Jeśli poz­wo­lisz, by robactwo się roz­mnożyło – rodzą się pra­wa ro­bac­twa

Dziś jest 23 lutego, dla Poznania to 77. rocznica zmiany okupanta niemieckiego na sowieckiego, a przy okazji 77. rocznica zakończenia tzw. „szturmu” na Cytadelę, w którym werbowani najczęściej pod przymusem poznaniacy – „Cytadelowcy” – gnani na pozycje niemieckie w roli saperskiego mięsa armatniego osłaniającego bezpieczeństwo czerwonych frontowców, ginęli w bezsensownym ataku, jako jedni z pierwszych ofiar nowego zniewolenia.

Tylko dlatego, że dowództwo azjatyckiej czerwonej, barbarzyńskiej hordy gwałcicieli i niszczycieli miasta musiało uczcić 23 lutego 1945 roku – „Dzień Armii Czerwonej i Marynarki Wojennej” – zdobyciem ostatniego niemieckiego punktu oporu w Poznaniu – dla większej chwały arcyzbrodniarza Stalina.

Profesor Stanisław Jankowiak z poznańskiego WH UAM opisywał wojenną, zimową rzeczywistość naszego miasta, która do dziś opiewana jest przez sieroty po komunizmie, czy pożytecznych Rosji poputczików różnej maści, stanu i sortu jako „wyzwolenie”, następująco:

„(…) Jak pisał w raporcie z początków lutego 1945 r. kapitan Juliusz Bardach (późniejszy profesor i znany historyk prawa):
„(…) zachowanie poszczególnych oficerów Armii Czerwonej pozostawia wiele do życzenia. Fakt, że przez Poznań przechodzi linia frontu i że w wojsku jest nastrój, że mu wszystko wolno w stosunku do Niemców sprawia, że niektóre mniej zdyscyplinowane jednostki wobec braku Niemców zachowują się wobec Polaków w sposób, który szkodzi sprawie przyjaźni polsko-radzieckiej i osłabia uczucie wdzięczności i sympatii, jaką ludność Poznania darzy swoją wyzwolicielkę – Armię Czerwoną.”

To bardzo delikatnie powiedziane, ale oficer nowego Wojska Polskiego w raporcie przeznaczonym dla swych zwierzchników nie mógł pisać bardziej konkretnie. Raport i tak jest odważnym świadectwem. Bardach wspomina bowiem, że na porządku dziennym były w mieście rabunki. Żołnierze na ulicach i w mieszkaniach odbierali mieszkańcom zegarki czy biżuterię. Powszechnym zjawiskiem były też gwałty dokonywane na poznaniankach, często w obecności ich rodzin, w tym mężów, terroryzowanych bronią. Normą było też zabieranie młodych kobiet do koszar pod pozorem konieczności opieki nad rannymi. Zdarzały się także zabójstwa Polaków, dokonywane przez zdemoralizowanych żołdaków. Takich wypadków mamy tysiące – konkludował Bardach.

Wiedziano, że w rzeczywistości było ich jeszcze więcej, bowiem sterroryzowana ludność nie chciała o wszystkich przypadkach meldować. Trudno było bowiem oczekiwać, że nowa władza będzie skłonna stawać w obronie pokrzywdzonych. Przypadki, w których zdarzenia takie były zgłaszane dowództwu radzieckiemu, także zniechęcały. Ci bowiem najczęściej tłumaczyli, że przestępstw dokonują przebrani w radzieckie mundury dywersanci. Żądano też, by podawać nazwiska przestępców. Oczywiście, były to wymówki, bowiem nawet w ocenie polskich władz komendantura radziecka w Poznaniu nie zrobiła nic, by ukrócić tego typu zachowania. Niechęć potęgowało postępowanie radzieckiego komendanta wojennego miasta, pułkownika Smirnowa, uzurpującego sposobie prawo do decydowania o wszystkich sprawach.

Dwie Niemki z Mettgethen (obecnie dzielnica Kaliningradu) zgwałcone, a następnie zamordowane wraz z dziećmi; źródło: domena publiczna.

W mieście panował głód. W trakcie walk o miasto nie dostarczano produktów, a znajdujący się w rękach niemieckich handel zupełnie zamarł. Wycofujący się w panice z Wielkopolski Niemcy nie zdążyli ani wywieźć, ani zniszczyć ogromnych zapasów żywności zgromadzonych w magazynach. Po przejściu frontu znalazły się one w rękach komendanta wojennego. Przy odrobinie dobrej woli można więc było szybko zaradzić złu. Tymczasem Smirnowa interesowało tylko zaopatrzenie frontu. Główną bolączką mieszkańców, zwłaszcza na wsi, były rekwizycje. Nie tylko Armia Czerwona, ale i oddziały Wojska Polskiego uważały, że mają prawo do całej własności poniemieckiej. Podczas okupacji duża część Polaków została wywłaszczona, a ich ziemie przekazano Niemcom. Teraz była to więc własność poniemiecka. Żołnierze ogołacali więc wsie ze zwierząt gospodarskich, zwłaszcza koni i krów. Jak pisał w swym raporcie Bardach:
„Każdy oddział rekwiruje gdzie chce i ile chce. Żadnych formalnych pokwitowań nie wydaje.”

Nie liczono się nawet z przedstawicielami MO czy UB. Smirnow nie zamierzał także słuchać próśb i skarg tworzących się w Poznaniu polskich władz. Cenzurował wydawane druki, bez jego zgody drukarnie nie mogły niczego wydrukować, prowadził rejestrację pojazdów i sam decydował, komu je przydzieli. Na potrzeby województwa wydzielił z magazynów osiem ton mąki i dwie krowy na mięso! Wojsko zajmowało też majątki ziemskie, wykorzystując je dla własnych potrzeb.
Rosjanie żądali od mieszkańców wdzięczności za wyzwolenie. Mobilizowano więc lokalne władze do budowy pomników wdzięczności. Sytuacja była tak napięta, że przysłani do Poznania przedstawiciele rządu lubelskiego udali się do komendanta wojennego i zagrozili, że jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie, to wyjadą z Poznania, a cała odpowiedzialność spadnie na władze radzieckie.”
(https://twojahistoria.pl/…/gwalty-i-rabunki-jak-armia…/)

I choć koncyliacyjny profesor Jankowiak, podpierając się autorytetem arcybiskupa Muszyńskiego, wciąż zachowawczo twierdził, że było to „wyzwolenie”, a dopiero potem zaczęło się prawdziwe „zniewolenie”, to nie dajmy się dłużej zwodzić semantycznym sztuczkom i nazywajmy sprawy po imieniu, pomni przestrogi starego francuskiego pilota, że jeśli poz­wo­lisz, by robactwo się roz­mnożyło – rodzą się pra­wa ro­bac­twa. I rodzą się piew­cy, którzy będą je wysławiać. Robaczywe myśli trzeba tępić. Dość już kłamstw o tym, że ZSRS i zbrodniczej formacji Czerwonej Armii zawdzięczamy wolność i życie. Chyba że pod tym ostatnim pojęciem będziemy rozumieć owoce gwałtów na bezbronnych poznaniankach.

Natychmiast po zdobyciu Poznania Rosjanie otworzyli dwa obozy NKWD – na ulicy Słonecznej, w byłym niemieckim obozie pracy i w „Ceglorzu” – więziono tam, głodzono, torturowano i mordowano ok. 1.800 żołnierzy AK i NSZ. W 2017 i 2018 roku znaleziono na terenie Pogodna mogiły ponad 50 osób – wśród szczątków, oprócz rzeczy osobistych i dewocjonaliów – guziki z polskimi orłami.
Dziś afiszujące się jako spadkobiercy przedwojennych narodowców, prorosyjskie środowisko „Myśli Polskiej” nazywa oprawców ofiar z NSZ – „wyzwolicielami”… Najpewniej stamtąd też wielkopolscy AK-owcy wyruszali na rosyjskie wywczasy na Syberii.

