Historia

Rocznica wybuchu gazu na Wojska Polskiego

Wybuch gazu w gdańskim bloku przy ul. Wojska Polskiego jest ostatnim wydarzeniem z serii tragicznych wypadków, które nawiedziły Gdańsk w połowie lat 90. XX wieku. Dziś 17 kwietnia 2025 mija 30 rocznica tego wydarzenia.  Przypomnijmy sobie, co dokładnie wydarzyło się po wybuchu.

Naruszony przez wybuch budynek przy Wojska Polskiego 39 w Gdańsku. fot. Krzysztof Jakubowski.

Jest 17 kwietnia 1995 roku, Poniedziałek Wielkanocny. Ludzie śpią, korzystając z dodatkowego dnia wolnego. Jedni lokatorzy wstają wcześniej, inni nieco później. Ci, którzy wstali wcześniej, poczuli w swoich mieszkaniach bardzo intensywną woń gazu. Jeden z mieszkańców przyznał w filmie dokumentalnym “Czarny serial” (prod. TVP S. A. w likwidacji), że zdziwiło go to, że… woń gazu  była silniejsza na zewnątrz, niż wewnątrz budynku. Jako pierwszy zareagował sąsiad z VII piętra, Jerzy Kowalczyk, którego obudziła żona zaniepokojona zapachem gazu. Kowalczyk zadzwonił do pogotowia gazowego. Telefon odebrano o godzinie 5:45, a wybuch nastąpił już pięć minut po tym telefonie. Blok lekko “podskoczył”, a następnie osiadł, wbijając parter oraz pierwsze i drugie piętro w piwnicę, razem ze znajdującymi się w środku mieszkańcami…

Detonację wywołała prawdopodobnie jedna z mieszkanek, która dokarmiała w piwnicy bloku wolno żyjące koty. Wychodząc do kościoła weszła do tej piwnicy i zapaliła światło. Iskra z włącznika spowodowała wybuch mieszaniny gazu i powietrza. Fakt ten był powodem wymyślenia przez kogoś niewybrednego “żartu” krążącego potem po Gdańsku. Na sprawdzonej później dokumentacji pochodzącej z gazowni było dokładnie widać nagły spadek ciśnienia gazu w instalacji, było to o godzinie 4:45. Doszło do rozszczelnienia instalacji gazowej w piwnicy. Jak się okaże – celowo. Gaz przez godzinę ulatniał się do piwnicy i poza nią.

Strażacy przyjechali na miejsce.
Początkowo sytuacja była dziwna. Na miejscu zastano gruz, meble i inne przedmioty domowe porozrzucane dookoła, budynek przechylony w stronę ul. Wojska Polskiego i częściowo zdeformowany, stojący na gruzach, tumany gęstego kurzu przypominającego mgłę i ludzi spokojnie stojących w oknach i na balkonach. Jakby zastanawiających się, co się właśnie wydarzyło… Pogotowie gazowe pojawiło się na miejscu kwadrans po wybuchu, wcześniej na miejsce dojechała policja oraz pogotowie.

Zniszczony blok to konstrukcja typu “MBY 110-Z”. Wybudowano takich ponad 200, od Redy po Elbląg. Ten konkretny miał 77 mieszkań, zbudowano go w 1972 roku. Liczba zameldowanych mieszkańców – od 172 do 177 osób. Przebywających w chwili wybuchu w budynku – około 140 osób. Ofiar śmiertelnych – 22 osoby, w tym sprawca. Wielu rannych – głównie potłuczenia, poparzenia, czy powierzchowne rany. 11 osób trafiło do szpitali. Straty materialne – olbrzymie.

Zaczyna się akcja ewakuacyjno – ratunkowa. Strażacy pomagają mieszkańcom wyjść z budynku. Część ludzi ewakuowano drabinami, część wyszła przez małe okienko klatki schodowej byłego trzeciego piętra i zeszła po kopcu utworzonym z gruzów ich domu. Strażacy musieli pomóc też starszej sparaliżowanej kobiecie i głuchoniememu mężczyźnie. Dwie pierwsze martwe osoby znaleziono jeszcze podczas przygotowywania terenu do akcji, przed blokiem.

Do strażaków zaczęli przybiegać ludzie, prosząc ich o pomoc w wydostaniu ich bliskich, uwięzionych w zawalonych kondygnacjach. Faktycznie, część ludzi dawała znaki życia. Akcja wydobywania była bardzo trudna – budynek cały czas “pracował”: trzeszczał, przechylał się. Skądś ulatniał się też cały czas gaz, a gdzieś pod gruzami wybuchł pożar, który udało się lekko zdusić po trzech godzinach. Trzeba było bardzo ostrożnie prowadzić akcję ratunkową, również po to, by uniknąć ofiar wśród strażaków i innych osób pracujących na miejscu.

Ostatnią żywą osobę wydobyto z gruzów po godzinie 9:00. Potem zaczęto znajdować już zwłoki lokatorów drugiego piętra. Rozpoczęto próby dostania się do zawalonych pięter, sprowadzono ratowników PCK z psami.

Wesprzyj naszych autorów wirtualną kawą i pomóż nam tworzyć jeszcze lepsze artykuły – każda filiżanka to inspiracja do dalszego działania!

Potrzebne było zaangażowanie wielu sił i środków technicznych, których w Gdańsku wówczas nie było. Ludzi i sprzęt sprowadzano z całej Polski. Na polecenie KCKR do Gdańska skierowano samochody – dźwigi z Komend Wojewódzkich PSP z Torunia, Bydgoszczy i Warszawy. Z Warszawy zadysponowano także samochód “Mega City”. Wysłano do akcji 45 podchorążych Szkoły Głównej SP, kadetów ze Szkoły Aspirantów w Poznaniu oraz słuchaczy ze Szkoły Podoficerskiej w Bydgoszczy, a także kursantów z Ośrodka Szkolenia PSP w Olsztynie. Z mobilną kamerą termowizyjną, wypożyczoną z Fabryki Samochodów Osobowych w Warszawie, wyjechało dwóch oficerów Komendy Głównej PSP. Z Centralnego Laboratorium Kryminalistyki wysłano pracowników z geofonem. Ustalono skład specjalnego sztabu koordynacyjnego.

Około południa budynek zaczął się coraz bardziej przechylać.
Późnym popołudniem do Gdańska przybyli: Komendant Główny Państwowej Straży Pożarnej – nadbryg. Feliks Dela oraz Główny Inspektor Nadzoru Budowlanego Andrzej Dobrucki. Po naradach późnym wieczorem ustalono, że jedynym sposobem dostania się do zniszczonych pięter i ludzi tam uwięzionych niezbędne będzie wysadzenie bloku. Po godzinie 22:00 rozpoczęto przygotowania i rozmowy ze specjalistami. Przez noc usuwano drzewa, krzewy i inne przeszkody dla ciężkiego sprzętu. Po 6:00 rozpoczęto podkładanie ładunków wybuchowych. Strażacy wynieśli też co cenniejsze przedmioty z mieszkań. A ludzie zostali po prostu z niczym. Z powodu dużego szoku spowodowanego zdarzeniem ludzie nie przebrali się w inne ubrania (duża część z nich została w tym, w czym spała) ani nie wzięli dokumentów.
“Gazeta Morska” informowała czytelników: “Tymczasowo w Hotelu Nauczycielskim zakwaterowano 30 osób, w Hotelu Garnizonowym – 24 osoby i w pensjonacie Maryla w Sopocie – 22 osoby. Inni mieszkają u krewnych i znajomych. Wyżywienie i hotele opłaca miasto”. Potem część z nich została przeniesiona z pensjonatu Maryla m. in. do hotelowca w Nowym Porcie (koszt wynajmowania pensjonatu był wysoki).

Detonację zaplanowano na wtorek, 18 kwietnia ok. godz. 13:00.
Okoliczni mieszkańcy musieli opuścić swoje domy i zostawić okna oraz drzwi otwarte, by siła eksplozji nie powybijała szyb. W “Gazecie Morskiej” zamieszczono komunikat: “(…) prosi się wszystkie osoby mieszkające w rejonie ulic: Wojska Polskiego, od skrzyżowania Szymanowskiego do Uniwersytetu, Krasnoludków, Abrahama na odcinku Polanki do Grunwaldzkiej, Głogowskiej, Drożyny, Żeglarskiej, Polanki od Abrahama do Żeglarskiej, Chełmońskiego, VII Dwór, Norblina, Gryglewskiego, Siemiradzkiego, Chrzanowskiego od Polanek do Żeleńskiego, mjr. Hubala, Rolnej, Różyckiego, Ludowej, Gomółki, płk. Wilka Krzyżanowskiego, Sygietyńskiego, Glinki, Fitelberga, Chopina, Bernarda Sychty, Karłowicza, gen. Maczka, Lipińskiego, Kisielewskiego, Nowowiejskiego, Moniuszki, Grunwaldzkiej od pl. Piłsudskiego do Uniwersytetu o opuszczenie swoich mieszkań na sygnał przekazany przez policję, pozostawienie otwartych drzwi i okien, udanie się poza rejon zagrożenia wyznaczony przez posterunki policyjne. Na czas trwania akcji zamknięty będzie wszelki ruch w rejonie. Prosimy o ścisłe stosowanie się do poleceń wydawanych przez policję i służby porządkowe”. Z obszaru tych ulic ewakuowano około trzech tysięcy mieszkańców. Jak mówił rzecznik Komendy Wojewódzkiej Policji, Wojciech Deptuła, mieszkańcy nie sprawiali podczas tego procesu większych problemów.

