Strefa obywatelska

Jak polityka pożarła dziennikarską solidarność

Gdy służby państwowe wchodzą do redakcji, a niezależne media trafiają na celownik władzy (chodzi o ostatni nalot policji na domy dziennikarzy Telewizji Republika), wszyscy dziennikarze powinni stanąć murem za wolnością słowa, pamiętając o starej zasadzie: „dziś oni, jutro my”. Dzisiaj jednak w polskich redakcjach panuje cisza. Jest to cisza, która grzebie mit o jakiejkolwiek dziennikarskiej misji.

Policja w mieszkaniu Tomasza Sakiewicza – szefa Telewizji Republika. Funkcjonariusze skuli jego asystentkę. fot. kadr z filmu z interwencji policji

Wielka polityka doszczętnie podzieliła media i je skorumpowała ideologicznie. Środowisko, które kiedyś potrafiło zjednoczyć się w obronie podstawowych wolności, dzisiaj przypomina dwa wrogie plemiona. Dziennikarska solidarność po prostu umarła. Zastąpiła ją prymitywna satysfakcja: jeśli aparat państwa uderza w „naszych”, krzyczymy o końcu demokracji. Jeśli uderza w „tamtych”, udajemy, że patrzymy w inną stronę, albo po cichu otwieramy szampana lub pół litra (zależy od redakcji).

Trzeba jasno powiedzieć – naloty służb czy policji na redakcje i domy konkretnych dziennikarzy to rzadko przypadek, czy rutynowe działanie prawa. Zazwyczaj jest to bezpośrednia akcja służb specjalnych albo inspiracja płynąca prosto od tego czy innego polityka, który akurat dorwał się do władzy i chce uciszyć niewygodną redakcję. Stosowanie takich metod spycha naszą klasę polityczną na dno. Nasze państwo zsunęło się na poziom krajów rządzonych przez kacyków i oligarchów. To standardy bananowych republik, gdzie prawo nie służy sprawiedliwości. Pokazuje to przerażający prymitywizm ludzi u władzy, którzy wolą rozmawiać za pomocą policyjnych kajdanek i zastraszania.

Czas najwyższy przestać brać na poważnie to, co mówią ludzie z ekranów telewizorów, komputerów czy pierwszych stron gazet. Przestańmy nazywać ich elitą. Dzisiejsi gwiazdorzy publicystyki to w większości wyrobnicy – zwykli pracownicy medialni. Są jak maszyny w fabryce, które realizują zamówienia politycznych i biznesowych bossów.

Obecnie zadaniem dziennikarzy nie jest szukanie prawdy. Ich zadaniem jest utrzymanie czytelników czy oglądaczy w bańce wściekłości na przeciwników albo zachwytu nad „swoimi”. Liczą się kliki, słupki oglądalności i święty spokój u szefa stacji czy partyjnego działacza. Money, money, money.

I w tym kontekście pojawia się jedna myśl: może to i dobrze, że nadchodzi era sztucznej inteligencji, która powoli wypiera zawód dziennikarza czy redaktora? AI nie ma politycznych sympatii, nie czuje nienawiści do konkurencyjnej redakcji i przede wszystkim nie cierpi na manię pouczania z piedestału własnej wielkości. Algorytm przynajmniej nie będzie nas oszukiwał, że walczy o wolność świata, podczas gdy w rzeczywistości jedynie przepisuje partyjne przekazy. Jeśli maszyny zastąpią obecnych pracowników medialnych, surowa informacja może na tym tylko zyskać.

Wolność prasy stała się pustym frazesem, wyciąganym z szafy, gdy grunt pali się pod nogami „naszej” opcji. Kiedy jednak ta sama władza niszczy oponentów, wszelcy obrońcy wolnego słowa nagle tracą wzrok i słuch. To jednak naiwność.

Każda władza, która bez mrugnięcia okiem używa policji, służb i prowokacji, zapomina o historii, że władza przemija. Standardy i granice, które dzisiejsza ekipa rządząca tak bezwstydnie łamie, by dopaść przeciwników, jutro zostaną obrócone przeciwko niej samej. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Rządzący, którzy budują swoje wpływy na sile i niszczeniu innych poglądów, zawsze kończą źle. Gdy karta się odwróci a odwróci się na pewno, w tych samych cichych dziś pokojach redakcyjnych nie znajdą nikogo, kto zechce podnieść głos w ich obronie. I będzie to w pełni zasłużony koniec.

Andrzej Ługin

Dodaj opinię lub komentarz.