Cóż, znowu ograłem śmierć
Poniższy tekst oparłam głównie o wspomnienia Michaela Collinsa „Niosąc promień. Podróże astronauty – książka pilota modułu dowodzenia Apollo 11”. Są to luźne, dowolnie wybrane przeze mnie ciekawostki z tego bogatego dzieła.
Ślady astronautów w tych kosmicznych butach wszystkie wyglądają tak samo.
Zdjęcie zrobiłam przed wejściem do Rocket Center w ośrodku NASA w Huntsville, Alabama. Jest tam cała galeria śladów – takich samych. Wśród nich – Buzz Aldrin. Aldrin we wspomnieniach Collinsa był cichym i małomównym facetem o potężnej posturze, bardzo pracowitym. Ale po skończonych zajęciach gadał do późnych godzin nocnych przy butelce szkockiej. Po kilku godzinach był znów na nogach bez widocznych skutków poprzedniego wieczoru. Collins twierdził, że Aldrin i Armstrong byli lepszymi inżynierami niż on.

Im bliżej lotu, tym ćwiczenia astronautów były bardziej intensywne.
W swojej książce Collins pisze, że przez pół roku do startu mógł spędzać codziennie 8 godzin w symulatorze ucząc się modułu dowodzenia Apollo. Astronauta był odpowiedzialny za lot od strony technicznej. Miał zawieźć Armstronga i Aldrina na Księżyc i sprowadzić ich na Ziemię. Miał spędzać, jednak tyle nie spędzał z powodu natłoku innych spraw.
I tak na przykład musiał latać do NASA w Langley w Wirginii (jest tam również siedziba CIA) i tam latać replikami modułu dowodzenia i modułu księżycowego. Ćwiczył wszystkie możliwe problemy związane z dokowaniem. Mocno zapamiętał wirówkę przeciążeniową w Houston, gdzie doświadczał przeciążenia 10G. Takie groziło przy powrocie z Księżyca „z gałkami ocznymi do środka”. W Dover przymierzał skafandry ciśnieniowe. Latał samolotem szkoleniowym T-38 i jako pilot sam go pilotował, ale lista zadań do wykonania zdawała się nie mieć końca.
Collins nigdy nie prowadził pamiętnika, ale szczególnie zapamiętał dzień 14 kwietnia 1969. Zadania rozpoczęły się w Houston w wirówce przeciążeniowej. Wirówka zawsze była nieprzyjemna i dokuczliwa, zwłaszcza przy testowaniu powrotu z Księżyca. Przy przeciążeniu 10G klatka piersiowa zapadała się i zwężało się pole widzenia. Kiedy w końcu astronauta wytoczył się z „sali tortur”, nie ośmielił się obrócić głowy w żadnym kierunku, aby nie stracić równowagi i nie zwalić się haniebnie jak kłoda. Musiał szybko udać się na trening w symulatorze modułu dowodzenia, co było dalszym ciągiem powrotu z Księżyca. Tam już było znajome przeciążenie 1G i tam musiał dać radę awariom sprzętu. Niektóre rozwiązał poprawnie, ale przy niektórych poległ i niejednokrotnie wpadł do morza z nierozłożonym spadochronem, uśmiercając siebie, Neila i Buzza („zakładając, że nie zostawiłem ich na powierzchni Księżyca”).

