czy wypadek… Trzeba nagle pieniędzy na lekarza czy lekarstwa – poszły ostatnie dostatki…

Jakaś taka cicha tragedia przemawiała otwartymi usty związanych ze sobą obrączek… Dużo medalików złotych, ze złotymi łańcuszkami. Teraz niebezpiecznie nosić takie rzeczy – jak przychylny donosiciel zauważy – to i już będzie kreska w ewidencji osobnika noszącego je. Jakiś medalik z Matką Boską Częstochowską, a na odwrocie wygrawerowany napis „mojej Oleńce w dniu imienin, maj 1935 roku”. Pewnie medalik córki, co musiała gdzieś umrzeć w czasie okrutnej wojny i rodzice zdjęli jej na wieczną pamiątkę. Teraz musieli sprzedać, bo może trzeba ratować drugie…

Dalej jakieś sygnety, sztućce z monogramem i nawet koroną siedmiopałkową, jakieś futra, jakieś pantofelki balowe pamiętające przedwojenne czasy, bale, czar walca, szeleszczące jedwabie, szepty, „jego”, taniec na sali, gdy muzyka już przestała grać, wspomnienia…

Jest też dużo na wystawie tak zwanego „importu kieszonkowego”. To nasi marynarze wynoszą w kieszeni, nylony, lipstyki, lekarstwa, pióra, stalówki, zegarki – aby żyć i zaopatrzyć się w trochę grosza na czarną godzinę, bo jak w Piśmie Świętym jest powiedziane „nie znacie dnia ni godziny” – groziła każdemu z płynących, a żyć trzeba… Ale za złapanie z „importem kieszonkowym groziło delikwentowi wilczym biletem z marynarki, obozem poprawnym, w lżejszych wypadkach zaaresztowaniem i taki osobnik musiał być tak zwaną „wtyczką”, czyli donosicielem i zdrajcą swoich własnych kolegów.

Ale ten „import” istniał już za czasów Noego i podobno syn Noego Cham wynosił z arki pod chemidą parę skórek wężowych – ot tak dla znajomych dam. I dzisiaj leżą też skórki wężowe na wystawie – ale tym razem to już marynarze „Batorego” przywieźli na własnej piersi z Italii narażeniem nieraz życia i wolności – ale z dwustuprocentowym zarobkiem.

Po drodze zaszedłem jeszcze do „Księgarni Ludowej” i kupiłem dwie książki „Pięciolecie malarstwa polskiego” i „Bajki” Krasickiego w wydaniu barwnym Szancera, aktualnie wszystko dla propagandy, gdyż szlachta przedstawiona jest tam jako banda rozwydrzonych opoi, wywołujących raczej, odrazę, jak wzbudzających śmiech swoją fantazją szlachectwa. Już tam reżym potrafi wszystko przedstawić w odpowiednim sosie. Kupiłem te książki na prezent dla pani Sendek i Jolenki w Londynie. Te panie jechały wraz z babcią Smoleńską z Istambułu do Middesborough na moim „Białymstoku”, statku, załogę którego mogłoby tylko opisać pióro Conrada. Kiedy pani Lusia Sendek podczas postoju statku na redzie Istambułu, przyjechała na pokład łódeczką i ją zobaczyłem niedużą, zgrabną blondyneczkę, przystojną i patrzącą kokieteryjnie jasnymi polskimi oczami i wesołą uśmiechniętą twarzyczką – ale jak powiedziała, że chce jechać „Białymstokiem” do Anglji – zdębiałem. Wytłumaczyłem Jej, że ja sam chodzę z parą pistoletów w zanadrzu na wszelki wypadek, gdyż ta skomunizowana hołota, wiecznie pijana i rozbestwiona, nie bardzo odpowiada za swoje ruchy. A niewiasta na takim statku – jeszcze do tego taka przystojna – to dolanie oliwy do ognia. Ale pani Lusia zapewniła mnie, że się nie obawia nikogo i niczego – a ja – zgodziłem się. I nie pożałowałem tego potem – bo zauważyłem w drodze, że moja hołotka komunistyczna zaczyna się golić, zaczyna mniej używać marynarskiej łaciny i coraz więcej trzeźwych twarzy przychodziło na służbę. Taki jeden dryblas najgorszy pijus Madaj, zaczął dla małej Jolenki robić nawet jakieś zabawki z drzewa, a cały statek jakoś sporządniał i jedynym wypadkiem w drodze, podczas postoju Bone było to, że drugi mechanik, komunista, sprzedał pod nieobecność starszego mechanika Hoffmana jego rzeczy Arabom, po cenie zniżkowej, prawie z własną stratą. Jak P. Hoffman wrócił na statek z miasta, zastał kabinę czystą, tak że początkowo pomyślał, że wszedł do nie swojej. Ale zresztą cała podróż odbyła się spokojnie i widok blond anioła krzątającego się po statku i małej Jolenki z takim ufnym, wierzącym wszystkim uśmiechem – podziałała uspakajająco na wszystkich moich piratów. Wiozłem te książki – by przypomnieć Jolence o tym, że istnieje Polska i żeby mogła coś niecoś o Niej przeczytać.

Przy podchodzeniu do statku zauważyłem niebywały ruch. Kompanja WOPu stała gotowa do przeprowadzenia przeglądu statku, w drelichach, z rewolwerami przy boku, latarkami i zwinnymi policyjnymi psami u nogi. Przestrzeń między „Batorym” a resztą mola koło dworca morskiego odgrodzona była jak zwykle płotkiem, przy bramie którego stało aż trzech strażników portowych, a jakiś tajniak tak od niechcenia spoglądał na legitymacje okazywane przez wchodzących w obręb strzeżony koło statku. Przy statku co parę metrów na keju stali żołnierze WOPu z pepeszami. Przy drzwiach garażu stali dwaj żołnierze WOPu z pepeszami, a na końcu trapu stał jakiś osobnik w ubraniu celnika, ale twarz nieznana w tym rejonie.

Jan Ćwikliński, Holandia 1942

Zatrzymałem się na chwilę i patrzyłem na statek. Taka otwarta gardziel garażu, przez który wchodziło się na statek wyglądała jak paszcza wieloryba w filmie Disneyowskim „Pinokio”, za chwilę zamknie się i – już nie ma wyjścia. Takie jakieś wahanie człowieka – „wejść – czy nie wejść. Tutaj na zewnątrz jest jeszcze przestrzeń wolna – można się poruszać – po przejściu tej gardzieli wyjścia już nie ma”…

Przy wejściu na trap ten nowy celnik zatrzymał mię – rzecz dotychczas niebywała. „Może obywatel otworzy paczkę – co w niej jest”? „To książki, które kupiłem w mieście – polskie książki”. „Proszę otworzyć”. „Niech pan sobie sam otworzy.” Spojrzał na mnie z ukosa, otworzył paczkę, zaczął przewracać kartkę po kartce w książkach”. Aha, już wiem więc to jest przebrany UBista, co szuka korespondencji ukrytej w paczkach. Nie znalazłszy nic, zwrócił mi paczkę, ale ja nie przyjąłem mówiąc mu „Niech pan zapakuje tak jak było”. Znowu spojrzał z podełba, ale zapakował szybko i zwrócił mi. Na statku oficer WOPu i dwu żołnierzy, z których jeden odkreślał z listy załogi nazwiska wchodzących, a drugi sprawdza legitymacje wchodzących członków załogi. Marynarz przesunął na tablicy Kapitan z „Na lądzie” na „Na statku” – i koło obławy na wilka zamknęło się – jestem w zasięgu ręki UB.

Poszedłem do kabiny swojej i zaraz zjawił się uśmiechnięty steward kapitański Król, jeden z moich „dozorców”. Zdjął ze mnie płaszcz, wyjął wszystko z kieszeni, ot tak, by pomóc po prostu kapitanowi. „Czy rozpakować paczkę panie kapitanie”? „Rozpakuj pan, panie Król”. Lepiej zawsze, jak taki typ sam sprawdzi, jak ma go palić ciekawość, co tam jest.

Za chwilę po wyjściu Króla wszedł jeden z moich oficerów i rozglądnąwszy się wokół odezwał się półgłosem: „Panie kapitanie – jeden z naszych marynarzy ma brata w kartotece UB”. Wczoraj ten brat powiedział mu „Twojego kapitana sprzątną  przed odjazdem. Już w podróż nie pojedzie”. Niech Pan kapitan uważa na miłość Boską, bo oni dzisiaj zdwoili środki ostrożności na statku i widać jakiś podejrzany gorączkowy ruch”. „Dziękuję Panu bardzo, ale cóż ja mam zrobić? Mogę tylko czekać na to, co się stanie”. Podałem mu rękę. Uścisnąłem mocno i jakby starał się powiedzieć tym uściskiem „Szkoda mi Pana – z Panem odejdzie ostatni starej daty”… Ale ja mogłem tylko czekać – krąg obławy zamknął się – wilk w potrzasku…

Gen. Władysław Anders i Jan Ćwikliński

Rozpoczęła się odprawa statku. Kompania WOPu stojąca pod statkiem weszła na pokład. Mikrofony okrętowe zapowiedziały grobowym głosem „Wszyscy członkowie załogi otworzą kabiny swoje, szafki i walizki, wezmą swoje legitymacje i udadzą się do sali jadalnej klasy turystycznej”. Przy wejściu do sali jadalnej z obu stron po dwu żołnierzy WOPu. W sali oficer WOPu i jeden z biura intendenta, zaufany szpicel UB, sprawdzają legitymacje i odkreślają na liście nazwiska zgłaszających się. W kabinach pozostają kapitan, starszy oficer i starszy mechanik. Na mostku jeden oficer i dwu marynarzy na służbie, w maszynie jeden mechanik i trzech smarowników, w biurze intendent i jeden pomocnik. Reszta w jadalni. Zaczyna się dokładna kontrola i przeszukiwanie statku od czubka komina do kilu statku. To trwa do czterech godzin. Szukają zbiegów i nielegalnej bibuły lub poczty. Co nie znajdzie WOPista, to wywęszy pies, a wtedy biada temu co, wpadł im w ręce.

Dedykacja gen. Andersa

Ja siedziałem w swojej kabinie, pozornie obojętny, ale w mózgu przewalają się nawałnice myśli burzliwych. Czy gdzieś nie mam jakich listów niewinnych, jakich adresów ludzi niewinnych, na których może to sprowadzić więzienie i przesłuchy długotrwałe? Nawet zniszczyć tego teraz już nie można, bo rura odlotowa z mojej łazienki przechodzi przez garaż i oni bardzo łatwo mogli mieć jakiś „filter” kontrolny i byli na tę ewentualność gotowi. Każdy papierek, każdy list ja darłem i w morze rzucałem do wody z mostku – dla pewności. Pod oknami kabiny jakiś typ w cywilu przechadza się jakby od niechcenia. W korytarzu przed kabiną chodzi oficer WOPu i jakiś cywil. Coś tam szepcze – coś pogaduje sobie. Co chwila mój Król wpada z obleśnym uśmiechem do kabiny i zapytuje „Czy panu Kapitanowi czego nie potrzeba”? Chciałem mu powiedzieć, że trzeba powietrza morskiego – ale tego poza Helem, poza Rozewiem. „Nie, nic mi nie potrzeba, panie Król”.

O dwunastej według rozkładu mieliśmy wyjść w morze. Odprawa skończona i lada chwila powinien intendent z oficerem WOPu przynieść tak zwane „prawo wyjścia w morze”, ale mija już pierwsza godzina i nic się nie dzieje. Coś pewnie radzą, debatują. Druga godzina – nic – cisza. Jakie te godziny jakieś długie – zegar elektryczny stuka miarowo na ścianie co 30 sekund, ale czas mija bardzo wolno. Trzecia, czwarta godzina – jest źle i jeden dzień w najlepszym razie stracony na stoczni. I nagle o 5,15 szybkie kroki idących korytarzami ludzi – idą w stronę mojej kabiny. Za chwilę wchodzi intendent i oficer WOPu, a za nimi pytająca twarz st. oficera. „Proszę zezwolenie na wyjście w morze” mówi oficer WOPu. „Czy można wołać załogę na miejsca panie kapitanie?” pyta starszy oficer”. „Niech pan woła – maszyny na stać, by brać holowniki – wychodzimy natychmiast”. Oficer WOPu podał mi rękę i coś tam powiedział o dobrych wiatrach czy szczęśliwym powrocie. „Dziękuję panie poruczniku”. Wolno wciągnąłem swój duflecoat na siebie, włożyłem lornetkę i ścisnąłem w kieszeni swego św. Antoniego – „Dziękuję Ci”.

Na mostku wszystko gotowe. Holownik „Tytan” z dzióbu, „Żubr” z rufy uczepione czekają na gwizdki. „Stand By motory.” – „Jest Stand By”. Zrzucić cumy z rufy niech „Żubr” odciąga rufę, „Tytan” z dziobu przytrzymując. Jeszcze nigdy tak szybko nie rozkręciłem statku w porcie tuż przy keju, manewrując maszynami i holownikami, jak wtedy. Kochany „Batory” jakby wiedział, że trzeba się spieszyć, by „władcy” się nie rozmyślili. Jeszcze możliwem jest, że mogą wysłać holownik na redę z „komitetem recepcyjnym”, jak już często robili, żeby w porcie nie robić „show”. Na wprost wejścia dałem „Całą naprzód obie” i trzy długie – pożegnalne gwizdki, cała naprzód by przeskoczyć gardziel latarń wejściowych.

Po minięciu Helu i Rozewja, już na pełnym Bałtyku zeszedłem do kabiny. Teraz już wyszedłem z zamkniętego kręgu obławy na wilka. Teraz pozostała na statku sfora kundli, co nie podejdą na długość wilczej łapy. Będą szczerzyć zęby ci Kamińscy, Szemiele, szpicle i tajniaki, ale bliżej nie podejdą.

Bandera na „Wolnej Polsce”

Zastanawiałem się w kabinie, leżąc na wznak i patrząc w sufit, czemu mnie nie zdjęli ze statku w Gdyni. Przecież to dla nich wielkie ryzyko wysyłać za granicę spłoszoną ofiarę. A musieli się domyślać, że ja coś wiem już o ich zamiarach. Doszedłem do wniosku, że to musiała być walka słowna między Warszawą a Gdynią. Między centralą UB i Komitetem Wojewódzkim Partji i Dyrekcją Linii z drugiej. Dyrekcja wiedziała, że statek idzie na stocznię na tak zwaną czteroletnią klasę Lloydu. To bardzo ważny okres dla każdego statku i do tego trzeba kapitana, który zna dobrze statek i musi być „lwem i lisem” w targach z inspektorami Lloydu. Mogą oni stawiać niesamowite wymagania i robić trudności. A statek był już zamówiony na wycieczki na określony czas i spóźnienie pociągało za sobą olbrzymie koszty i stratę pasażerów. Ja znałem i kochałem ten statek jak coś żywego, co miało duszę i żyło wraz z nami. Z Anglikami byłem na dobrej stopie i znałem tych surowych, wymagających, a ludzkich surveyerów Lloydu i umiałem z nimi rozmawiać zrozumiałym im językiem – nie angielskim, a językiem znanym całemu Zachodowi.

Tym człowiekiem – na moje szczęście – byłem dla Dyrekcji ja. I tutaj duch statku – statku na którym spędziłem 7 i pół roku mojej żeglugi – pomógł mi. „Batory” musiał mieć na ten okres swego kapitana – i ja pojechałem zapewne po długich targach Urzędu Bezpieczeństwa, po daniu gwarancji przez kogoś. Gdynia wygrała – i ja wygrałem, a koło obławy otworzyło się, ogary gończe rozstąpiły się szczerząc swe kły złowrogie. A ja miałem sześć tygodni czasu do namysłu i ułożenia dalszego planu działania, do uporządkowania spraw. I odwdzięczyłem się „Batoremu”, jak umiałem, dałem mu dobry remont na stoczni, doprowadziłem go do porządku i takiego stanu, aby przetrzymał jeszcze kilka lat wrażej służby i mógł stanąć znów do służby Wolnej Ojczyzny i odrodzonej Polskiej Marynarki Handlowej.

Jan Ćwikliński

opracowała Anna Pisarska-Umańska

Dziękuję za pomoc synowi Jana Ćwiklińskiego – Januszowi Ćwiklińskiemu, wnuczce kapitana – Annie Rutce-Ćwiklińskiej (tłumaczce jego książki „Kapitan opuszcza swój statek”) oraz Zbigniewowi Sajnogowi.

Skany artykułu:

  • pisarska ty wariatko nawiedzona, wybiłas juz szybe w pracowni kosycarza?

    Odpowiedz

Dodaj opinię lub komentarz.