Czy tęcza w malarstwie to tylko gra kolorów i estetyczny dodatek?
Sąd ostateczny Stefana Lochnera, ok. 1435 – Chrystus siedzi na tęczy i opiera nogi o tęczę.

U naszego Memlinga jest jedna tęcza, tu dwie. Także Hieronim Bosch namalował dwie na swojej wersji sądu. Symbol panowania Chrystusa nad światem i Jego miłosierdzia.

Tęcza – i o tym wszyscy wiedzą – to znak przymierza Boga z ludźmi. Pojawia się na wielu obrazach. Tęcza w malarstwie pojawiła się we wczesnym średniowieczu. Tęczowe aureole nosiły anioły i Matka Boża. Gdy zaczęły pojawiać się obrazy sądu ostatecznego, Jezus zasiadł na nich na łuku tęczowym, bo był wypełnieniem tego przymierza. „Po czym Bóg dodał: »A to jest znak przymierza, które ja zawieram z wami i każdą istotą żywą, jaka jest z wami, na wieczne czasy: Łuk mój kładę na obłoki, aby był znakiem przymierza między Mną a ziemią«”. Tak było po potopie.

Ale ciekawą rzeczą jest to, że słowo opisujące w Biblii tęczę, ma również inne znaczenie. To samo słowo oznacza również łuk wojownika. I na tej miniaturze Matthiasa Gerunga (poniżej), mamy jeźdźca z łukiem w kolorach tęczy. Jaka jest wymowa takiego podwójnego znaczenia?

Taka, że przymierze z Bogiem i jego miłosierdzie niekoniecznie wyglądają tak, jak wyobraża sobie człowiek – jako czas pokoju i dobrobytu. Bóg, by dotrzeć do człowieka, prowadzi go różnymi ścieżkami, także bolesnymi, ale zawsze po to, by wyprowadzić z jego życia dobro.

Sposobem, by zanurzyć się w kolorach tęczy, jest usiąść w świetle przenikającym przez witraże katedr. Niejako podelektować się tym przymierzem. Ale witraże nie mają tylko funkcji estetycznej – dostarczania ładnych wrażeń. Właściwie nie taki był zamysł. Witraże w świątyniach chrześcijańskich, te kolorowe szybki z różnymi historyjkami opowiadały historię świata, do którego zszedł Bóg i zawarł z nim przymierze.
przeczytaj:

