Rozmaitości

Okno na świat z gdańskiego balkonu. Jak w latach 80. oglądałem szwedzką telewizję

Lata 80 to czasy, gdy w telewizji były tylko dwa kanały i to musiało wystarczyć, stan wojenny dopiero co został odwołany. Na szóstym piętrze jednego z bloków powstało wtedy okienko na świat. To historia nietypowego hobby, telewizora ze śmietnika i potężnych anten, które pozwalały zobaczyć znacznie więcej, prosto ze Szwecji, a czasem nawet z Finlandii.

Mapa pokazuje te miejsca, z których mogłem odbierać sygnał telewizyjny.

Historia zaczyna się w latach 1985–1986. Polska była wówczas w głębokim kryzysie. Skazani byliśmy na dwa oficjalne programy Telewizji Polskiej, a odbiór czegokolwiek z “zachodu” wydawał się nierealny. Teoretycznie było to możliwe jedynie w pasie przygranicznym, ale i to niewiele zmieniało, Polska graniczyła wtedy wyłącznie z krajami demokracji ludowej, gdzie oferta telewizyjna była równie uboga.

Przypadek we Władysławowie i pierwsze kroki
Miałem wtedy około 15 lat i dopiero wkraczałem w świat elektroniki, która szybko stała się moją pasją. Internet nie istniał, do wszystkiego dochodziło się samemu, metodą prób i błędów. Podczas wizyty u kolegi we Władysławowie usłyszałem na jego zachodnim radiu stację UKF ze Szwecji. Sygnał był czysty, a muzyka inna niż ta, którą znałem z polskiego radia. Wtedy w mojej głowie pojawiła się prosta myśl: skoro radio dolatuje przez morze, to telewizja też musi. Tak zaczęła się moja przygoda z budową sprzętu, który miał mi pokazać świat zza Bałtyku.

„Ametyst” ze śmietnika
Kupno lub budowa własnego telewizora wymagały pieniędzy, których jako uczeń nie miałem. Domowego odbiornika rodzice nie chcieli mi dać do eksperymentów, a każdy podzespół kosztował. Dorabiałem więc, naprawiając radia i telewizory kolegom oraz ich rodzicom na osiedlu – czasem z marnym skutkiem. Każda zarobiona złotówka i każda zaoszczędzona tygodniówka trafiały na części.

Taki telewizor znalazłem na śmietniku. Ametyst 1011, na zdjęciu zdaje się, że jest Ametyst 1012 już z fabrycznym kineskopem 20-calowym. fot. Wikipedia

Pewnego razu na śmietniku znalazłem stary, mocno zdezelowany telewizor Ametyst 1011. Nie działał w ogóle, a kineskop był całkowicie wypalony. Dla porządku: kiedyś telewizory miały kineskopy, wielkie, szklane lampy próżniowe, a nie matryce. Przytargałem to pudło do domu i stwierdziłem, że je wyremontuję. Będę miał własny telewizor.

Miejscem moich regularnych “pielgrzymek” był wtedy BOMIS na gdańskich Siedlcach. Sprzedawano tam niepełnowartościowe części z odrzutów produkcyjnych, za niewielkie pieniądze. To właśnie tam kupiłem nowy, jak się okazało w pełni sprawny, 20-calowy kineskop. Zamontowałem go w starym Ametyście, wcześniej własnoręcznie powiększając otwór w drewnianej obudowie  (oryginalnie telewizor miał kineskop 19-calowy).

To był dopiero początek zmian. Wyrzuciłem starą, mało stabilną głowicę lampową i zastąpiłem ją nowoczesnym modułem tranzystorowym. Dołożyłem panel z pięcioma sensorami dotykowymi, zamiast kręcić wielkim pokrętłem, kanały zmieniałem dotknięciem palca. W środku znalazł się też prosty zasilacz 12 V do głowicy oraz diodowy prostownik wysokiego napięcia. Praktycznie każdą część, która mogła poprawić czułość odbioru, wymieniałem na nowszą, wszystko oczywiście z BOMIS-u. Po tych wszystkich modernizacjach i pracach stolarskich Ametyst wyglądał jak Frankenstein.

Sprzęty lampowe nie miały transformatora sieciowego, więc masa była „gorąca”. Sensory działały tylko wtedy, gdy wtyczka była włożona do gniazdka w odpowiedni sposób, co wymagało stałej uwagi i ostrożności.

Podejrzane anteny na balkonie
Najwięcej emocji budziła jednak instalacja zewnętrzna. Na balkonie, na szóstym piętrze gdańskiego bloku, stanęła spora konstrukcja: cztery anteny Yagi połączone w kwadrat, osadzone na rurze.

Takie anteny, tylko że 4 połączone w kwadrat stały u mnie na balkonie.

W tamtych latach taki zestaw wzbudzał ogromne zainteresowanie i niemały niepokój. Byliśmy zaledwie kilka lat po stanie wojennym, milicja wciąż była bardzo czujna. Dla przypadkowego przechodnia czy nadgorliwego sąsiada taka instalacja mogła wyglądać jak nielegalna stacja nadawcza albo sprzęt szpiegowski. Mieszkając wysoko, byłem widoczny z daleka, ale chęć odbioru zachodniej telewizji, a właściwie północnej, szwedzkiej SVT, była silniejsza niż obawa przed kontrolą.

I udało się. Dzięki tej instalacji w moim gdańskim pokoju regularnie gościła szwedzka telewizja SVT (kilka programów), a przy sprzyjających warunkach nawet stacje z Finlandii. W realiach PRL-u, mając zaledwie 15 lat, zbudowałem sobie własne okno na zachodni świat. Na moim “frankensteinie” oglądałem programy, filmy i teledyski, o których moi rówieśnicy mogli tylko marzyć. Wszystko to działo się w zwykłej, drewnianej obudowie starego telewizora, który dla innych był już tylko złomem. To były czasy, w których liczył się pomysł i to, co potrafiło się zrobić.

Widok z mojego balkonu w latach 80 XX wieku.

Od telewizji do krótkofalarstwa
Ta przygoda z “wyrywaniem” sygnału zza morza zdefiniowała moją przyszłość. Odbiór dalekich stacji wciągnął mnie na tyle, że naturalnym krokiem stało się krótkofalarstwo. Przestało mi wystarczać samo oglądanie i słuchanie. Chciałem nawiązywać łączności, rozmawiać z ludźmi z całego świata i budować własne nadajniki.

Pasja zaprowadziła mnie do gdańskiego Technikum Łączności. To było wyjątkowe miejsce, wówczas około 80% uczniów stanowili tacy sami zapaleńcy elektroniki jak ja. Czułem się tam doskonale, wśród kolegów, którzy nie pytali: po co to robisz?, tylko: jak to zbudowałeś?.

Koledzy z Technikum Łączności. Ja jestem w 2 rzędzie, pierwsza głowa wystająca zza ramienia kolegi z pierwszego rzędu, patrząc od lewej.

Powrót do korzeni
Do dziś mieszkam w tym samym miejscu, z którego jako nastolatek łapałem Szwecję na śmietnikowym Ametyście. W dobie internetu i setek kanałów w jakości 4K trudno opisać satysfakcję, gdy po dotknięciu sensora w starym, telewizorze z szumu wyłaniał się czysty obraz z innego świata. To była najlepsza szkoła elektroniki i życia, jaką mogłem sobie wtedy wymarzyć.

Andrzej Ługin

Dodaj opinię lub komentarz.