Wywiady

Legenda Długich Ogrodów znika z mapy. „Kurde Blaszka” potrzebuje pomocy

Przez ponad trzydziestu lat był to punkt stały na mapie Gdańska. Sklep „ANIS” przy Długich Ogrodach, powszechnie znany jako „sklep u Kurde Blaszki”, przestał istnieć. W piątek, trzynastego, drzwi zamknięto na cztery spusty. Miała to być pogodna opowieść o emeryturze, okazała się dramatem osoby, która przez całe życie pomagała innym, a dziś sama została z niczym.

Sklep „ANIS” przy Długich Ogrodach, powszechnie znany jako „sklep u Kurde Blaszki”, przestał istnieć.

Kuba Tarkowski: No, kurde blaszka! Karolina? Beata? Nic już z tego nie rozumiem! Jak Pani naprawdę ma na imię?

Kurde Blaszka: W papierach mam Beata, ale uwielbiam imię Karolina, którego używam od ponad trzydziestu lat.

KT.:
A wszyscy znają Panią jako Kurde Blaszkę…

KB.: No tak, mało kto wie jak rzeczywiście mam na imię.

KT.: Skąd zatem wzięła się ta Kurde Blaszka?

KB.: Z pracy, aby nie przeklinać. A poza tym z filmu Rejs, w którym pojawia się kilkakrotnie.

KT.: To w pracy często miała Pani ochotę przeklinać?

KB.: Nie, nie często. Lubiłam tę pracę.

KT.: W piątek – nomen omen – trzynastego, po trzydziestu latach, Pani sklep przy Długich Ogrodach został zamknięty… Dlaczego? Co się stało?

KB.: Emocjonalnie to był mój sklep, formalnie należał do szefa. A szef od kilku miesięcy nie zapłacił nam ani grosza, to nie mogło trwać dłużej.

KT.: Nam, czyli?

KB.: Hani oraz mi. Miałyśmy znakomite relacje, jedna wiedziała, jak pomóc drugiej, co podpowiedzieć. Poza nami przewinęło się tam jeszcze kilka osób, lecz nikt nie wytrzymał presji tej pracy i nikt nie miał wystarczającej znajomości tematu.

KT.: Jaki to temat?

KB.: W moim przypadku hydrauliczno – przemysłowy. A ja w hydraulice czułam się doskonale; wiedziałam, co z czym skręcić, co czym zastąpić i jak pomóc człowiekowi, który miał problem.

KT.: Skąd Pani to wszystko wiedziała? Ma Pani takie wykształcenie?

KB.: Nie. Wszystkiego nauczyłam się sama. Mam smykałkę do hydrauliki. Lubię kombinować, czasem klient mógł zobaczyć jak odpływam zza lady i wyobrażam sobie wyzwanie, z którym przyszedł. A po chwili przypływam z gotowym rozwiązaniem… (śmiech).

KT.: I to wystarczało…

KB.: Wystarczało. A nie było w tamtych czasach Internetu i filmików na Youtubie serwujących recepty na wszystko. Oczywiście, doświadczenie zawdzięczam też wielu, wielu latom pracy i tysiącom rozmów z klientami. Dla mnie ważny był każdy człowiek za ladą i każdy problem, z którym przyszedł. Próbowałam pomóc, znaleźć rozwiązanie, nie zrujnować gościa i nauczyć go czegoś na przyszłość. Jednemu mówiłam nie rób tego, a drugiemu – zrób tamto. I to się sprawdzało.

Karolina Zelewska – fot. Natalia Olszewska

KT.: Jak trafiła Pani na Długie Ogrody?

KB.: Zaczęłam od pracy w Gildii, sprzedawałam… staniki. Szybko jednak odeszłam stamtąd, bo właściciel straganu miał do mnie „lepkie ręce”. Vis-à-vis bielizny damskiej było stoisko hydrauliczne, którego szef zauważył, że potrafię dobrze nawiązywać kontakty z klientami i zatrudnił mnie. Po trzech latach Gildię zamknięto, więc szef wynajął lokal przy Długich Ogrodach.

KT.: Mieszka Pani gdzieś w pobliżu?

KB.: Nie, jestem bezdomna.

KT.: Bezdomna? Jak to bezdomna?

KB.: Dziadek wyrzucił z domu moją mamę i mnie, załatwił wymeldowanie, w dowodzie osobistym nie miałam adresu. Nie mam domu, wynajmuję mieszkania, to tu, to tam, ale nie przy Długich Ogrodach. Zawsze jednak odnosiłam wrażenie, że Długie Ogrody są mi bliższe, niż kolejne wynajmowane kwatery. Znałam tam wszystkich i wszyscy mnie znali. Rozmawiałam z ludźmi, wiedziałam o ich problemach, nie tylko hydraulicznych; wielu przychodziło do mnie, aby pogadać. Czasem mój kantorek zamieniał się w konfesjonał lub gabinet psychoanalityka.