Detonacja nastąpiła o godzinie 12:57. Dlaczego nie o 13?
Saperzy powiedzieli dziennikarzom że to “przesąd”. Do wysadzenia bloku użyto 121.5 – 200 kilogramów ładunku wybuchowego. By nieco ograniczyć rozrzucenie odłamków, boczne ściany bloku w miejscach, gdzie założono ładunki przykryto płachtami. Zaczęło się wielkie odgruzowywanie. Nadzieję na znalezienie ciągle żywych dał wielki czarno – biały kocur który wyskoczył z gruzów około południa kolejnego dnia – miał tylko uszkodzoną łapkę. Do piwnicy dokopano się około godziny 21:00. Prezydent Tomasz Posadzki prosił w gazetach o pomoc właścicieli aut ciężarowych. W czasie największego nasilenia akcji działały 4 koparki chwytakowe, 5 ciężkich koparek i prawie 70 wywrotek. Z Wrzeszcza na wysypisko śmieci Szadółki wywieziono 1000 wywrotek gruzu. Sprzątanie trwało prawie dwie doby. Choć kierujący akcją byli zadowoleni z przebiegu detonacji, to “zwykli ludzie” mieli pretensje do dowodzących wyburzaniem i akcją ratunkową. Planowano “położenie budynku na bok”, a on po prostu rozsypał się, tworząc rumowisko o wysokości dziesięciu metrów. Z kupy gruzów wystawała “wieża” która była wcześniej szybem windy. Niestety, w rumowisku nie znaleziono żadnej żywej osoby (choć późniejsze badania wykazały, że wszyscy zginęli w następstwie wybuchu gazu).

W pomieszczeniach zajezdni (w której detonacja domu powybijała wszystkie szyby) urządzono magazyn znalezionych rzeczy. Trzeba też wspomnieć o skandalicznym występku. Podczas akcji ratunkowej dwóch mężczyzn nakryto na kradzieży. Byli to 21 letni Sławomir G. i 31 letni Tadeusz S. Usiłowali oni wynieść… bezprzewodowy czajnik, kalkulator i zegar ścienny. Obaj byli pijani. Po złapaniu zawieziono ich do izby wytrzeźwień. Co jeszcze bardziej szokuje, byli wcześniej na miejscu tragedii jako jedni z pierwszych – pracowali w pobliskiej firmie.
Również na wysypisku Szadółki grupa osób próbowała dostać się do miejsca, w którym składowano odpady z ul. Wojska Polskiego. Miejsce zabezpieczyła Straż Miejska i Policja. Teren, na którym cienką warstwą rozsypano gruz (o powierzchni dwóch hektarów) przeszukiwało 165 policjantów, strażników granicznych i żołnierzy.

Również na wysypisku, w gruzach, znaleziono zwęglone ciało i fragmenty innego – kobietę i mężczyznę. Szczątki zostały przewiezione do Laboratorium Kryminalistycznego.Tego dnia rozpoczął też pracę zespół prokuratorów Prokuratury Wojewódzkiej w Gdańsku, w skład którego weszli: Maciej Szulc, Andrzej Błażejak, Dariusz Różycki, Konrad Konratowski, a przewodził im zastępca prokuratora wojewódzkiego Jacek Spyt. Śledztwo ruszyło pełną parą. Prokuratorzy planowali m. in. wyciągnąć z gruzów całą instalację gazową budynku, by dokładnie przeanalizować przebieg wydarzeń wczorajszego dnia.

Ktoś odkręcił gza. „Gazeta Wyborcza” wycinek prasowy.

Z gruzów wyciągnięto całą instalację. Według prokuratorów przyczyną uwolnienia się gazu było celowe odkręcenie dwóch zaworów odwadniaczy, kurki i klucz pasujący do kurków znaleziono w piwnicy. Z instalacji mogło wypłynąć nawet 50 metrów sześciennych gazu. Gazownicy powiedzieli że nie mogło stać się to z powodu np. korozji rury. W trakcie odgruzowania piwnic strażacy znów poczuli gaz. Okazało się, że ze starego rurociągu, którego nie było na mapie, a który został tam po zmianie rodzaju gazu doprowadzonego do budynku, uwalniał się gaz koksowniczy, którego używano w mieście do 1987 roku. Trzeba było przerwać akcję i przewietrzyć okolicę, gdyż jego stężenie groziło następnym wybuchem.

Jerzy Sz., wskazywany potem przez Prokuraturę jako sprawca, miał być skonfliktowany z władzami spółdzielni. Według niego, władze spółdzielni źle zarządzały jej finansami oraz samym budynkiem. Miał też odgrażać się sąsiadom. Udało się również ustalić, że na krótko przed tragedią ubezpieczył on mieszkanie w dwóch towarzystwach ubezpieczeniowych na wysokie kwoty.  23 stycznia ubezpieczył swoje mieszkanie w gdyńskiej  „Warcie” na 100 milionów starych złotych i również w styczniu na kilkaset milionów w “Hestii”. Mieszkańcy zniszczonego bloku pamiętają, że tydzień przed Świętami ów lokator wywiózł ciężarówką meble i sprzęty. Jedna z sąsiadek była zła, bo kierowca auta zniszczył kwiaty na klombie”.

Grób Jerzego Sz.

Policja poszukiwała osobę, która pomogła mu w wyprowadzce, w gazetach ukazał się komunikat.
„8 kwietnia w godz. 9 – 10 przed południem pod balkon budynku przy al. Wojska Polskiego 39 w Gdańsku podjechał samochód marki Żuk z niebieską kabiną i żółtą lub jasnoszarą plandeką, którym kierował mężczyzna w wieku ok. 50 lat. Z mieszkania nr 6 na parterze podawano do samochodu przez balkon worki foliowe i kartony. Policja prosi kierowcę Żuka oraz osoby, które widziały samochód, o kontakt z KWP w Gdańsku, ul Okopowa 15”. Kierowca się zgłosił. Sąsiedzi pana Sz. opowiadali mediom, że “nie był lubiany przez mieszkańców (…) od kilku lat procesował się ze spółdzielnią. Nie płacił rachunków. Spółdzielnia pozbawiła go członkostwa. Odgrażał się, że wysadzi nas za to w powietrze”. “Ciało Jerzego Sz. znaleziono jako pierwsze. Przywalony betonową płytą leżał przed frontem bloku, tymczasem jego mieszkanie znajdowało się w tylnej części budynku. W odróżnieniu od pozostałych ofiar był w ubraniu, z dokumentami w kieszeni”.

Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej wypłacił 140 osobom jednorazowe zasiłki, zorganizował pomoc psychologów, porady prawne, zbierał dary od gdańszczan. Tragedia dość mocno nadwyrężyła budżet miasta. “Gazeta Morska” pisała: “Do tej pory miasto wydało ponad 10 mld starych złotych na akcję ratunkową. W sumie tej mieszczą się wydatki na odgruzowanie, transport, opiekę społeczną, wyżywienie i zakwaterowanie poszkodowanych oraz remont hotelowców i uszkodzonej podczas wyburzania SP 66 przy ul. Wilka-Krzyżanowskiego”. Straż Pożarna wyceniła koszt akcji na 14 miliardów, i to bez kosztów osobowych, np. płatnych nadgodzin, z których strażacy zrezygnowali.
W akcji ratunkowej udział wzięło 1676 osób i 150 wozów bojowych.

Wesprzyj naszych autorów wirtualną kawą i pomóż nam tworzyć jeszcze lepsze artykuły – każda filiżanka to inspiracja do dalszego działania!

Nie wszyscy się ubezpieczali, a w tamtym czasie ubezpieczenie całych budynków też nie było oczywistością. Tylko 46 z 77 mieszkań było ubezpieczonych w PZU, a sam budynek – na kwotę 5 mld starych złotych – w Towarzystwie Ubezpieczeń Wzajemnych. TUW zadeklarowało wypłatę całej sumy i dorzucenie dodatkowo 1 mld 250 mln starych złotych, a ponadto PZU obiecał wypłacić zapomogi finansowe nawet tym mieszkańcom, którzy nie mieli u nich wykupionych polis. Pomogło społeczeństwo Trójmiasta. W koszarach na ul. Łąkowej, w hotelach gdzie przebywali poszkodowani, w Domu Handlowym Jantar i parafiach szybko pojawiały się ogromne ilości darów rzeczowych – ubrań, butów, mebli, talerzy, wszelkich urządzeń gospodarstwa domowego. Założono też kilka kont, na które można było wpłacać pieniądze.
Pomógł Bank Gdański, który zadeklarował zakup mieszkania dla jednej rodziny, udostępnił mieszkanie służbowe. 250 tys. zł. przekazała Warszawa. Liczyły się też drobne gesty. Zakład Energetyczny umorzył rodzinom rachunki za zużyty prąd, a kilku z nich zwrócił znajdujące się na kontach nadpłaty. Poczta Polska nie pobierała prowizji za przekazy pieniężne wysłane na wybrane konta założone dla ofiar.

Przeczytaj też:

Metropolita gdański, arcybiskup Tadeusz Gocłowski w liście do wiernych, przytoczonym przez “Gazetę Morską”, napisał:
“(…) Zdajemy wielki egzamin z naszej wrażliwości i solidarności. Stałem przez kilka godzin wśród ludzi bezpośrednio po wybuchu, który zniszczył wszystko, co posiadali mieszkańcy tego domu! Ból, współczucie, ale i radość z ocalonych, i wreszcie niepokój o tych, którzy tam zostali. A potem ta nieustanna pomoc! Rozgłośnie radiowe i telewizyjne, prasa, instytucje, przedsiębiorstwa, urzędy i my, zwykli ludzie…! Staliśmy się w tych dniach jedną rodziną. To zrozumienie wykażemy również w najbliższą niedzielę, która jest Świętem Miłosierdzia Bożego, i złożymy co kto może do puszek przy naszych kościołach, jako dar serca, by odbudować »Nasz Dom«, bo to jest prawdziwie nasz wspólny, ludzki dom”.

Akcję ratunkową zakończono o godzinie 11:50. Do godziny 14:00 wysprzątano cały teren, tak, że na miejscu została tylko piwnica bloku i kilka wiader gruzu.
Wracając jeszcze do ratowników. Co dziwi, od końca 1993 roku PCK nie dostawało żadnych pieniędzy na swoje funkcjonowanie, więc wojewoda oraz prezydenci Trójmiasta od maja 1995 przekazywali Czerwonemu Krzyżowi co miesiąc sumę 2100 zł na bieżące funkcjonowanie. Od wojewody dostali też Nysę. W sierpniu 1995 roku PZU wypłaciło 8 strażakom i 1 ratownikowi PCK po 1250 zł nagrody za akcję ratunkową, a także przekazało 10 tys. zł na doposażenie strażackiej karetki.

Podziękowania dla służb „Dziennika Batycki” wycinek prosowy

Ocaleli mieszkańcy na zebraniu lokatorów ustalili jednogłośnie, że chcą odbudować dom na miejscu starego. 22 kwietnia odprawiono w Bazylice Mariackiej uroczystą Mszę św. żałobną w intencji ofiar katastrofy. Wzięli w niej udział prezydent Wałęsa, władze miejskie i wojewódzkie, lekarze, strażacy, policjanci i tłumy zwykłych mieszkańców miasta. 24 kwietnia odbyły się pierwsze pogrzeby. 29 kwietnia z poszkodowanymi spotkał się premier Leszek Miller. Obiecał wsparcie finansowe (3.5 mld zł) i załatwienie przeniesienia numerów stacjonarnych do tymczasowych mieszkań.

W maju 1995 roku rozpoczął się proces sortowania rzeczy wyniesionych z budynku w czasie akcji ratunkowej oraz tych znalezionych w gruzach wywiezionych na Szadółki. Dobytek mieszkańców znalazł się w aż siedmiu tysiącach mniejszych i większych worków foliowych. Sortowaniem zajęli się urzędnicy i strażnicy miejscy. Wybory nie były proste. Zbierający brali wszystko – bo nigdy nie było wiadomo, co dla kogo było cennym przedmiotem.

Na początku czerwca media informowały, że kancelaria Lecha Wałęsy zakupiła dla osieroconej, piętnastoletniej wówczas Justyny trzypokojowe, 56 metrowe mieszkanie w spółdzielni mieszkaniowej “Południe”. Również na początku czerwca 1995 roku wybrano projektantów nowego domu, który był zbudowany w miejscu zniszczonego. Przetarg na dokumentację techniczną przyszłego domu przy al. Wojska Polskiego wygrał “Miastoprojekt”, czyli to samo przedsiębiorstwo, które projektowało nieistniejący już blok.
“Do końca czerwca opracuje koncepcję funkcjonalno – przestrzenną, a z końcem sierpnia projekt techniczny z pełną dokumentacją fundamentów, stropów, stolarką okienną i instalacją (…)” – informował “Dziennik Bałtycki”.
Do konkursu stanęło pięć zespołów architektonicznych. Ceny projektów były zróżnicowane, od 12 tys. zł do 78 tys. zł. Zadaniem Jerzego Machalskiego, przedstawiciela Spółdzielni Mieszkaniowej “Nasz Dom” wybrano najlepszą z ofert – “Miastoprojektu” i do tego niedrogą, bo wycenioną przez autorów na 35 tys. zł (…) Przyszły budynek będzie w kształcie litery „C”. Zamieszka w nim 56 rodzin. W piwnicach powstanie parking samochodowy na 30 miejsc postojowych. Głównym jego projektantem jest mgr inż. arch. Barbara Znyk”.

Ogłoszenie o przetargu. Wycinek prasowy „Głos Wybrzeża”.

