Wielki Pożar Chicago 1871: Czy ogień spadł z kosmosu?
Czy zwykła krowa mogła doprowadzić do jednej z największych katastrof w historii USA, czy może prawda jest znacznie bardziej niepokojąca i sięga głębokiego kosmosu? 8 października 1871 roku Chicago i sąsiednie stany stanęły w ogniu w sposób, którego nauka do dziś nie potrafi jednoznacznie wyjaśnić. Czy wiedzieliście, że flaga Chicago upamiętnia katastrofę, która zmieniła oblicze nowoczesnej architektury? Zapraszam w podróż do nocy, w której płonęło nawet powietrze, a zgliszcza dały początek erze drapaczy chmur.
8 października 1871 r. krowa należąca do Patricka i Catherine O`Leary w Chicago czekała na wieczorny udój mleka. Czekała, czekała, aż zniecierpliwiona machnęła nogą i przewróciła lampę naftową. Obora zajęła się ogniem, potem kolejne zabudowania. Chicago liczyło wówczas 300 000 mieszkańców, a w architekturze dominowała drewniana zabudowa.

Straż pożarna ruszyła na ratunek, ale zaczęły napływać meldunki o kolejnych pożarach. Wydawało się, że ogień przeniósł się na sąsiednie domy, jednak pożary powstawały w różnych częściach miasta. Uszkodzeniu uległy również murowane budynki: ratusz, opera, teatry, fabryki, hotele, galerie sztuki. 3 mln książek miejskiej biblioteki spłonęło. Pożar pozbawił dachu nad głową 100 000 mieszkańców, 300 zginęło, spaleniu uległo 18 000 domów, a opanowanie żywiołu zabrało 3 dni.
Łączne straty szacowano na ówczesne 222 mln zł. Szok był tak wielki, że pożar znalazł swoje miejsce na fladze miasta i do dzisiaj symbolicznie tam widnieje. Ocalała wapienna wieża ciśnień z 1869 i cały czas jest świadkiem tamtych wydarzeń. Warto odnotować, że Chicago po tej klęsce odbudowało się w zupełnie innym stylu. Tak zaczęła się era drapaczy chmur.

Co dziwne, w tym samym czasie płonęło miasteczko Peshtigo w stanie Wisconsin. Miejscowa rzeka zapełniła się zwłokami. Martwi ludzie, nawet bez śladów spalenia, znajdowani byli również na drogach. Peshtigo w Wisconsin zapaliło się w kilku punktach jednocześnie. Suchy i gwałtowny wiatr uczynił z tego ścianę ognia. Dwie godziny i miasta nie było. Gorącym powietrzem nie dało się oddychać. Wielu mieszkańców wskakiwało do lodowatej rzeki, gdzie tonęli lub umierali z hipotermii. Są znane relacje opisujące te wydarzenia jako apokalipsę, „tornada ognia”, porywające wszystko do góry. Płonęło powietrze, ptaki płonęły w powietrzu. Ludzie stali w wodzie, a na ich głowy sypały się iskry. A także konie i krowy wskakujące w panice. Zginęło ponad 1200 osób.

Ksiądz Peter Pernin wspominał, że „ogień poruszał się tak szybko, że ludzie ginęli w połowie kroku”. Istnieje relacja o ojcu, który nie widząc drogi ucieczki, podciął gardła swoim dzieciom, by oszczędzić im cierpienia w płomieniach. A na Półwyspie Door grupa mieszkańców zgromadziła się w kaplicy pod wezwaniem Matki Bożej Dobrej Pomocy. Kaplica pozostała nienaruszona, co do dziś uznawane jest za cud. Słońce przez wiele dni nie świeciło, w sensie: było niewidoczne.

W mieście znajduje się Muzeum Straży Pożarnej (Fire Museum) oraz Cmentarz Ofiar Pożaru z masowym grobem 350 ciał. W Peshtigo jednak nie było krowy. W dodatku tego samego dnia płonęły 22 miasta w stanach Wisconsin, Michigan, Iowa, Minnesota, Indiana, Illinois. Wszędzie pożary. Ci, którzy przeżyli, twierdzili, iż nastąpił huk i ogień spadł z góry. Niektórzy zmarli natychmiast, oddychając tylko gorącym powietrzem, co sugerowało poparzenie dróg oddechowych lub zatrucie.
Krowa jako przyczyna nie mogła się obronić. Ustalono bowiem, że nie było jednego ogniska żywiołu. Zgłoszenia o ogniu napływały z różnych stron jednocześnie. Na okołomiejskich drogach znajdowano ciała ludzi bez zewnętrznych śladów poparzeń. Sygnały płynęły również z innych stanów – dokładnie tej samej nocy.