Później wskoczył w kombinezon, by pozować do reklamowego zdjęcia przed półtorametrowym Księżycem, które to zdjęcie wszyscy doskonale znamy. Potem zadzwonił do domu z informacją, że nie będzie go przez dwa dni (w domu panował chaos, bo pies ugryzł dziecko sąsiada) i na głodnego wskoczył do T-38, by dolecieć w nocy do przylądka Kennedy’ego. Modlił się tylko, by wygodnie dolecieć.
Innym razem wracając z Dover do domu pomylił Waszyngton z Baltimore. Patrzył z góry, przywoływał wspomnienia z dzieciństwa, aż się zorientował, że katedra w Waszyngtonie została przeniesiona. Nie było katedry! Gość, który nie potrafił odróżnić Waszyngtonu od Baltimore, miał nawigować w podróży na Księżyc – jak sam to określił.
Jaką barwę ma Księżyc?
Dla jednych szary, dla innych srebrny, można również trafić na kolorowe „prawdziwe” zdjęcia Księżyca. Ale ta kwestia została rozstrzygnięta już w 1969. Ale najpierw tak: na zdjęciu mamy model rakiety Saturn V (Saturn V Apollo vehicle). Pierwszym Saturnem V wystrzelonym z załogą był Apollo 8. Podczas tej misji astronauci okrążyli Księżyc, ale nie wylądowali. Podczas misji Apollo 9 załoga testowała Moduł Księżycowy (LM), latając nim po orbicie okołoziemskiej bez lądowania. Podczas misji Apollo 10 Saturn V wystrzelił LM na Księżyc. Załoga testowała LM w kosmosie, ale nie wylądowała na Księżycu. I potem mamy w 1969 Apollo 11 i lądowanie.

Apollo 8 przywiózł zdjęcia biało-czarne, Apollo 10 – czarno-brązowawo-białe. Apollo 11 stwierdził, że wszystkie zdjęcia są prawdziwe, bo kolor zależy od kąta padania światła słonecznego. I tak astronauci zauważyli, że Księżyc bywa ciemnoszary z elementami białego, bez innych odcieni („przyciemniony, monochromatyczny gips”) lub powierzchnia staje się wiśniowa – aż do brązu. Im więcej Słońca pod odpowiednim kątem, tym więcej koloru, ale tylko w takich tonacjach.

Dlaczego start Apollo 11 odbył się 16 lipca?
Na miejsce posadzenia lądownika Orzeł w czasie misji Apollo 11 wybrano zakątek Morza Spokoju. Jakbyśmy podzielili Księżyc na cztery równe części (a właściwie okrąg), to Orzeł wylądował trochę w prawo od środka (24 stopnie), jeden stopień powyżej równika Księżyca, czyli u dołu górnej, prawej ćwiartki. Nie było to miejsce jakoś specjalnie interesujące. Wybrano je, ponieważ okolica była w miarę płaska, mało kraterów i głazów i doskonałe miejsce z punktu widzenia komunikacji z Ziemią.
Dlaczego 20 lipca?
Trzeba mieć na uwadze, że to była trzecia misja Apollo w 1969 r. Apollo 9 w marcu, Apollo 10 w maju. Kolejny termin przypadał na lipiec, ale dlaczego 20?
Chodziło o położenie Słońca i jego wpływ na oświetlenie powierzchni. Astronauci nie mogli być oślepieni światłem, w chwili lądowania zatem Słońce musiało znajdować się za nimi. Nie mogło być ani za wysoko, ani za nisko, więc pod jakim kątem miało być? Gdyby było za wysoko, mogłoby dojść do zaburzenia percepcji głębi. Powierzchnia wydawałby się płaska, głazy nie rzucałyby cieni, co mogłoby sprawić kłopot przy omijaniu przeszkód. Poza tym powierzchnia Księżyca byłaby zbyt gorąca. Gdyby Słońce było zbyt nisko, cienie byłyby bardzo wydłużone i zasłaniałyby szczegóły, również stwarzając problem z widocznością.
Przyjęto, że najlepszy kąt padania promieni słonecznych, to 10 stopni. Obliczono także, że w dowolnym miejscu na Księżycu kąt padania promieni zmienia się o 12 stopni dziennie. Więc jeśli chcesz, by w określonym miejscu na Księżycu, tj. na Morzu Spokoju, Słońce znajdowało się 10 stopni nad horyzontem i było za plecami, to jest tylko jeden taki dzień w lipcu i wtedy musisz się tam zameldować. I jest to 20 lipca. A to oznacza, że start musiał nastąpić 16 lipca.

