Chiny lubią zmiany

Temat dnia: “Zmiany”. Chiny nie potrafią, żyć bez zmian… A to ktoś zamienia sklep na restaurację, czy zakład fryzjerski, co powoduje, że co miesiąc zmienia się kolorowa sceneria ulic, którymi się przechadzam. To z kolei generuje konieczność remontów, a to daje pracę nie tylko ekipom remontowym, ale i hurtownikom i producentom materiałów budowlanych… Interes się kręci, gospodarka pędzi jak rozpędzony pociąg made in China. Z ulic ostatnio masowo znikają rozdzielające je pasy zieleni… i dodawany jest zamiast nich szósty pas i to w każdą stronę.

Budynek naszej firmy zamienił się w szkielet, za to prace mają przyspieszyć i zakończyć się w okolicach lutego.
Czyli 4 miesiące przed czasem! Niebywałe!

Przedłużam kontrakt i wizę, oficjalnie zmieniła się nazwa firmy i logo, no i zmieniono mi stanowisko – teraz jestem Account Manager’em. Cóż, kolejna pozycja w CV.

No i jest “sezon” przeprowadzek… Wybraliśmy się na “łowy”. W sobotę, niedzielę, poniedziałek i wtorek…
Kilka dziewczyn z firmy szuka nowych mieszkań albo bliżej, albo taniej. I posuwają się do granicy desperacji. We dwie na 12m2 z balkonem, na którym ledwo wiadro się zmieści, z grzybem na ścianie, za to z brakującą połową okna, bez pralki i lodówki…??? A to wszystko w wątpliwej okolicy.

Nie, nie, ja rozumiem oszczędności… ale to już nie dla mnie… Bałbym się, że spod szafy wyjdą w nocy karaluchy wielkości niedźwiedzi…

Dzięki pomocy Nick’a mam już coś na oku. Niestety, nie jest to pokój 666, który w Chinach oznacza wszytko, co najlepsze.
Niestety, dalej od firmy, ale taniej niż obecne, za to czysto i są okna, i metro niedaleko i wszystko jest cacy, poza widokiem na ścianę sąsiedniego budynku i brakiem komunikacji miejskiej akurat w kierunku biura.
Ten detal można rozwiązać 30-minutowym spacerem lub wynajmem skutera elektrycznego za jedyne 108rmb/miesiąc*. Trzeba będzie to rozważyć, chociaż obecnie jakiekolwiek wydatki są ostatnią rzeczą, o której marzę.

No, ale najfajniej to się zmieniała umowa dotycząca ubezpieczenia…
Znajoma “znajomego” (którego widziałem po raz pierwszy na oczy, ale oczywiście to już jest mój przyjaciel – no bo jakże inaczej?) kilka tygodni temu wspomniała, że robi w ubezpieczeniach, spytałem czy miałaby coś w ofercie dla mnie… zostałem zaproszony na firmowy wypad…

Kilka dni później spotkałem się z nią i jej kierownikiem na śniadaniu… bo się okazało, że wysłana mi wcześniej mailem oferta to taka, na życie, z emeryturą… że 30 lat trzeba by płacić, że pomyłka itd. Więc szefuńcio coś tam w pocie czoła rysował, rysował, coś tam na kalkulatorze liczył, z sufitu wyczytywał… pełna magia…
I ustalił, że oferta musi być inna…

Kolejnego dnia przy kolacji, przeprosił za swój błąd, bo jak się okazuje ich firma nie ma w ofercie niczego dla obcokrajowców.

Dziwna sprawa… U nas skończyłoby się na mailu, czy krótkiej rozmowie tel… A może się boją moich nowych koneksji z Pakistanem?

…ale to już inny temat.

Na chwilę obecną proponuję przeskok na menu z ostatniego tygodnia i mój schab odnaleziony w zamrażarce, który okrasiłem poparzonym brzuchem.  Bąble są, na szczęście nie boli.

*kurs juana – 1 juan to 0,58 zł

fooky

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *