Historia

W drodze na Księżyc cz. 1

Zanim Neil Armstrong postawił pierwszy krok na Księżycu, musiał zmierzyć się z ziemską rutyną: ostatnim śniadaniem, dopasowaniem skafandra i  sprawdzaniem 418 przełączników w kabinie.

Paul Calle był jednym z artystów, do których zwróciła się NASA, by dokumentował misję Apollo 11. Calle szkicował i niektóre z jego szkiców są naprawdę piękne. Ale jego najsławniejsze szkice powstały w czasie ostatniego śniadania astronautów 16 lipca 1969, tuż przed startem. W którymś momencie Mike Collins przerwał posiłek i podszedł do niego, by spojrzeć, co tam powstaje. Calle wspominał to jako coś wyjątkowego: astronauta miał zaraz lecieć na Księżyc, a przyszedł, by popatrzeć na jego szkice.

Rysunek Paula Calle’a, śniadanie astronautów

Śniadanie składało się ze steku, jajek, tostów, soku i kawy. Okienko startowe zaczynało się o 8.32, astronauci wstali więc o 4 nad ranem, Szybkie golenie, prysznic i zbiórka w pokoju ćwiczeń, gdzie dokonano kilku pomiarów fizycznych, takich jak waga i temperatura. No i potem to śniadanie, na które przewidziano 23 minuty. Astronauci zachowywali się tak, jakby latali na Księżyc codziennie i nic ciekawego tego dnia nie miało ich spotkać.

Po śniadaniu panowie wrócili do pokojów, by umyć zęby i sprawdzić, czy wszystko spakowali, a co miało wrócić do Houston. Collins pożegnał się z żoną (a raczej jej fotografią), zastanawiając się, czy kiedykolwiek ją jeszcze zobaczy. A potem było ubieranie skafandrów. Rzeczą najważniejszą w tej czynności było jak najszybsze rozpoczęcie oddychania w akwarium hełmu. Astronauci zaczęli oddychać czystym tlenem, oczyszczając organizm z pęcherzyków azotu. W module dowodzenia na platformie startowej nie ma czystego tlenu (jest 60 na 40), ale gdy rakieta wspina się wyżej, mieszanka ucieka przez otwór wentylacyjny i cały moduł wypełnia się czystym tlenem. Załoga już wtedy musi być dostosowana do takiego oddychania.

Po założeniu skafandrów panowie ruszyli do furgonetki. Każdy z nich podłączony był do przenośnych zbiorników z tlenem i może pamiętacie, jak nosili je w ręku, niczym walizki. Szli długimi korytarzami zapchanymi ludźmi. To byli wszyscy ci, którzy tworzyli program Apollo, a których nigdy nie poznali. Setki osób, a była to tylko część, od których zależało ich życie. Przyszli życzyć im szczęśliwej podróży. Ale Collins pisze, że w hełmie nic nie słyszał, oprócz trzeszczenia dziwacznych kaloszy i syku tlenu.

A na zewnątrz telewizje, ostre światła, armia kamerzystów i fotografów. Ostatnia okazja do zrobienia zdjęć. Collins trzymał jeszcze prezent dla szefa platformy startowej, bo należało to do rytuału startowego. Guenter Wendt był zapalonym wędkarzem. Astronauta miał dla niego najmniejszego pstrąga, jakiego mógł znaleźć, przymocowanego do tabliczki z napisem „Trofeum Guentera” i zastanawiał się, kiedy ten podarek w torebce wyleci mu z rąk (rękawiczek).