Co fizycznie czują astronauci startując w kosmos?
W Rocket Center w Alabamie mieliśmy okazję doświadczyć przeciążenia 2G. Zapakowano nas do akceleratora, przywiązano i voila. Uczucie niesamowite. Nie mogłam ręką ruszyć, podnieść ją, wysiłek wielki, a moje policzki uciekły gdzieś za żuchwę.
Astronauci przy starcie doświadczają 4G, a potem wpadają na zero, czyli w stan nieważkości. Przez 9-10 minut walczą z tym 4G. Leżą na plecach, bo tak od strony wszystkich nacisków jest najkorzystniej. Gałki oczne są wciskane do czaszki. W naszym akceleratorze staliśmy, czy raczej leżeliśmy pod kątem, dlatego wszystko odpływało nam z twarzy za uszy. Gdybym miała szukać moich ust, to właśnie tam.

Astronautom więc oczy wbijają się do czaszki. W rękach mają patyczki do przyciskania, bo sama ręka nie jest w stanie wykonać większego ruchu – jakbyś miał 100 kilo podnieść. Są trenowani do minimum 8G, żeby nie pomdleć. Po 9 minutach nagle wpadają w nieważkość. Następuje silne uderzenie krwi do głowy i uczucie zawieszenia do góry nogami. Twarz robi się tak charakterystyczna, że zyskała nazwę „moon face”. Jest spuchnięta i mija to dopiero po kilku dniach. Krew i płyny ustrojowe migrują do głowy. Hermaszewski mówił, że miał wrażenie, że jest tylko głową i jego głowa wypełnia całą kabinę. Bardzo duże ciśnienie na dno oka powoduje bóle, zawroty głowy i zaburzenia widzenia.
Generalnie te niedogodności mijają, ale pozostaje efekt SANS (Spaceflight-Associated Neuro-Ocular Syndrome), bo ciśnienie zmienia kształt gałki ocznej na zawsze. I to powoduje zaburzenia widzenia także po powrocie, mniejsze lub większe. Choć może się okazać, że zniknie np. po 60 latach, tylko trzeba przeżyć ten czas.
OK, wpadasz w nieważkość i wtedy przychodzi space motion sickness (kosmiczna choroba poruszeniowa), czyli wariuje błędnik, zwłaszcza gdy pierwszy raz jesteś w kosmosie. Astronauci fruwają wtedy z woreczkami i non stop wymiotują. Muszą pamiętać, że wszystko musi trafić do woreczka, bo inaczej będzie fruwać razem z nimi. Choroba kosmiczna dopada 80% astronautów w różnym stopniu. Dowódca misji Apollo 8 Frank Borman przeżył również biegunkę i niestety jej cząsteczki w postaci kuleczek towarzyszyły wszystkim na statku. A przecież, choć jesteś po raz pierwszy w kosmosie w stanie nieważkości, musisz wiedzieć, jak korzystać z kibelka.

