Festiwal nieszczęśliwy albo którego nie było

Wg Wikipedii Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w tym roku się nie odbył. Ten błąd potwierdza dystans, jaki należy mieć do informacji podawanych przez jedyne dla niektórych źródło informacji, ale jest to błąd znaczący, wręcz freudowski.

za: https://pl.wikipedia.org/wiki/Z%C5%82ote_Lwy

Tegoroczny festiwal był nieudany, ale nie z powodu nieporadności lokalnych organizatorów, bo ci, jak zwykle, byli profesjonalni i chętnie krzyknę, parafrazując rycerza Fulko de Lorche, który głosił wszem i wobec przewagi kobiet polskich, iż Magdalena Jacoń z Gdyńskiego Centrum Filmowego jest jedną z dwóch* najbardziej kompetentnych osób w pomorskich instytucjach kultury odpowiedzialnych za kontakty z mediami. Głos filmowego rycerza z Lotaryngii dotarł na festiwalu tylko do czterech widzów (na 1 000 miejsc), co jest negatywnym rekordem tegorocznego festu, który wyśrubował w czasach pokoju frekwencję do imponującego poziomu ok. 70 tys. widzów. Smutno się patrzyło na liczby wolnych miejsc w systemie rezerwacji, tylko dwa seanse zostały wyprzedane („Bliscy” i „Zabij to i wyjedź z tego miasta”). Festiwal miał kilka terminów, był nawet odwołany, ostatecznie odbył się w wersji online, podobno decyzję podjęto przede wszystkim w wyniku nacisku twórców. Faktycznie, możliwość przyznania nagród była jedynym argumentem, który stał za sensem organizacji tego kadłubowego, nieszczęśliwego festiwalu, obfitującego przede wszystkim w rozczarowania.

*Drugą jest Grzegorz Kwiatkowski z Teatru Wybrzeże

Festiwal dwóch prędkości

Przede wszystkim ogólnie nie rozumiem tłumaczeń, iż bezpieczniejsze od sal kinowych i teatralnych są wesela i galerie handlowe, ale to temat na inną rozmowę. Najsmutniejsze na festiwalu, obok poziomu artystycznego, było wyłączenie z pełnego dostępu czterech filmów: „Żużla”, „Magnezji”, „Sweat” i „Śniegu już nigdy nie będzie”. Czuję się wybrańcem, bo obok kilkorga przedstawicieli lokalnych mediów i nieznanej bliżej liczby mediów centralnych, mogłem obejrzeć wszystkie propozycje festiwalowe. Burzył się słusznie przeciwko wyłączeniu Tomasz Raczek, ale żadnego większego protestu nie było, dziennikarze nie tworzą już wspólnoty na bazie wartości. Nieobecność czterech filmów tłumaczono decyzją dystrybutorów, ale to mało przekonywujące. Nawet, jeśli dystrybutorzy byli niechętni, to nie zrobiono na pewno wszystkiego, by tego pęknięcia uniknąć. Najwięcej narzędzi miał do dyspozycji Radosław Śmigulski, dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej od 8 grudnia 2017 r., ale odnoszę wrażenie, że najmocniejszy obecnie i na pewno najbardziej kontrowersyjny decydent w polskim filmie nie przyczynił się do ratowania festiwalu, którego zresztą za bardzo nie poważa. Takie wnioski można było wyciągnąć podczas zoomowego spotkania „Twarzą w twarz”.

Oscar ważniejszy od Gdyni

Radosław Śmigulski nie bierze jeńców, śmiało wypowiada opinie, ma mnóstwo pomysłów i chyba ogólną wizję, której się trochę obawiam, choć, jak powiedział Śmigulski: „Nie będę robił krzywdy w trudnej sytuacji”. Nowy dyrektor zmapował ze swoim zespołem 70 tematów, którymi krok po kroku zajmuje się reformując polskie kino. Festiwal w Gdyni wg niego jest nieco archaiczny i niepełny (brakuje mu „marketu”) i generalnie powinien być podsumowaniem roku, rezygnując z funkcji kreacyjnej i jedynie narodowej. Najmocniejszym brandem w polskim kinie wg Śmigulskiego jest polski kandydat do Oscara (to odważna teza, zważywszy, że w tym roku w Gdyni został całkowicie pominięty przy podziale nagród). Dyrektor Instytutu to młody, ambitny menedżer, zafascynowany Ameryką, który wprowadza nowe spojrzenie w myśleniu o polskim kinie finansowanym ze środków publicznych. Nowe dobre pomysły to filmy mikrobudżetowe i system zachęt, z wieloma innymi zapoznamy się niebawem, które być może spowodują, że w miejsce PISF powstanie Polski Instytut Produkcji i Promocji Filmowej. Bardzo warto zapoznać się z pełnym zapisem spotkania z R. Śmigulskim tutaj.

To, co najlepsze

Subiektywnie: Wszystkie nagrody i oceny filmów 45. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

Oficjalnie: Werdykt Jury

Sho[r]t: Czy werdykt jury gdyńskiego festiwalu to skandal?

Trzy filmy zdecydowanie wyróżniały się spośród pozostałych. Wszystkie znamy z ekranów kin i dostępne są na platformach. To „Sala samobójców. Hejter”, „25 lat niewinności” i „Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa”. Niezauważenie pierwszego przez Jury budzi niesmak, a niewytypowanie go jako polskiego kandydata do Oscara to po prostu błąd – prawdopodobieństwo dotarcia filmu Szumowskiej do krótkiej listy jest jeszcze mniejsze od profesury z filozofii dla Piotra Żyły. Komasa po sukcesie „Bożego ciała” zaznaczył się już w pamięci członków Akademii, film jest uniwersalny i nadwiślański zarazem, jest szansa na realne zainteresowanie Hollywood. „25 lat niewinności” potwierdza, że najlepsze tematy przynosi samo życie, a film Kawulskiego potwierdza obecność nowego, mocnego gracza na rynku producenckim, który mógłby wyprzeć Vegę. W ostatnim przypadku wolałbym jednak więcej opowieści o gangsterach niż kiczowatych melodramatów („365” dni).

Filmy drugiego obiegu

Dystrybutorzy czterech filmów pozwolili obejrzeć je tylko jurorom i wąskiej grupie recenzentów. Podobno decyzje dystrybutorów były motywowane chęcią uzyskania większych zysków z eksploatacji i możliwością promocji na festiwalach, co nie do końca przekonuje. W oczach jurorów filmy drugiego obiegu gdyńskiego podzieliły się na zwycięzców i przegranych. „Sweat”, druga realizacja Magnusa von Horna („Intruz”), to film dla starszej młodzieży, czysty i konsekwentny formalnie, ukazuje niepokoje popularnej youtuberki, która mimo setek tysięcy followersów czuje się samotna. Kieślowski dla mało wymagających (współczesne, czytelne nawiązanie do „Krótkiego filmu o miłości”), być może dotrze do fanek gwiazd mediów społecznościowych. O „Magnezji” już wspomniałem (Sho[r]t: Najgorsza scena na festiwalu filmowym w Gdyni), to trochę western, trochę ubogi Tarantino, ale przede wszystkim rzadka na polskim gruncie próba crazy comedy. Dowcip na poziomie ludzkich twarzy w końskich odchodach przynosi nam w darze cenną dla polskiego kina deklarację Andrzeja Chyry, który po obejrzeniu braci Hudinich obiecał więcej nie pić. Dawid Ogrodnik do kolekcji cierpiętników (chory na porażenie mózgowe, chory na depresję, niewidomy nadwrażliwiec) dodał coś absolutnie specjalnego: brata syjamskiego! W filmie jest połączony z Mateuszem Kościukiewiczem, co prowadzi do najkrótszej recenzji, złośliwej, ale jak najbardziej uzasadnionej, zważywszy na stylistykę obrazu: nieszczęścia chodzą parami.

„Żużel” to zdecydowanie najgorszy film festiwalu, a zważywszy, że jest podpisany przez Dorotę Kędzierzawską, to po prostu klęska: bez scenariusza, bez dramaturgii sportowej w filmie o sporcie i najważniejsze: bez znajomości fenomenu, jakim bez wątpienia nad Wisłą jest żużel. Polacy specjalizują się w sprawach przegranych i sportach niekoniecznych: chodzie sportowym, modelarstwie i wielu tym podobnych oraz właśnie żużlu, który jest na serio uprawiany może w dziesięciu krajach. Polska liga żużlowa jest najsilniejsza i najbardziej lukratywna na świecie, popularność tego sportu można przyrównać tylko do piłki kopanej. Film ani przez chwilę nie zastanawia się nad fenomenem sportu, w którym, skręcając w prawo, jedzie się w lewo. W zamian za to dostajemy ckliwą historyjkę z Tomkiem Ziętkiem i jego loczkiem w roli głównej.