Miałam zajefajne kontakty z klientami, śmiałam się i płakałam z nimi. Pamiętam setki twarzy i historii, mam do nich pamięć. Miałam klientów, którzy przyszli za mną jeszcze z Gildii, przyjeżdżali do mnie z całego Gdańska, a nawet spoza. Przyjeżdżali coś kupić, o coś zapytać, o czymś porozmawiać. Jedni kierowali do mnie drugich i tak to się toczyło.

KT.: Nieprzypadkowo Pani zdjęcie wygrało konkurs „Twarze Gdańska”…

KB.: Bez przesady, zajęło trzecie miejsce. A czy nieprzypadkowo? Nie wiem, do dzisiaj zastanawiam się, czy sesja nie została ukartowana.

KT.: W jaki sposób?

KB.: Jedna z klientek zaprosiła mnie do pizzerii przy Długiej i nagle – niby zupełnie przez przypadek – przechodziła obok jej znajoma fotografka, Natalia Olszewska. O! Natalia! Chodź, zrób Karolinie zdjęcie – zawołała. Było mi bardzo miło, gdy dowiedziałam się, że mój portret znalazł się wśród nagrodzonych. Przez pewien czas wisiał w Forum, a potem trafił do Muzeum Gdańska, które zorganizowało ten konkurs. Chyba nigdy w życiu nie byłam tak zaskoczona, jak wtedy.

KT.: A czy zdarzyło się, że jakiś klient zaskoczył Panią takim problemem, iż poczuła się Pani bezradna?

KB.: Nie, nie pamiętam takiej sytuacji.

KT.: Za to ja pamiętam, jak przyszedłem kiedyś kupić solniczkę, a ponieważ nie było, więc ofiarowała mi Pani swoją, z zaplecza. A przecież nie znaliśmy się wtedy, byłem jednym z setki anonimowych klientów.

KB.: Ale był Pan jedynym, który tak autentycznie zmartwił się, że nie może kupić solniczki dla teściowej… (śmiech). Też to pamiętam. Musiałam Pana uratować… (śmiech).
Całe dnie spędzała Pani przy Długich Ogrodach, a co robi Pani po pracy? Od piętnastu lat gram w Farmeramę, od szesnastu mam kota, dostałam go na receptę.

KT.: Na receptę?

KB.: Tak, miał uchronić mnie przed czarnymi myślami, które chodziły mi wtedy po głowie. I uchronił skutecznie. Ruduś i Farmerama pozwalają mi zapomnieć o wszystkich zmartwieniach. A ja coraz bardziej tęsknię za tą pracą, za tymi ludźmi. Mam nadzieję, że będą pamiętali, jaka byłam i, że zawsze chciałam im pomóc.

Kot pani Karoliny.

KT.: Co Pani teraz będzie robiła?

KB.: Nie wiem. Zaczyna brakować mi pieniędzy. Szef nie płacił mi przez kilka miesięcy, więc niestety zadłużyłam się w Providencie. Zarejestrowałam się jako bezrobotna, szukam pracy, lecz niestety bezskutecznie.

KT.: Bezskutecznie? Z Pani doświadczeniem?

KB.: A kto o nim wie? Zresztą może mój wiek już nie ten… Jestem zdruzgotana. Nie mam kasy na mieszkanie, z trudem wystarcza na jedzenie, przestałam kupować lekarstwa. Jedna z klientek wpłaciła mi sto złotych na konto, druga dała gotówkę do ręki, zrobiłam zakupy i wysłałam im paragony, lecz nie chcę żebrać, zależy mi na uczciwej pracy. Chcę utrzymać się na powierzchni.

Od redakcji:
Po trzydziestu latach pracy, z głową pełną wiedzy o hydraulice i sercem otwartym na ludzi,  Pani Beata została postawiona przed ścianą. Kobieta, która potrafiła rozwiązać każdy techniczny problem, dziś potrzebuje pomocy w rozwiązaniu swojego największego życiowego kryzysu. Jeśli ktoś z Państwa poszukuje pracownika uczciwego, niezwykle komunikatywnego i obdarzonego niezwykłą „smykałką”, Pani Beata czeka na propozycję uczciwej pracy.

Wywiad z „Kurde Blaszką” przeprowadził Kuba Terakowski

Dodaj opinię lub komentarz.