Zasadniczo ten stan mija. Ale zaczynasz rosnąć. Rozluźniają się kręgi, zaczynają boleć plecy i zmienia się sylwetka. Plecy bolą cały czas. Nogi są podkurczone, głowa pochylona, a z podeszew stóp schodzi skóra. Każdy astronauta musi codziennie ćwiczyć mięśnie przez 2 godziny. Gdyby tego nie robił, straciłby 20% masy mięśniowej w ciągu 11 dni. Gorzej jest z kośćmi. Ubytek masy kostnej to 1-2% w ciągu miesiąca, to bardzo dużo. Starzejący się człowiek traci w ciągu roku 1-1,5%. Dlatego po powrocie na Ziemię ciężko im stanąć na własnych nogach i do tego udźwignąć nagle cały ciężar ciała. Stopy bardzo bolą.
Zatoki są zapchane. Nie ma prysznica, tylko mokre ściereczki. Zegar biologiczny szwankuje. Kilkanaście wschodów i zachodów Słońca na dobę. Nie ma prywatności i ciągły szum wszystkich pracujących urządzeń, jakbyś non stop leciał w samolocie. W sumie właśnie w nim lecisz. A jak zamykasz oczy, to pod powiekami widzisz mikrobłyski – promieniowanie jonizujące. Jego wpływ na organizm ludzki raczej nie jest wesoły.
Przeciążenie przy powrocie jest większe, a powrót do normy trwa bardzo długo. Znany jest przypadek złamania kości biodrowej półtora roku po 6-miesięcznej misji. Kości odbudowują się najdłużej. Przystosowanie do grawitacji trwa dłużej niż do nieważkości.
A teraz wyobraźcie sobie, że lecicie na Marsa. 9 miesięcy w statku, a potem trzeba wysiąść i rozpocząć kolonizację. Te problemy w filmach SF w ogóle nie istnieją. Wsiadają, lecą, wysiadają, jakby jedli bułkę z masłem. No, właśnie, patrzcie, jak na zdjęciu urosły mi ręce ;)

Wersja Gagarina
W kontekście tych fizycznych doświadczeń astronautów, wpadających z 4G w stan nieważkości i dalszych konsekwencjach, teraz popatrzmy, co mówił Jurij Gagarin. Otóż Gagarin na konferencji prasowej oznajmił: „Nieważkość nie ma żadnego wpływu na zdolność do wykonywania pracy. Stan nieważkości nie ma wpływu na funkcje fizjologiczne”. Nikt nie mógł tego zweryfikować. Titow, który faktycznie latał w kosmosie, miał oszalały błędnik i zaburzenia wzroku.
Gagarin twierdził, że jadł i pił normalnie. Zważywszy, że przebywał w kosmosie bardzo krótko, to nie wiadomo, po co i jak to robił. Niecałe dwie godziny tam i z powrotem. Gagarin katapultował się w kabinie Wostoku – część kabiny została odłączona i osiadła na spadochronach, czego nie zrobił po nim żaden radziecki kosmonauta. Wszyscy katapultowali się z kabiny. Zresztą szczegóły lądowania różniły się w zależności, kto je podawał. Wg jednej wersji Gagarin osiadł na drodze – oczywiście – nazwanej drogą Lenina, ubrany w niebieski kombinezon, choć sam pilot twierdził, że był pomarańczowy. Wg innej kabina osiadła na łące, a Gagarin po prostu otworzył nagrzany właz i wysiadł o własnych nogach. W rękach trzymał gazetę „Sowietskaja Rossija” i tą gazetą machał do sowieckiej wieśniaczki, która go powitała na tej łące. Jeszcze w innej wersji są to mechanicy kołchozowi.
Sam Gagarin opisywał, że wysiadł z kabiny i ujrzał kobietę, dziewczynkę i cielaka. Niecodzienny to widok, by jakaś kabina lądowała na polu, więc towarzystwo bacznie mu się przyglądało. Była to żona leśniczego Anna Akimowna Tachtarowa wraz z 6-letnią wnuczką Ritą.
Gagarin: Jestem swój… towarzysze… stąd pochodzę!
I zdjął hełm.
Na to kobieta: Czy może z kosmosu?
– Wyobraźcie sobie, że stamtąd!
– Jurij Gagarin! Jurij Gagarin!
Gagarin: „One były pierwszymi ludźmi, których spotkałem po powrocie z kosmosu na Ziemię. Prości, sowieccy ludzie, uprawiający kołchozową ziemię”. Jedynym źródłem, które podało informacje o locie, było Radio Moskwa. Start odbył się o 6.07. Informację podano o 7. O 8 Gagarin już był z powrotem. To było 12 kwietnia 1961, 5 maja wystartował Alan Shepard, trzy tygodnie później.

Pierwszy sen na Apollo 11.
Pierwszy sen na Apollo 11 w 1969 miał miejsce 14 godzin po starcie, o 22.30 czasu Houston. Załoga starannie ustawiła wszystkie przełączniki, zamocowała osłony na oknach i wyciągnęła się w ciemności. Neil Armstrong i Buzz Aldrin spali w śpiworach pod lewym i prawym fotelem (były trzy koło siebie). Michael Collins NAD lewym fotelem, z kolanami obwiązanymi paskiem, żeby nie unosić się swobodnie. Collins jako jedyny miał przyklejoną słuchawkę do ucha na wypadek, gdyby Ziemia się odezwała. Astronauta był odpowiedzialny za lot – za pilotowanie. On miał doprowadzić statek do Księżyca i bezpiecznie sprowadzić wszystkich na Ziemię.
Pobudkę urządzało Houston budząc Collinsa przez słuchawkę (Apollo 11, Apollo 11, tu Houston, odbiór) i serwując garść informacji z Ziemi. Oto pierwsze informacje, jakie astronauci otrzymali:
– rosyjski próbnik Luna wyprzedził Amerykanów na Księżycu o kilka dni
– powinniśmy wysłać człowieka na Marsa pod koniec stulecia
– meksykański urząd administracyjny odmawia wjazdu amerykańskim hippisom, jeśli najpierw nie umyją i nie zetną włosów
– prezydent Nixon ogłosił poniedziałek 21 lipca świętem federalnym, aby uczcić to, co być może uda się zrobić 20 lipca
– „Le Figaro” pisze „Rozpoczęła się największa przygoda ludzkości”
– Izba Lordów otrzymała zapewnienie, że miniaturowa łódź podwodna nie naruszy ani nie zaatakuje potwora z Loch Ness
Po porcji tych informacji astronauci wypili pierwszą kawę w kosmosie. Była ona w plastikowym woreczku, odwodniona, zmieszana z cukrem i śmietanką. Woreczki Collins przyczepił do kurka z gorącą wodą i ugniatał, aż wszystko się rozpuściło. Woreczki zaopatrzone są w zawór zwrotny, który uniemożliwia wyciek płynu. Po jego przeciwnej stronie znajduje się rurka, przez którą się ssie kawę. Collins wspominał, że kawa była marna, letnia, ale delikatnie przypominała ziemskie poranki.

Czy w przestrzeni okołoksiężycowej panuje dzień, czy noc?
Jeżeli definiujemy noc jako brak światła słonecznego, to jest tam ciągły dzień. Jednak za oknami statku kosmicznego na ogół jest ciemno. Gdy padają na niego promienie słoneczne, robi się przeraźliwie jasno. Tam nie ma wspaniałego rozproszenia światła w atmosferze, które pozwala oglądać świat. Promienie w przestrzeni kosmicznej są nie do zniesienia, ostre i kłujące.
Teoretycznie, gdy lecisz na Księżyc, możesz się od Słońca oddalać lub przybliżać. Tak samo, gdy jesteś na orbicie okołoksiężycowej. Możesz być przodem lub tyłem. Rodzi to pewien problem z ciepłem. Jeżeli statek utrzymuje zbyt długo jedną pozycję, to strona zwrócona ku Słońcu stanie się zbyt gorąca, a ocieniona zbyt zimna. Pierwszy przypadek oznacza niebezpiecznie duży wzrost ciśnienia w zbiornikach paliwa. Drugi – grozi zamarzaniem radiatorów, czyli takich kaloryferów na statku. Aby zapobiec tym zjawiskom, statek ustawia się burtą do Słońca i obraca się wokół własnej osi, jak kurczak na rożnie. Wymaga to bardzo precyzyjnej sekwencji odpaleń silników manewrowych. Po odpaleniu statek wprawiony zostaje w ruch, który stopniowo wygasza się. Jak wygaśnie, następuje kolejne odpalenie. I tak ciągle. Odpalenie jest wyczuwalne przez astronautów, ale gdy obrót się ustabilizuje, mogą się zrelaksować. Ten obrót jest bardzo powolny – pełny trwa 20 minut.

Księżyc za oknami statku jest dosyć blady. Odbija tylko 7-12% światła słonecznego. Albedo Ziemi dużo większe (średnie wynosi 37%), co sprawia, że prezentuje się ona bardzo jasno w przestrzeni kosmicznej. Oczywiście, wszystko zależy od odległości, ale z tej orbity okołoksiężycowej wygląda jak promieniująca blaskiem chmur i wody piłka – cudownie biało-błękitna z delikatnym odcieniem zielonych dżungli i paskiem rdzy w północnej Afryce.
Na poniższym zdjęciu kombinezon Crisa Sembroskiego, astronauty komercyjnego, czyli takiego od lotów prywatnych. Poleciał w kosmos lotem sfinansowanym przez Jareda Isaacmana, również astronauty komercyjnego i to takiego, który odbył pierwszy prywatny spacer kosmiczny. Obaj panowie mają swoje zasługi w astronautyce i siłach powietrznych USA, a Isaacman został powołany przez Trumpa na stanowisko administratora NASA.

Moduł dowodzenia statku kosmicznego to taki mały piprztyk, który był wynoszony w kosmos i który wracał na Ziemię. Miejsce mieszkalne astronautów. Ten tutaj w artykule nazywa się Casper i należał do Apollo 16, przedostatniej misji, która dokonała lądowania na Księżycu. Kacper wylądował i zwieźli go do Rocket Center w Alabamie. Ten najsławniejszy moduł, ten od Apollo 11, nazywa się Columbia i można go oglądać w Waszyngtonie. Moje marzenie, by tam jechać.

Buzz Aldrin wszystkie kratery na Księżycu nazywał mamuśkami.
Ziemia widziana z orbity to uczta i nie tylko dla oczu. Michael Collins pisał, że Ziemia jest żywa, zachęcająca, czarująca. Człowiek emocjonalnie lgnie do niej, lgnie do tego, co jest „w dole”. Natomiast nic z tego nie ma na jałowej powierzchni Księżyca. Pusto i surowo. Księżyc w zasadzie jest zaproszeniem dla geologów. Niemniej jednak astronauci wciągnęli się w odkrywanie „dark side of the moon”. Kratery zrobiły na nich kolosalne wrażenie.
– Boże, jest wielki! Jest olbrzymi! Jest tak wielki, że nawet nie mieści się w oknie. Największy, jaki w życiu widziałeś. Neil, Boże, spójrz na tę górę w jego centrum. Jest wielka. Mógłbyś poświęcić całe życie na badanie geologii tego jednego krateru, wiesz? – zapytał Collins.
Ale Armstrong nie był tym zachwycony.
Na to Buzz: – Tak, tam też spora mamuśka!
– Buzz, przestań nazywać je mamuśkami, nadaj im jakieś naukowe nazwy.
Buzz: – Wiele z nich wygląda, jakby się obsunęło.
– Obsunięta, wielka mamuśka? Takie również się spotyka.
– Większość się obsuwa. Im są starsze, tym bardziej się obsuwają.

Jak to było z wchodzeniem w atmosferę modułu dowodzenia Apollo 11?
Po odrzuceniu modułu serwisowego (czyli takiego walca z tyłu) moduł dowodzenia Columbia ucichł. Astronauci wchodzili w atmosferę w ciszy. Wraz z rozpoczęciem hamowania za oknem rozpoczął się wspaniały spektakl wizualny. Za modułem rozciągnął się ogon jak u komety, złożony ze zjonizowanych cząstek i materiału ablacyjnego. Materiał ablacyjny to taka cienka powłoka na statku kosmicznym, która chroni przed przegrzaniem i odpada w atmosferze..
W momencie wejścia w atmosferę, w jej górne warstwy, znika błyskawicznie nieskazitelna czerń kosmosu i pojawia się tunel kolorów: subtelna lawenda, jasna niebieskawa zieleń, delikatne pociągnięcia fioletu otaczające centralny, pomarańczowożółty rdzeń. Collins odetchnął z ulgą, gdy prędkość spadła poniżej orbitalnej, bo to oznaczało, że Columbia już nie ma dość energii, by odbić się od atmosfery. Została schwytana przez ziemską grawitację. Ucisk sił G (6,5G) był olbrzymi, ale nie trwał długo. Za to za oknem trwał festiwal kolorów i był to widok zapierający dech. Wzrosła radykalnie intensywność światła. Cały kokpit zalany był światłem, ogon wydawał się nieskończony. Astronautom wydawało się, że są w środku ogromnej żarówki o mocy miliona watów, oświetlającej cały Pacyfik. Tęczowe smugi były dostrzegalne tylko z okien kapsuły, bo były zbyt słabe, by przebić się przez dolne warstwy atmosfery.

Moment wodowania na oceanie.
Przed uderzeniem modułu w wodę wypuszczone zostały dwa spadochrony hamujące, co razem z trzema czaszami głównymi stanowiło widok niezapomniany. Każda kopuła o średnicy 24-metrów. Buzz Aldrin i Michael Collins dokładnie w momencie uderzenia w wodę mieli nacisnąć przyciski. Aldrin – wyłącznik obwodu, Collins sekundę po nim – przełącznik odrzucenia spadochronów. No i klapa.
W momencie „chlup”, gdy moduł walnął w wodę jak tona cegieł, ręka Aldrina, która już wisiała nad przyciskiem, została odrzucona. Zanim znalazł wyłącznik, było już za późno. Collins nacisnął, ale Columbia nie stanęła. Poruszała się dalej, co oznaczało, że tonie.
Astronauci byli w kabinie do góry nogami. No i powróciła grawitacja. Wisieli na pasach, otoczeni fotelami, a główny panel przyrządów mieli w dole. Gdyby mieli na sobie skafandry ciśnieniowe, nie byliby się w stanie ruszać, a ich znakomita izolacja doprowadziłaby do udaru cieplnego. Klima już nie działała. Tak minęło kilka nieprzyjemnych minut, zanim mogli zareagować i ustawić moduł we właściwej pozycji.
Może pamiętacie na zdjęciach, wokół kapsuły na wodzie pojawił się taki „obwarzanek”. To kołnierz pławny, przymocowany do tratwy ratunkowej i założony przez nurków. Astronauci łyknęli po jeszcze jednej tabletce przeciw chorobie lokomocyjnej – nie dlatego, że odczuwali młodości, ale na wypadek, gdyby doszło później do wymiotów – by nie udusić się własnymi wymiocinami w izolującym ubraniu. Te ubrania wrzucił im przez właz Clancy Hatleberg, porucznik US Navy. Astronauci mieli opuchnięte nogi (stopy i dolne części), głowy wydawały się dość lekkie. Po napełnieniu skrzydełek pławnych skafandrów mogli przeskoczyć do tratwy. Później się prawie ugotowali.