Oczywiście, szukano przyczyny tak gwałtownego pożaru. Susza, wysoka temperatura, silny wiatr, ale to nie tłumaczyło wielu spalonych jednocześnie miast i miasteczek. Postawiono tezę, że ogień przyszedł z kosmosu, że był to silny deszcz meteorów, który przeszedł wówczas przez kontynent amerykański. I tu robi się naprawdę ciekawie. Bo skąd się wzięły te meteory?
Skąd wzięły się meteory, które spaliły Chicago i wiele innych miejscowości?

W marcu 1772 roku dwaj Francuzi: Jacques Leibax Montaigne i Charles Messier zauważyli pewną kometę. W grudniu 1805 jej ponowny przelot zarejestrował astronom Jean-Louis Pons. W lutym 1826 austriacki astroamator major Wilhelm baron von Biela ustalił, że to kometa okresowa. Od tego czasu nazywano ją kometą Bieli (3D/Biela). W tym czasie znano tylko dwie komety okresowe: Halleya i Enckego, więc też ich za bardzo jeszcze nie szukano, choć przypuszczano, że musi być takich obiektów więcej.
Sensacja nastąpiła na przełomie roku 1845/1846, bo na oczach obserwatorów kometa rozpadła się na dwie części. Nastąpił podział jądra i każde rozwinęło warkocz. Ze zniecierpliwieniem więc oczekiwano powrotu komet w 1852. Dwie komety pojawiły się zgodnie z tym oczekiwaniem, ale już były bardziej oddalone od siebie. Kolejny miał być rok 1859 i… nic. Nic nie przyleciało. Tak samo w 1865. Uznano, że dziwnym trafem kometa „zgubiła się”. Została uznana za kometę zagubioną.

W kolejnym roku, czyli 1872, w tej części nieba, gdzie zguba miała się pojawić, nastąpił obfity i jasny deszcz meteorów – 3000 na godzinę. Rój pojawiał się w kolejnych latach (okresowo, zgodnie z okresem obiegu Bieli), ale coraz słabszy. Jeszcze w 1885 odbył się niezwykły spektakl z meteorami (kilkadziesiąt tysięcy na godzinę), ale potem było już tylko słabiej.

No, dobrze, ale Chicago spłonęło w 1871. Astronomowie przypuszczają, że kometa ulegała dalszemu podziałowi. Odłamki z jednej części musiały zmienić kurs i weszły w atmosferę ziemską rok wcześniej. W 1872 natomiast wspomniany rój meteorów był owocem rozpadu tej części, która zachowała pierwotną trajektorię.
Chicago po pożarze podnosiło się (tylko) 3 lata. Ogień musiał sam zgasnąć, bo nic nie było w stanie go zatrzymać. Wtedy nastąpił boom budowlany i powstał styl zwany „Szkołą Chicagowską”. To jest początek ery drapaczy. Stalowa (szkieletowa) konstrukcja, „chicagowskie okna” (trójdzielne z dużą taflą pośrodku), trójpodział elewacji (w podstawie duże witryny, wyżej powtarzalne piętra biurowe i ozdobny gzyms, czasem attyka), duże zastosowanie terakoty i wapienia.

Wstrząśnięte Chicago umieściło Wielki Pożar na swojej fladze, druga gwiazda go symbolizuje. Pierwotna flaga z 1917 r. miała tylko dwie gwiazdy: Światową Wystawę Kolumbijską i Wielki Pożar, potem dodano jeszcze dwie. Każda gwiazda ma 6 ramion, które niosą ze sobą pewną symbolikę. Te od pożaru reprezentują materialne i społeczne aspekty, które pozwoliły miastu się odrodzić i rozwijać po katastrofie: transport, pracę, handel, finanse, zdrowotność i ludność (dynamiczny wzrost mieszkańców).

Może dobrze, że kometa się rozpadła, bo jej orbity oraz Ziemi w latach 1832-1840 tak się stykały, że mogło dojść do uderzenia. Ziemia znalazła się w tym samym punkcie, co kometa, miesiąc później, czyli pod koniec listopada 1832. Prasa szalała i wieszczono koniec świata. Kto wie, co działoby się w kolejnych latach.