„Śniegu już nigdy nie będzie”, nasz kandydat do Oscara, nieprzypadkowo nie został zauważony przez Jury. Masażysta Żenia pracuje na osiedlu nowobogackich i nie odmawia nikomu – masuje nawet psy, w pakiecie udostępnia także swoje ciało. Galeria postaci, topowi aktorzy, metafizyka codzienności i nudna nuda. Kilka godzin po projekcji Europę zaatakowała zima, w niektórych miejscach zaspy dochodziły do czterech metrów…

Środek z niespodzianką

Wyjątkowo widoczne było Pomorze. Iwona Siekierzyńska zrobiła ujmujący film o gdyńskim Teatrze Biuro Rzeczy Osobistych założonym i prowadzonym w Gdyni przez Zbyszka Biegajło od 1998 r.  Prof. Uniwersytetu Gdańskiego, praktykujący prawnik i absolwent Studium Producentów Form Audiowizualnych przy Gdyńskim Centrum Filmowym, 43-letni Maciej Barczewski, wyreżyserował wg własnego scenariusza „Mistrza” – opowieść o legendarnym pięściarzu Tadeuszu Teddym Pietrzykowskim, który dzięki walkom bokserskim przeżył Auschwitz-Birkenau. Film potrzebny, z zapamiętaną rolą Piotra Głowackiego, ale niewychodzący ponad przeciętność, choć szlachetną, ale tylko przeciętność. Pomerania uzupełniają drugoplanowe role Piotra Witkowskiego w „Mistrzu” i Natalii Szroeder w „Jak zostałem gangsterem…”.

„Tarapaty 2” Marty Karwowskiej to ciepły film dla młodszej młodzieży. Biograficzny „Zieja” Roberta Glińskiego, prezentujący postać legendarnego księdza, to lekka reanimacja reżysera po tragicznym „Czuwaju”. Mimo że „Jak najdalej stąd” i „Bliscy” to dopiero drugie filmy Piotra Domalewskiego i Grzegorza Jaroszuka, obaj reżyserzy mają już zauważalny styl, co w sztuce jest najważniejsze. Autorskie filmy reżysera i scenarzysty „Cichej nocy” cechuje teatralność, przewidywalność i poprawność literacka, to filmy bardzo „wygodne” dla odbiorców nieszukających niespodzianek i emocji, filmy, którym nic nie można zarzucić. Grzegorz Jaroszuk, wcześniej „Kebab i Horoskop”, to z kolei filmowiec z największym w polskim kinie wyczuciem absurdu, „Bliscy” zaskakują na końcu najbardziej.

Mariusza Wilq Wilczyńskiego kochać należy i podziwiać. To wielki animator i artysta, oryginalny, dowcipny i… obezwładniający. Nie potrafię zrecenzować „Zabij to i wyjedź z tego miasta”, nie wiem, jak go plasować w polskim filmie. Artystycznie – petarda, kinowo: nie wiem (uśmiech).

Kino, które się skończyło, czyli powieje geriatrią i Filandią

Kiedyś kino w Polsce było ważne. Czołowi reżyserzy polskiej szkoły filmowej i kina moralnego niepokoju tworzyli przymierze z publicznością. Często, mówiąc językiem ezopowym, bo cenzura czuwała, mówili o rzeczach, o których mówić nie było można, a było trzeba. Co z tego, że filmy są technicznie coraz lepsze, skoro nie porywają? Oczywiście, kino powinno być różnorodne i wielogatunkowe, ale brakuje filmów, które objaśnią fenomen teraźniejszości. Po co kręcić kameralne filmy o mikro problemach, gdy na naszych oczach kończy się świat, oparty na wartościach, które były dla nas ważne? Polskie kino albo nie ogarnia semantycznie i pojęciowo rzeczywistości, albo jest po prostu tchórzliwe – możliwe jest też współwystępowanie obu powodów. Mamy właściwie tylko Smarzowskiego, którego każdy film jest ważny i porusza, teraz jeszcze Komasę, choć to trochę inny temperament i optyka, ale blisko. Od czasu do czasu jakiś pojedynczy wybryk jak „Pewnego razu w listopadzie” i to chyba wszystko w temacie „kino potrzebne”.

Beneficjenci ustawy o kinematografii są najbardziej uprzywilejowaną grupą zawodową w kulturze. Nie zginą, bo śmieciowych seriali na wszystkich stacjach telewizyjnych jest coraz więcej i roboty starczy dla wszystkich. Na salonach już od dawna nie rozmawia się o posłannictwie i sensie uprawiania sztuki filmowej, odwadze i służebności. Teraz najważniejsza jest oglądalność i promocja, nie pojawi się nowy Kieślowski, zdeprymowany propozycją zbyt wysokiego wynagrodzenia za reżyserię. Tzw. wrażliwość moralna w świecie kina zamiera. Filmowcy, zostawiając misję mówienia (prawdy) o rzeczywistości Patrykowi Vedze, są w pewnym stopniu odpowiedzialni za sytuację społeczną w Polsce. Że co? A w jakim stopniu? Że wnioski przestrzelone oraz infantylne? Chętnie porozmawiam na ten temat, tylko komu się dzisiaj chce szczerze rozmawiać o kinie polskim?

Piotr Wyszomirski, Gazeta Świętojańska 

Dodaj opinię lub komentarz.