Astronauci Apollo 11 zwodowali się, wskoczyli na ratunkową tratwę i co dalej?
Zaraz po wskoczeniu nastąpiło intensywne spryskiwanie założonych skafandrów (mimo że nie były one w kosmosie, ale były przez moment w module dowodzenia). To były środki dezynfekcyjne oraz roztwór jodyny z podchlorynem sodu. Żaden robal księżycowy nie mógł przetrwać (dopiero później okazało się, że Księżyc jest sterylny i nic na nim nie ma). Po tej kąpieli w skafandrach helikopter wciągnął wszystkich do góry, każdy w małym koszu na końcu liny. Dopiero na pokładzie helikoptera załoga mogła pochodzić i poćwiczyć nogi. Nikt nie mógł rozmawiać, bo i tak go nie było słychać, a w skafandrze było nieznośnie gorąco, bo był pozbawiony wentylacji.
Lądowanie nastąpiło na lotniskowcu USS Hornet i mimo że lot był krótki, Collins pisze, że miał ochotę zedrzeć z siebie skafander, robale, czy nie robale, byle zaczerpnąć świeżego powietrza. Cały helikopter wjechał pod pokład gigantyczną windą i tam astronauci mogli wyjść. A na zewnątrz… orkiestra dęta. Astronauci i tak nic nie widzieli, bo wizjery były zaparowane. Nie wiedzieli i nie widzieli, gdzie iść. Na szczęście ktoś pomalował linie na pokładzie, które poprowadziły ich do przenośnego centrum kwarantanny. Taki wagonik, czy przyczepa, który stał się ich domem przez prawie 3 tygodnie. Tam zamieszkali wraz z Billem Carpentierem, głównym lekarzem misji, i Johnem Hirasaki, inżynierem mechanikiem. Obaj niejako ryzykowali zarażenie robalami, ale ktoś musiał tam być. Płynęli do Pearl Harbor.

John gotował i zajmował się Columbią, wyłowioną z morza i podłączoną do wagonika tunelem. Musiał rozbroić cały napęd oraz wyjąć wszystkie skały, filmiki i co tam jeszcze astronauci znaleźli na Księżycu, i wysterylizować je. Bill („Lekarz misji to ktoś, kto potrzyma cię za rękę, zanim nie zjawi się doktor”) był kelnerem i wykonywał codziennie badania medyczne. Dla Carpentiera była to trampolina do sławy. Czasami zastępował astronautów na różnych spotkaniach.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobili astronauci Apollo 11 w wagoniku, była kąpiel. A potem podejrzeli, że coś się szykuje na pokładzie. Właśnie przez to okienko w centrum kwarantanny astronauci misji Apollo 11, gdy tak sobie płynęli do Pearl Harbor, podejrzeli, że coś się dzieje na pokładzie USS Hornet. Patrzą, a wchodzi wyluzowany prezydent Nixon. To zdjęcie jest bardzo sławne.

Nixon pozwolił sobie na żart, że według niego w ciągu tych ostatnich 8 dni coś się postarzeli mniej – zgodnie z teorią Einsteina – niż ich bracia Ziemianie Chciał wiedzieć, czy dostali choroby morskiej. Stwierdził także, że „to najważniejszy tydzień w historii od czasów stworzenia”. „Jezu Chryste!” – pomyślał Collins – „najważniejszy tydzień?”
Przez tę ciasną szybę astronauci odbywali wszystkie rozmowy i wszystkie ceremonie tego dnia. A jak łyknęli sobie ginu z kropelką wermutu, Collins doszedł do wniosku, że nigdy już nie poleci z NASA. Chce być na Ziemi. Podczas dwóch misji – Gemini 10 i Apollo 11 – miał 20 razy więcej szans na zniszczenie siebie niż człowiek w całym swoim życiu. „Cóż, znowu ograłem śmierć” – mówił jego znajomy pilot myśliwca.

W wagoniku astronauci spędzili 3 dni, a po dotarciu do Pearl Harbor i przetransportowaniu do Houston kolejne dwa tygodnie. Trzy tygodnie od dnia lądowania na Księżycu, czyli dnia potencjalnego zarażenia. Gdy w którymś momencie Collins strzepnął ze stołu pył, który spadł z rozpakowywanych książek, lekarz Carpentier popatrzył ze zgrozą: pył księżycowy do zsypu!
Na module dowodzenia, na ścianie dolnego przedziału sprzętowego, Collins napisał: STATEK KOSMICZNY 107 – ALIAS APOLLO 11 – ALIAS COLUMBIA. NAJLEPSZY STATEK, JAKI WYSZEDŁ Z FABRYKI. NIECH GO BÓG BŁOGOSŁAWI. MICHAEL COLLINS, CMP.