Dopiero w połowie tego samego miesiąca policja wydawała lokatorom kosztowności znalezione podczas akcji przeszukiwania gruzów. W depozycie w 58 plastikowych workach oczekiwało m. in. ponad 12 milionów starych złotych, 4 tysiące dolarów amerykańskich, niewielkie ilości innych walut, kosztowności, biżuteria, stare książki i zdekompletowane zastawy stołowe. Jak przekazano, “na palcach jednej ręki można policzyć spory dotyczące odzyskiwanych rzeczy. Mieszkańcy szybko się dogadują”.

W lipcu 1995 wpłynęły środki obiecane przez ministra pracy i polityki społecznej Leszka Millera. 300 tys. przeznaczono do podziału na równe części między 60 rodzin, 50 tys. do podziału na członków rodzin. Pieniądze były przeznaczone na zakup sprzętów gospodarstwa domowego. Wówczas nie była znana ilość środków zbieranych na różne konta zakładane zaraz po tym zdarzeniu. W tym samym miesiącu spółdzielnia dostała czek z pieniędzmi z ubezpieczenia od Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych – tylko pół miliona złotych. Jak zauważył wiceprezes Towarzystwa, Andrzej Wojdyło, “budynek był ubezpieczony dużo poniżej wartości, stąd kwota odszkodowania nie pokrywa nawet części kosztów jego odbudowy. Trzeba jednak pamiętać, że większość budynków spółdzielczych w Polsce jest w ogóle nie ubezpieczona, dlatego chwała „Naszemu Domowi”, że się ubezpieczył. W naszym kraju brak jest świadomości ubezpieczeniowej, rodzą ją dopiero takie tragedie jak ta”.

Projekt nowego domu. Wycinek prasowy z Gazety Morskiej.

W październiku “rozstrzygnięty został przetarg na budowę nowego domu dla członków spółdzielni Nasz Dom (…). Stanęły do niego dwie firmy: Elektrim – Energoblok Gdynia i Doraco. Wygrała pierwsza, oferując za swoje usługi prawie 10 proc. niższą cenę niż konkurentka. Mimo to koszt budowy budynku, zaprojektowanego przez gdański Miastoprojekt, będzie wyższy niż zakładano. Według wyceny “E-EG”, budowa budynku będzie kosztować 4 mln 900 tys. zł, zaś SM Nasz Dom dysponuje kwotą 4 mln 600 tys. zł, z czego 600 tys. zarezerwowano dla spadkobierców ofiar kwietniowej tragedii. “Będziemy musieli zaoszczędzić około 100 tys. zł” – mówi Marek Uszpulewicz, prezes spółdzielni. (…) Umowa z “E-EG” podpisana zostanie 6 listopada. W przyszłym tygodniu rozpoczną się pierwsze prace budowlane. Nowy dom stanie w ciągu roku” – poinformował “Dziennik Bałtycki” 31 października 1995.

Taki będzie nowy dom, „Dziennik Bałtycki” wycinek prasowy

W lutym 1996 media informowały o… kłótniach w sprawie podziału pieniędzy ze zbiórki. Komitet do spraw zbiórki i podziału środków zebranych po wybuchu gazu poinformował, że uzbierano 1 549 530 zł od 3596 wpłacających.
“Komitet zdecydował, by podstawą podziału był metr kwadratowy mieszkania. Suma, którą otrzyma poszkodowana rodzina będzie zależała od powierzchni lokalu zajmowanego w zniszczonym wieżowcu” – powiedział Marek Uszpulewicz. Komitet nie zapomniał o spadkobiercach osób, które zginęły na skutek katastrofy. Uważa, że jeżeli przedstawią odpowiednie dokumenty, należy im się odszkodowanie. Ci, którzy przeżyli są przeciwni takiemu stanowisku.
“Pieniądze były zbierane z myślą o budowie domu. Nie chcemy ich dzielić. 80% ofiarodawców popiera nasze stanowisko” – dodaje.

W lutym 1996 rodziny zmarłych były zdenerwowane dalszym oczekiwaniem na pieniądze. “Nasz Dom” zdecydował, że nie wypłacą rodzinom zmarłych pieniędzy, póki nie ukończą budowy nowego budynku.
“Strasznie ta decyzja nas zbulwersowała. To nieuczciwe. Mamy czekać dwa lata? Potem okaże się, że nie ma na koncie pieniędzy. To są społeczne pieniądze i nikt z ofiarodawców nie zaznaczył, że mają z nich korzystać tylko ci, którzy przeżyli” – mówi Elżbieta Bądkowska, która pod gruzami straciła matkę. Spadkobierców bulwersuje również fakt, że ten nowy dom to same luksusy: 12 z 57 mieszkań to dwupoziomowe, 90 metrowe apartamenty i 30 garaży w podziemiach.

Poszukiwania spadkobierców. Ogłoszenie prasowe.

