Nasi Chłopcy – Biuro Podróży Wehrmacht. Warto iść na wystawę?
Mogłabym powiedzieć: poszłam na tę wystawę, żebyście Wy nie musieli. I w zasadzie tak właśnie powiem. Oburzenie, które przeszło przez całą Polskę, zapewne napędzi zwiedzających Muzeum Gdańska. Każdy będzie chciał sam zobaczyć te kontrowersje i „mieć własne zdanie”. Ale czy… warto?
Otóż nie warto. Stracicie czas. Postawię także tezę, że gdańszczanom wystawa nie zaszkodzi, ale zaszkodzi obcokrajowcom, a właściwie Polsce – wizerunkowi Polski w czasie II wojny światowej. My wiemy, jak było, a oni dowiedzą się o wojażach po Europie i przyznawanych orderach za zasługi w Wehrmachcie. Taki wizerunek chcemy im przekazać? Problem będą mieli także Polacy z głębi Polski. Prawdę trzeba umieć podać. „Każdy ma prawo do własnej opinii, ale nie do własnych faktów”. Życzyłabym sobie, by publiczna instytucja kultury umiała tę prawdę podawać.
Po pierwsze wystawa jest skromna. Zaprezentowane zbiory to głównie zdjęcia, listy, legitymacje, jedna bluza, jeden hełm, jeden karabin, jeden pas, jedne buty. Lakoniczne opisy, niezgłębione historie.
Po drugie diabeł tkwi w szczegółach. Muzeum Gdańska i Muzeum II Wojny Światowej mówią o tragediach, przemilczanych sprawach, że trzeba to nagłaśniać, bo to wojenne dramaty, ludzie przymusowo werbowani do niemieckiego wojska, rodzina cierpiała, żołnierze cierpieli. No, właśnie. Wszystko to prawda. Ale tragedii na wystawie nie zobaczymy. Zobaczymy za to opis sugerujący ekscytację powołaniem do wojska, zdjęcia po wieżą Eiffla, przyznane ordery (za co te ordery?), kochanki – mimo pozostawionych żon. I to rozróżnienie: Polacy-Kaszubi.
No, niby tak było, ale czy chodziło o to, żeby zwiedzający wyszedł z przekonaniem, że Polacy pojechali na fajną imprezę? Po co urządzać wystawę, jak temat tak ledwo liźnięty? Podobno we wrześniu będzie rozwinięcie, ale naprawdę ktoś myśli, że ten turysta wróci we wrześniu, by więcej się dowiedzieć? Serio, ktoś tak z kierownictwa myśli? I co robi na wystawie Tony Halik, którego wcielono do Wehrmachtu, gdy siedział w Lubowidzu w woj. mazowieckim?
Dobrze sprawę ujął wiceprezes IPN-u dr Karol Polejowski. Podzielił się z nami swoimi przemyśleniami:
Te niuanse są bardzo ważne. Kto zna historię, nic nowego się nie dowie. Jak nam powiedziała pani Marzena, której ojciec znalazł się w armii niemieckiej: „To, co wiedziałam wcześniej, to wiem tyle samo”. Dodam od siebie – a jak nic nie wiesz, to dowiesz się, że gdzieś dzwoni, tylko nie wiadomo, w którym kościele.
Po trzecie – tytuł. Pełny brzmi: „Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy”. Noż kurza morda, kto wpadł na ten genialny tytuł? Jakby podobała Wam się przykładowa nazwa wystawy przy innej okazji: „Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego jako kapo w KL Stutthof”. Albo: „Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w Hitlerjugend”. Albo: „Nasi chłopcy. Polscy aktorzy w kolaboracji z gestapo”. Fajnie? To, że chodzi o… Luksemburczyków trzeba doczytać niemalże z lupą pod koniec wystawy. Ale, przepraszam, po kiego licha do nich się odwoływać? Kto o tym wie i kto będzie o tym pamiętał? Co to w ogóle za skojarzenie? Nie było innego mniejszego państwa w Europie?
Ale żeby nie było, wypowiedział się również rzecznik Muzeum Gdańska pan Andrzej Gierszewski; proszę jego również wysłuchać, bo więcej się dowiecie niż z materiałów na wystawie:
I tak sobie myślę, że mogłabym to wszystko wybaczyć (wszak miłość z Gdańskiem to trudna sprawa), ale ostatnia „pamiątka” na wystawie w końcu mi wyjaśniła, po co ona powstała. Po akcji zbierania kartonów z napisem „***** ***” (ludzi, którzy niszczyli, czy chcieli niszczyć, zabytkowe kościoły, a naszego Neptuna ubrali w kodziarskiego t-shirta) – w celu ocalenia od zapomnienia i urządzenia wystawy – takie mam skojarzenie i nic na to nie poradzę. Mam nadzieję, że te kartony zagrzybiały gdzieś w muzealnej piwnicy.
Mam również recenzję naszego kolegi Przemka Rudzia. Jest poważniejsza od mojej. Zapraszam do przeczytania. Na końcu zamieściłam wypowiedź pana, któremu ta wystawa się podobała. Jednak dla mnie… drogie Muzeum… to się nie broni, schrzaniliście temat i dołożyliście politykę. I tym „naszym chłopcom” zrobiliście krzywdę (ale tylko tym, którzy nie uważali, że wojna i strzelanie do Polaków lub Włochów to ekscytująca, europejska przygoda).
Przemysław Rudź:
Niewiele w Gdańsku można się dowiedzieć o tym, co działo się podczas II wojny światowej z polskimi mieszkańcami miasta i okolic. KL Stutthof kojarzy się jednoznacznie większości Polaków, przynajmniej mam taką nadzieję, ale Piaśnica, Las Szpęgawski, Las Mirachowski i inne miejsca kaźni, to już całkowita zagadka. Dużo w temacie XX-wiecznej polskiej obecności na Pomorzu Gdańskim niesie wspaniała seria śp. Brunona Zwarry „Wspomnienia gdańskiego bówki”, w którego ostatniej drodze miałem zaszczyt wziąć udział. Opisuje on w niej przełom w podejściu Niemców do społeczności polskiej i rosnącą do niej pogardę wraz z dojściem hitlerowców do władzy. Na Biskupiej Górce, gdzie mieszkał, stoi od niedawna piękny i realistyczny pomnik tego wielkiego patrioty, więźnia Stutthof i Sachsenchausen. Symptomatycznym był fakt, że na uroczystości jego odsłonięcia nie pojawił się nikt z władz miejskich. Nikt. Swoją drogą, kto czyta Zwarrę w czasach, gdy, jak mawiał Stanisław Lem, nikt nic nie czyta, a jak czyta, to nie rozumie, a jak rozumie, to szybko zapomina? Wydarzenia opisane przez Zwarrę to dokument historyczny najwyższej próby, ale nie słychać o nim w debacie publicznej. Paradoksalnie w Polsce sami organizujemy wystawy historyczne o tych, którzy byli po drugiej stronie karabinu.
Żeby jakoś wykazać się wobec postępowych przyjaciół z Breslau, gdzie nowym patronem Auli Leopoldinum na Uniwersytecie Wrocławskim został niedawno Fryderyk II Wielki, elita intelektualna Danzig postawiła na wystawę zatytułowaną „Nasi chłopcy”, udostępnioną w miejscu ku temu odpowiednim, czyli w ratuszu Głównego Miasta. Kilka metrów obok jest Dwór Artusa, w którym rok temu grupa niemieckich emerytów i lokalnych polityków hucznie świętowała rocznicę zamachu von Stauffenberga, organicznie nienawidzącego Polaków, ale fakt, tego, który podniósł rękę na Fuhrera. Ile ludzi wie, że nie miał na celu oswobodzenie podbitej Polski, tylko dogadać się z Aliantami i zachowując zdobycze terytorialne skupić wszystkie siły na wojnie z ZSRR? Osobiście wiele lat temu byłem jednym z prowodyrów afery związanej z Westerplatte, gdzie z kumplem w opisach niemieckojęzycznych zauważyliśmy brak informacji, z kim właściwie polska załoga bohatersko walczyła we wrześniu 1939 roku. Ależ to była ruchawka i zrzucanie winy z jednych na drugich w ramach miejskich instytucji.
Wracając do wystawy, jej bohaterami są młodzi mężczyźni wcieleni przymusowo lub dobrowolnie do Wehrmachtu w ramach zaciągu z Volkslisty, którzy rokowali wg niemieckich władz, że będą mniej lub bardziej gorliwie ustanawiali nowy porządek, zwłaszcza w środkowej i wschodniej Europie. W kontrowersyjnym niemieckim serialu „Nasze matki, nasi ojcowie” autorzy ukazali ciężki los niemieckiego wysiłku wojennego, co wywołało spodziewany efekt, bo serial miał nad Renem ogromne powodzenie. W końcu można było zrzucić z siebie chociaż część uwierającego od dziesięcioleci dyskomfortu moralnego. Przy okazji serial sugerował, że Armia Krajowa działała wg hasła: Żydów nienawidzimy tak samo jak Niemców. „Polskie obozy koncentracyjne” są już tylko realną tego konsekwencją. Nie trzeba dużej wyobraźni, żeby zauważyć w gdańskiej wystawie swoistą kontynuację kontrowersyjnego serialu. Nasze matki, nasi ojcowie, są też w końcu i nasi chłopcy. Mający w rodzinie Polaków i Niemców młody Kaszub Jurgen, Oskar, Josef czy Herman szedł na wojnę i naparzał z karabinu we wszystko, co polskie, żydowskie, a później ruskie. Temat bardzo niebezpieczny w ramach otwartej wystawy, w której siłą rzeczy krótkie opisy przy eksponatach nie są w stanie oddać szerokiego kontekstu wydarzeń. Nieoczytany turysta, w tym ten zagraniczny, wchodzi, czyta, ogląda i wychodzi z przeświadczeniem, że Polacy byli w Wehrmachcie i tę wiedzę zawiezie do domu.
Faktem jest, że w wielu przypadkach były to osobiste tragedie, prowadzące do rozdarcia, dramatów, często do dezercji. W zdecydowanej większości ci ludzie brali jednak na siebie, to co im przyniósł los i karnie wykonywali rozkazy. Tylko czy do nas, Polaków, należy analiza losów żołnierzy okupanta, czy jednak los polskich chłopców, którzy w regularnej armii i w partyzantce walczyli o wolność? To o nich można powiedzieć, że byli i w zbiorowej pamięci są wciąż NASI, co w tym świetle każe mi uznać tytuł wystawy za świadomą i paskudną prowokację. Jeśli „nasi chłopcy” to ci, którzy walczyli w mundurach Wehrmachtu, to kim byli ci z AK, NSZ, BCh czy II Korpusu Andersa? Musimy najpierw dowiedzieć się więcej o nas samych, o naszych postawach i losach, o tym, jak ludzie starali się przetrwać, ale z polskiej perspektywy. Dopiero na tym tle można wprowadzać światłocienie historii. Oburza mnie finansowanie z pieniędzy polskiego podatnika pokazywania historii z punktu widzenia okupanta i wnikanie w pobudki kierujące szeregowymi wykonującymi rozkazy pruskich generałów. My, Polacy, mamy obowiązek opowiadać najpierw o nas, uwypuklać i budować na wojennej gehennie aksjologiczne fundamenty naszej wspólnoty narodowej.