16 lipca 1969 roku, od prawej: Neil Armstrong, Michael Collins i Buzz Aldrin idą do furgonetki, która zawiezie załogę na platformę startową w Centrum Kosmicznym im. Kennedy’ego; źródlo: Navy Times

Była godz. 5.30 czasu Houston, a przejazd na platformę startową liczył 12 km. Tego dnia załoga nie musiała martwić się o korki. Droga była idealnie czysta, przygotowana dla nich. Dzień był pogodny i zapowiadał się skwar. W nocy rakieta Saturn V prezentowała się pięknie. Michael Collins opisywał ją jako naszyjnik z opalu i srebrna. Delikatnie lśniła na tle czarnego nieba. Ale rano była już tylko solidną maszyną, wyższą niż długość boiska futbolowego, monstrum. Przy niej stała wieża serwisowa, zaprojektowana do obsługi rakiety do ostatnich sekund przed startem.

Stanowisko, dotąd pełne ludzi, teraz było puste. Astronauci wsiedli do windy i poszybowali do góry w kierunku modułu dowodzenia. Moduł dowodzenia to ścięty stożek   na samej górze rakiety. Miliony ludzi to obserwowały, ale Armstrong, Aldrin i Collins uświadomili sobie, że już są bliżej Księżyca niż te miliony, już nie mogą dotknąć Ziemi.

Tablic pamiątkowa przed Rocket Center, Centrum Lotów Kosmicznych w Huntsville, Alabama

Pierwszy wszedł do Columbii Neil Armstrong, potem Collins i Aldrin na końcu. Nie było w czasie misji przydzielonych miejsc do astronautów. Podczas startu z reguły pilot zajmował miejsce w środku, ale na środkowym był trenowany Aldrin, więc on tam usiadł. Dowódca siedział w czasie startu na lewym fotelu, bo miał koło siebie dźwignię przerwania. Dowódca lotu był odpowiedzialny za jego przerwanie podczas startu, gdyby doszło do sytuacji zagrażającej życiu.

No, więc Armstrong wszedł, a Collins wręczył Guenterowi upominek w postaci pstrąga. Jak już wszyscy się ulokowali (2 i pół godziny do startu), nastąpiło sprawdzenie pozycji 418 przełączników. Kręcił się wtedy tam jeden ludek, który to robił. Zresztą zawsze się kręci. Gdy ludek (Fred Haise) zamknął właz, astronauci mieli czas, by sami pobawić się przyciskami, sprawdzić obwody, szczelność i prawidłowe ustawienie przyrządów sterujących.

Collins musiał sprawdzić, czy jest otwarty dopływ wodoru i tlenu do ogniw paliwowych, czy pracuje magnetofon, czy system elektryczny jest sprawny i czy są prawidłowo podłączone akumulatory. Tego za dużo nie było, więc myślał. Myślał o tym, jeśli koledzy zostaną na Księżycu, on ma szansę wrócić, choć nie ma żadnej pewności, absolutnie żadnej, że uda im się w ogóle wylądować i wrócić.

Moduł dowodzenia „Columbia” na wystawie w Muzeum Lotnictwa w Seattle, fot. Greg Gilbert/The Seattle Times

Moduł dowodzenia „Columbia” Apollo 11 znajduje się w Narodowym Muzeum Lotnictwa i Przestrzeni Kosmicznej (National Air and Space Museum) w Waszyngtonie. Żadne biuro turystyczne nie robi wycieczek do tego muzeum. Jak można nie robić? Tam są prawdziwe skarby, chociażby samolot Charlesa Lindbergha, samolot braci Wright, czy statek Johna Glenna, który jako pierwszy okrążył Ziemię. Stała i Enola Gay, ale bombowca przeniesiono. Jedenaste najchętniej odwiedzane muzeum na świecie. Niestety, jeszcze tam nie byłam, więc zdjęcie Columbii jest z Wikimedii Commons.

Start Saturna V z Columbią odbył się w kierunku wschodnim, co miało na celu wykorzystać prędkość obrotową Ziemi. Zatem na dzień dobry prędkość Saturna wynosiła 1450 km/h. Astronauci nic nie widzieli za oknami – aż do trzeciej minuty po starcie. W tym momencie uruchamiał się system ucieczki i odlot od rakiety nośnej. Wtedy odlatywała też osłona na okna.

Start Apollo 11; źródło: newyorker.com

Astronauci byli bardzo spokojni czekając na odliczanie. Collins pisze, że bardziej był podekscytowany przy locie Gemini 10, a tu spokój, jakby codziennie latali na Księżyc. Columbia miała ok. 3 m wysokości i 4 m średnicy podstawy. Siedzenia miały możliwość amortyzowania ewentualnego uderzenia w twardą powierzchnię. No, jakby walnęli tym w Księżyc, to i tak nic by to nie pomogło, bo by nie wrócili na Ziemię. Główny panel przyrządów był ponad głowami, bo leci się nogami do przodu. Po bokach też panele (sterujące). Na środku pod butami Aldrina znajdowało się wyposażenie nawigacyjne, sekstant, teleskop oraz przejście do tunelu prowadzącego do modułu księżycowego. Pod fotelami przestrzeń do spania – zamknięte hamaki, szafki z żywnością, ubraniami i sprzętem pomocniczym.

W takim module wykorzystany jest każdy centymetr kwadratowy, a całe ściany pokryte są rzepami (Velcro) do przyczepiania różnych rzeczy, by nie latały po kabinie Można również przyczepiać notatki.

Fragment rakiety Saturn V (jest cała, ale nie zmieściła się na zdjęciu), która wynosiła moduł dowodzenia na orbitę, w Centrum NASA w Houston

Dźwignia przerwania to pokrętło. Gdyby Armstrong obrócił je o 30 stopni w lewo, trzy rakiety nad głowami astronautów oderwałyby moduł dowodzenia od modułu serwisowego (w którym był lądownik Eagle) i od całej rakiety, gdyby jeszcze była. Trochę kiepsko, gdyby stało się to przypadkowo albo w momencie, gdy na Ziemię już wrócić nie można. A Armstrong miał napchane kieszenie lewej nogawki i Collins z przerażeniem zauważył, że ta nogawka jest niebezpiecznie blisko pokrętła. „Jezu, już widzę te nagłówki: Lot na Księżyc kończy się w oceanie. Nieoficjalnie kierownictwo programu mówi o błędzie załogi. Ostatnim słowa Armstronga przez radio było „Szlag!”

Armstrong musiał trochę powciągać tę kieszeń. Nastąpił wielki moment, czyli odliczanie do zera. Na 9 sekund przed startem włączyło się 5 silników. Dokładnie o czasie zero uchwyty rakiety zwolniły się. Nastąpiła seria spazmatycznych wstrząsów. Nikt z załogi nie czuł uniesienia z powodu opuszczenia Ziemi.

Moon Shot, niestety, był nieczynny, Rocket Center w Huntsville, Alabama

Symulator, który widzicie na zdjęciu (Moon Shot) wystrzeliwuje ochotników na wysokość 43 metrów w 2,5 sekundy, podczas czego doświadczają oni przeciążenia 4 G (cztery razy większego niż siła grawitacji), a następnie 2-3 sekund stanu nieważkości w swobodnym spadku. Astronauci takiego właśnie przeciążenia dostają podczas startu (dokładnie 4,5 G). Niestety, Moon Shot był nieczynny w kwietniu 2024 i żałowałam bardzo, ale za to czynny był symulator obok, czyli G-Force Accelerator. To była wirówka z przeciążeniem 3 G (trzy razy większe niż siła grawitacji). Wrażenie niesamowite, naprawdę kosmiczne, każdemu polecam. Podniesienie ręki staje się wyzwaniem, a usta i policzki uciekają za uszy.

Osiągnięcie 4,5 G oznaczało, że zbiorniki pierwszego stopnia są już opróżnione i nastąpi ich odstrzelenie. Za to uruchomiły się następne w liczbie 5, co zaskutkowało kolejnymi wstrząsami. W tym momencie rakieta była już poza zakłóceniami atmosfery. Ten drugi stopień wyniósł rakietę na wysokość 160 km. Jeszcze jest jeden, ale póki co odleciała rakieta systemu ucieczki wraz z osłoną na okna. Dopiero wtedy astronauci widzą, co dzieje się za oknem. W zasadzie widzą wszystko na czarno, bo i tak lecą do góry.

Po 9 minutach wyłączył się drugi stopień, nastąpił chwilowy moment nieważkości, a potem trzeci stopień i znowu wgniecenie w fotel, ale doznania w sumie trochę inne, bo ten trzeci stopień jest brzęczący i wibrujący. Po kolejnych 2 min. i 40 sek. Columbia znalazła się na orbicie. Teraz można było popatrzeć, jak piękna jest Ziemia. Przez dwie i pół godziny astronauci wisieli głowami do Ziemi. To był czas na przygotowanie maszyny do opuszczenia orbity okołoziemskiej i skok w kierunku Księżyca.

Redstone Arsenal

Krótka dygresja – Redstone Arsenal to baza Armii Stanów Zjednoczonych położona w Huntsville w Alabamie, kluczowy ośrodek dla amerykańskiego wojska, agencji obronnych i programów kosmicznych. Centrum szkoleniowe FBI. Tu działali niemieccy naukowcy rakietowi (w tym Wernher von Braun) w ramach Operacji Paperclip. Pracuje tu 40 000 ludzi. No, więc tu projektuje się i testuje pojazdy kosmiczne.

Dwie i pół godziny Columbii na orbicie okołoziemskiej było przewidziane na sprawdzenie wszystkich przełączników i regulatorów przed odpaleniem w kierunku Księżyca, a zwłaszcza nawigacyjnych. Fizjologicznie dosyć wrażliwy czas z powodu szalejącego błędnika. Astronauci musieli ograniczać ruchy głową i słuchać swojego żołądka. Szczególnie Collins, ponieważ był on jedynym przeszkolonym w wykonywaniu manewru transpozycji i dokowania, czyli obrócenia Columbii o 180 stopni i połączenia przodem z modułem księżycowym. W zasadzie większość czynności musiał on wykonać.

Na godzinę przed przejściem na orbitę transferową do Księżyca Collins otrzymał z Houston długi algorytm opisujący powrót do domu na wypadek jakiejś katastrofy po przejściu na tę orbitę. Wszyscy astronauci ubrali hełmy i rękawice – jako środek ostrożności, gdyby przy przejściu moduł dowodzenia uległ uszkodzeniu (ciśnienie). Ponoć nie bardzo miało to sens, bo uszkodzona kabina oznaczała obrażenia u ludzi, ale procedury to procedury.
Pozwolenie na odskoczenie w kierunku Księżyca przyszło nad zachodnią Australią. Za Australią był (i cały czas jest) Pacyfik i to oznaczało utratę łączności, ale tym razem nad oceanem krążyły specjalnie wyposażone transportowce odrzutowe jako stacje przekaźnikowe. Gdyby coś wtedy nie wyszło, to do powrotu na Ziemię zostałyby użyte silniki modułu serwisowego.

Ziemia w momencie, gdy misja Apollo 11 zmierzała w kierunku Księżyca, 16 lipca 1969 r.; źródło: NASA

Nastąpił gwałtowny przechył i wspinanie się do góry. Trochę trzęsło. Prędkość 35 579 stóp na sekundę. Collins pomyślał, że w ciągu 3 godzin od startu znaleźli się na wysokości 20 000 km, a tłum, który obserwował start na przylądku, pewno stoi jeszcze w korkach na autostradzie. Po zmianie kursu nastąpiło przygotowanie do transpozycji i dokowania.

Ale w tym miejscu muszę zrobić kolejną dygresję, by pokazać, jak zbudowana jest rakieta wynosząca moduł dowodzenia na orbitę.

cdn

Anna Pisarska

Na podstawie:

Michael Collins „Niosąc płomień. Podróże astronauty. Książka pilota modułu dowodzenia Apollo 11”, Wyd. Astra  2019

Dodaj opinię lub komentarz.