Wybuchła wojna o pieniądze. Mieszkańcy przyszłego domu uważali, że należy zainwestować w ściany, parkiety, garaże, a spadkobiercy dostaną pieniądze, jeżeli coś zostanie. Nielegalnie odcięli drogę swoim sąsiadom (co potwierdził urząd), do Marka Kosteckiego też mieli zastrzeżenia, woleli jak ich sprawami zajmował się wiceprezydent Michał Bidas, bo “z nim mieli lepiej”. Rada Nadzorcza “Naszego Domu” mówi o szykanach. Że nie budują żadnych luksusów, bo zmieniły się normy – “teraz przy każdym nowo powstającym domu muszą znaleźć się miejsca postojowe. A że nasza działka mała, muszą być w podziemiach”, że na odtworzenie bloku nie pozwalają przepisy, że dwupoziomowe apartamenty to plotka, bo “tylko dwa mieszkania będą mieć 89 metrów”, a w ogóle to za dodatkowe metry, ponad te które mieli w wieżowcu, muszą dopłacić z własnej kieszeni.

Wojna na gruzach wieżowca. „Dziennik Bałtycki” wycinek prasowy

Część zamieszczonych wówczas wypowiedzi jest wręcz niesmaczna.
“Według naszego prawnika, spadkobiercom nic się nie należy. Jednak komisja ds. zbiórki pieniędzy zadecydowała, że mamy się dzielić. Jeżeli do tego dojdzie, to na dom zamiast 4,9 mln zł, będziemy mogli wydać tylko 3,6 mln zł.
Będziemy musieli zrezygnować z parkietów, kuchenek elektrycznych, kafelków, wykładzin, ściany nie będą pomalowane, a tynk – trzeciej kategorii…”. Zdaniem poszkodowanych, 80 proc. ofiarodawców przekazało środki wyłącznie na odtworzenie mieszkań. Marek Kostecki był oburzony: “To skandal, że wspólnota nie rozliczyła się jeszcze ze spadkobiercami”.

Jest też sprawa odciętego dojazdu. Prezes spółdzielni mówi: “Jakieś trzy baby (!) z bloku 37, tego obok, protestują przeciwko zamknięciu drogi dojazdowej. Przecież to tylko na czas budowy – pięć, sześć miesięcy. Doprowadzimy kanalizację i instalację sanitarną i drogę oddamy”.
Niestety, urzędnicy przyznają rację sąsiadom. “Jednym z warunków umowy przetargowej było ograniczenie placu budowy do wielkości działki. Tymczasem, bez pytania okolicznych współmieszkańców, pewnego dnia zamknięto dojazd” – powiedział Jacek Sokół z Wydziału Architektury i Nadzoru Budowlanego Urzędu Miejskiego w Gdańsku. “A sprawę można było załatwić ugodowo” – mówi pani Maria. Również bez żadnej zgody zburzono garaże obok bloku, z których część należała do nieżyjących sąsiadów, o czym poinformowała “Głos Wybrzeża” jedna z reprezentujących spadkobierców kobieta.

Prezes twierdził, że spółdzielnia jest pomawiana i że im się zazdrości. Wystosowali pismo do Leszka Millera, szefa Urzędu Rady Ministrów. Donoszą ministrowi o całej sytuacji. “Niech wiedzą w Warszawie, co się u nas święci” – dodaje prezes Uszpulewicz. Ostatecznie budowa stanęła od grudnia 1995 do kwietnia 1996.

W reportażu “Dziury w życiu” Barbary Szczepuły opublikowanym w “Dzienniku Bałtyckim” przed pierwszą rocznicą katastrofy czytamy: “Najpierw zdenerwowali się sąsiedzi ze stojącego obok domu numer 37. Napisali do ocalonych z katastrofy list: “Prosimy o rekompensatę naszych strat materialnych, gdyż jesteśmy ofiarami tej samej katastrofy”.

Rzeczywiście, odczuwali pewne niedogodności, wypadły im szyby, zakurzyły się meble, wypaczyły futryny, pozrywały firanki, jednemu panu spadł barometr, ale żeby zaraz domagać się odszkodowania od tych, którzy stracili wszystko? (…)
– A pamiętacie jak tamtego dnia otulali nas własnymi płaszczami?
– Teraz nam zazdroszczą.
– Trzeba im po chrześcijańsku wybaczyć. Pamiętajmy tylko to, co dobre.

Wracają na swoje, „Dziennik Bałtycki” wycinek prasowy.