Niedaleko mojego domu, na tyłach klasztoru sióstr Urszulanek w Pokrzywnie, jest mały cmentarzyk. Mijam go często w czasie spacerów. Spoczywają tam, w centralnej części siostry Akwila Podskarbi i Kajusa Trznadel. Urszulanki wróciły do swojej siedziby, z której zostały wywłaszczone przez Niemców, zaraz po zdobyciu Krzesin przez Sowietów, początkowo w cywilnych ubraniach.

25.01.1945 rano siostry włożyły habity, z nadzieją, że strój zakonny obroni je przed sowieckimi żołnierzami, których stale przybywało. O godzinie 18:00 wspólnota zebrała się na wcześniejszą kolację. Przez cały czas siostry były niepokojone przez grupy żołnierzy, rzekomo szukających ukrywających się Niemców. Znalazłszy zakonnice, zażądali pięciu z nich grożąc, że będą strzelać w razie ucieczki. Najstarsza odpowiedziała po rosyjsku, że wszystkie ślubowały czystość i nie mogą spełnić ich żądania. Siostry zaczęły uciekać, jedną z nich chwycił przy oknie żołnierz i trzymał mocno za rękę. Siostra Akwila podbiegła, wyrwała ją z rąk napastnika i kazała uciekać, a nawet sparaliżowaną ze strachu pchnęła w kierunku drzwi. Żołnierz złapał siostrę Akwilę i pociągnął ku sobie. Jedna z sióstr słyszała dialog: – „Pozwolisz?” – „Nie, nie pozwolę, mam śluby święte, nie wolno mi tego czynić” – „Nie pozwolisz, to będę strzelał”. Gdy próbował wziąć ją na ręce, siostra Akwila uklękła, jedną ręką objęła nogę od stołu, drugą ręką ściskała krzyż noszony przy habicie. Żołnierz strzelił, siostra zginęła od pierwszej kuli. Siostra Kajusa, w zamęcie owego wieczoru, zachowała spokój i trzeźwość reakcji, broniła młodszych od siebie, często nierozumiejących niebezpieczeństwa. Widziano ją, gdy szarpała się z żołnierzem, który rzucił siostrę na stół. Większości zakonnic udało się uciec. Jedna z nich, która znajdowała się w pobliżu domu, usłyszała strzały. Wróciła i zobaczyła siostrę Kajusę w konwulsjach. Na ten widok uciekła, a gdy po jakimś czasie znów wróciła, ciało było już nieruchome. Siostra Kajusa miała rany cięte na szyi, przestrzelone gardło, wybite zęby, a twarz zmasakrowaną. (https://www.osu.pl/Swiadkowie_wiary,513.html)

Zdjęcie w dniu ślubów wieczystych – stoją od lewej:
s. Kajusa Trznadel, s. Adamina Borowiak, s. Akwila Podskarbi; źródło: www.osu.pl

I pamiętajmy dziś też i o tym, że zniszczenie 55% zabudowy naszego miasta, w tym prawie całkowita anihilacja tkanki staromiejskiej, tłumaczone koniecznością zdobycia niemieckiej „twierdzy” w drodze na Berlin jest co najmniej dyskusyjne. Od 2 lutego 1945 roku główne siły 1. Frontu Białoruskiego stały już nad Odrą. Przyczółki w Kostrzynie zostały wzięte z marszu i z powodzeniem zaopatrywane były z pominięciem Poznania, m.in. przez Łódź. Poznań mógł być co najwyżej istotnym – choć nie bezwarunkowo koniecznym – węzłem komunikacyjnym przy próbie ataku przez Frankfurt nad Odrą. Takie zadanie bowiem stało przed 1 Armią Pancerną Gwardii – odciąć garnizon poznański i kontynuować natarcie na Frankfurt. Co zrobili bez zdobycia miasta. Na tym kierunku zresztą, w celu usprawnienia zaopatrzenia, wystarczyłoby prawdopodobnie przejąć węzeł Franowo.
Tymczasem jednak ostateczne przełamanie Odry na kierunku berlińskim nastąpiło w marcu/kwietniu i tak gdzie indziej: pod Kostrzynem. Poznań, jako odcięte i blokowane miasto mogło ocaleć – ale stało się wojennym łupem bezmyślnych sowieckich trofiejszczyków.

Jarosław Kiliński

Dodaj opinię lub komentarz.