Prezes spółdzielni wraca do sprawy podziału środków:
“Natomiast uważamy, że [spadkobiercy nieżyjących – przyp.] nie mają moralnego prawa do pieniędzy z datków społecznych, czyli do sum z konta „Wieżowiec” i zebranych przez Radio Plus. Nie sądzę, by ludzie dawali pieniądze spadkobiercom. Nieszczęście (!) polega na tym, że spadkobierców wspiera członek Zarządu Miasta, pan Kostecki”. Wspomniano też, jak będą dzielone poszczególne mieszkania: nowi lokatorzy będą ciągnąć losy. Jedynie trzy z 57 rodzin będą miały prawo do wyboru dowolnego mieszkania – rodziny osób, które kogoś straciły.

W kwietniu 1996 Straż Pożarna ogłosiła wyniki kontroli wysokich budynków mieszkalnych. “Strażacy w całej Polsce skontrolowali 612 najwyższych budynków: wysokościowców mających więcej niż 55 metrów i budynków wysokich mających więcej niż 25 metrów (…) Nieprawidłowości stwierdzono w 539 budynkach wysokich”. Aż w 408 przypadkach zakwalifikowano je jako zagrażające życiu ludzi. Kłopoty wynikają zarówno z błędów konstrukcyjnych popełnionych przy konstruowaniu i budowaniu wieżowców. Aż w 611 przypadkach wszelkie niedociągnięcia wynikały z indolencji zarządzających budynkami.

I tak:

  • 297 budynków nie miało urządzeń oddymiających;
  • ‎230 budynków miało palne drogi ewakuacyjne, nie spełniały norm ani przeciwpożarowych, ani budowlanych;
  • ‎195 budynków miało klatki nieoodzielone od korytarzy mieszkań.

Jak stwierdzili strażacy, po kontroli wezwano spółdzielnie do usunięcia uchybień, “co potraktowano dość poważnie”.

W sierpniu 1996 roku spadkobiercy dalej walczą ze spółdzielnią “Nasz Dom”. Mają w ręku wyroki sądowe. Marek Kostecki informuje, że mieszkańcom i spadkobiercom przysługuje po 740 zł za metr każdego utraconego mieszkania, jednak spadkobiercy woleliby mieszkania. “Spadkobiercy liczą na mieszkania, bo chcą zrobić interes życia. Widać, że też umieją liczyć” – dodaje Marek Uszpulewicz. Ostateczny podział pieniędzy zaakceptowali Urząd Miasta i minister Marek Borowski. Spadkobiercy otrzymają czeki do końca października.

W czerwcu rozpoczynają się odbiory nowych mieszkań, choć część niecierpliwych lokatorów, którzy mają już dość tymczasowych mieszkań, wprowadza się w kwietniu. Sama budowa trwała do maja. Mieszkańcy nowego domu nie mają większych uwag do jakości samego budynku, a korekty są minimalne. Są zadowoleni. Budowla powstawała od listopada 1995 roku, a jej koszt wyniósł ok. 4 mln 800 tys. zł.

Z okazji 10 rocznicy tragedii, 18 kwietnia 2005 roku, władze Gdańska, byli i obecni mieszkańcy, władze spółdzielni, ksiądz z pobliskiej parafii oraz strażacy umieścili tablicę pamiątkową na elewacji domu przy ul. Wojska Polskiego, upamiętniającą 22 ofiary tragedii. Tablicę wykonał Wawrzyniec Samp.

Oby Gdańsk już nigdy więcej nie widział takiej serii ludzkich nieszczęść.

Tablica pamiątkowa

Janusz Ch.

Pisząc ten tekst, wykorzystałem następujące źródła:

  • Miejski portal gdansk.pl
    gdansk.pl/urzad-miejski/wiadomosci/w-holdzie-ofiarom-wybuchu-gazu,a,6486
  • Strona internetowa Rady Dzielnicy Strzyża strzyza.pl/wp-content/uploads/2020/04/wsmnd_art_2005_wybuch_konstrukcja.pdf
  • “Wyborcza Trójmiasto” rojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/7,35612,20732784,w-budynku-ktory-projektowal-wybuchl-gaz-stropy-zalamaly.html
  • “Dziennik Bałtycki”, Bałtycka Biblioteka Cyfrowa, bibliotekacyfrowa.eu/dlibra
  • “Głos Wybrzeża”, Pomorska Biblioteka Cyfrowa, pbc.gda.pl/dlibra
  • “Gazeta Wyborcza”, Biblioteka Uniwersytetu Gdańskiego,
  • “Wieczór Wybrzeża”, PAN Biblioteka Gdańska.
  • Publikacja “Była taka akcja…” – “Andrzej Rószkowski: WIEŻOWIEC – GDAŃSK”, Warszawa 2012, Centrum Naukowo – Badawcze Ochrony Przeciwpożarowej im. Józefa Tuliszkowskiego Państwowego Instytutu Badawczego, Józefów.

One thought on “Rocznica wybuchu gazu na Wojska Polskiego

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *