Ojczyzna nie za mała do wielkiej miłości

Dzieje Wróblewa sięgają 31 maja 1308 roku, kiedy książę Władysław Łokietek darował tę wieś synom podkomorzego Unisława: Jakubowi (kasztelanowi tczewskiemu) i Janowi (podkomorzemu tczewskiemu). Nazwa Wróblewo jest wiernym tłumaczeniem nazwy niemieckiej Sperlingsdorf. Wtedy, w 1308 r., była to wieś Vrunthy i 2 lata później bracia sprzedali ją Krzyżakom. Wiadomo, że w  1454 r. była to wieś zagrodnicza składająca się z 12 ogrodów, tzn. chłopi nie mieli tu własnych gospodarstw rolnych, tylko przydomowe ogrody. Z ogródka nie można było się utrzymać, więc chłopi pracowali w folwarku zakonnym w Grabinach-Zameczku. W czasie wojny 13-letniej Krzyżacy splądrowali i spalili wieś.

16 czerwca 1454 Wróblewo stało się własnością Gdańska, jednak osadę trzeba było na nowo lokować i zasiedlić, co stało się w 1503 roku. Znaczną część gruntów nabył burmistrz gdański Johann Schewecke. Wieś była po powodzi, wielu chłopów zadłużyło się u burmistrza i nie byli w stanie się wykupić. W 1568 r. mieszkańcy Wróblewa otrzymali pierwszą księgę inwentarzową, gdzie zapisywali umowy kupna i sprzedaży.

Szwedzi przynieśli w XVII wieku zniszczenie Wróblewa. W 1626 r. tędy – Motławą – Szwedzi na tratwach przedostawali się pod Grabiny-Zameczek. Niektórzy mieszańcy podostawali się do niewoli i trzeba było ich wykupić. Sam Gustaw Adolf przejeżdżał przez Wróblewo 8 marca 1628.

W lutym 1642 r. Wróblewo dorobiło się wilkierza. Wilkierz normował życie w osadzie – co chłopi powinni robić, a co nie, organizował władzę i sąd.

Przez wszystkie lata mieszkańcy zmagali się z powodziami, bo Motława wylewała (brzeg Motławy uregulowano dopiero w 1885 r.). Przez 60 lat w XVII wieku Wocławy i Wróblewo walczyły o prawo do korzystania z wału p/powodziowego. Z czasem na wale  pojawiły się szlabany i mieszkańcy Wróblewa mogli chodzić po wale tylko w niedzielę w drodze do kościoła we Wocławach. We Wocławach mieścił się ośrodek parafialny.  Wróblewo miało swój kościółek od XVI wieku i kto nie mógł udać się do Wocław (osoby starsze lub chore), brał udział w nabożeństwach przygotowywanych przez nauczycieli. Czytali oni ewangelię oraz katechizm, a także wygłaszali kazania. Na tym tle dochodziło do konfliktów między społecznością Wróblewa a pastorem i radą parafialną. W kościele we Wróblewie znajduje się tablica z nazwiskami nauczycieli.

Do kościoła można było podpłynąć łódką.  Od strony południowej rosły dęby, od północnej jesiony. Uważano, że jesiony (podobnie jak jawory) chronią przed piorunami.

We Wróblewie pracowały wiatraki odwadniające oraz cały system pomp i kanałów. Gleba była mocno zasolona i wymagała specjalnych zabiegów agrotechnicznych. Mennonici ze swoimi cudownymi zdolnościami melioracyjnymi zakończyli osiedlanie się tutaj w 1676 roku, a ostateczny podział Żuław między gminy mennonickie ustalił się w XVIII wieku.

We wsi zachowały się dwie zagrody mennonickie; jedna na pewno bez zabudowań gospodarczych. Nieopodal kościoła stoi  dom Nicklów z 1871 r. – budynek mieszkalny dużego gospodarstwa.

W czasie zaborów Wróblewo było pod panowaniem pruskim. W 1807 roku przesuwały się tu wojska  pruskie  próbujące zatrzymać wojska napoleońskie, m.in. oddziały z Legionów Dąbrowskiego. Patrole legionowe docierały do Wróblewa Motławą.  Przez okres I Wolnego Miasta wieś należała do Gdańska.

Ciekawa jest sprawa z wróblewskimi nauczycielami. Przewijali się oni zawsze przez historię wsi (choć poziom nie był zbyt wysoki – czytanie, pisanie, rachunki i modlitwa – to kilka uczniów pobierało potem nauki w Gdańskim Gimnazjum Akademickim). Jednak pierwszy nauczyciel “z prawdziwego zdarzenia” pojawił się w 1815 roku. Przez 122 lata było ich zaledwie czterech: Scheibe, Lose, Albert Zur (o ogromnej wiedzy geograficznej) i Franz Moller, siostrzeniec Zura.  Scheibe  był pierwszym, który uczył w nowej szkole (spłonęła ona w czasie budowy, ale szybko ją odbudowano).  Natomiast z Zurem wiąże się ciekawa historyjka, o której wspomina Tomasz Jagielski w swojej książeczce o Wróblewie. Zur pracował przez 40 lat jako nauczyciel, cieszył się wielkim szacunkiem. W 1897 r. przeszedł na emeryturę i postanowił przeprowadzić się do Gdańska. Sprzedał dom i w szkole urządził pożegnanie. I wtedy pojawił się pan von Tiedemann, właściciel Grabinów-Zameczek, i wręczył Zurowi złote spinki w podziękowaniu za jego pracę i granie na organach w czasie nabożeństw. Zur zmarł w Gdańsku w wieku 72 lat; mieszkał przy ulicy Kurzej 15/16.

Franz Moller nie tylko był nauczycielem, ale również kronikarzem dziejów wsi. Pisał wspomnienia, a w nich ważne wydarzenia, ale także zabawy dziecięce. Wiadomo więc, że wielu mieszkańców posiadało drewniane łyżwy zapinane rzemieniami (i na tych łyżwach zimą po Motławie docierano do Mokrego Dworu), a po rzece w latach 90. na trasie do Grabinów pływał parowiec “Nautilius” firmy Habermann, który przed każdą przeszkodą pochylał komin.

W sierpniu rozpoczynano we Wróblewie zbiory rzepaku, który zwożono na jeden plac we wsi i tam młócono ziarno przy pomocy koni chodzących po okręgu.  Słomą ocieplano budynki. W 1888 r. August Moller wraz z Nickelem zakupili pierwszą maszynę parową do młócenia zboża.

Posiłki domownicy i pracownicy jadali razem – każdy miał swoje miejsce przy stole. Właściciel majątku ostrzył nóż o próg drzwiach i kroił chleb, którego można było brać, ile się chciało.  Wszyscy jedli to samo (głównie rośliny strączkowe, pasternak, wieprzowinę).

Franz Moller prowadził także kurs uprawy owoców i małe przedszkole.  Zajmował się pszczelarstwem, a miał pszczoły z 30 krajów.  Ożenił się ze swoją uczennicą Sabiną, która  uczyła prac ręcznych i opatrywała wszelkie urazy stając się duchem opiekuńczym w szkole.

Po rozpoczęciu uprawy buraków cukrowych na Żuławach Gdańskich (koniec wieku XIX), przez Wróblewo puszczono kolej wąskotorową w celu zwożenia płodów do cukrowni w Cedrach Wielkich.

Po I wojnie światowej Wróblewo znalazło się w granicach II Wolnego Miasta. W 1929 r. otwarto nową szkołę, a życie wiejskie płynęło dość leniwie.  Mieszkało wtedy we Wróblewie 87 mężczyzn i 85 kobiet, do prac polowych zatrudniano sezonowo Polaków. W 1932 odnowiono kościół. W 1937 roku Franz Moller wraz z rodziną przeprowadził się do Gdańska na Orunię (był już na emeryturze).

II wojna światowa dotknęła to miejsce.  Wycofujące się wojska niemieckie wysadziły most na Motławie, stosując taktykę “spalonej ziemi”.  Przerwanie wałów ochronnych spowodowało zalanie tego obszaru, kolejka również przestała kursować (na polach można było łowić szczupaki).  Działania wojenne toczyły się w dniach 4-6 kwietnia ’45. W wieży młyna znajdowało się stanowisko obserwacyjne Niemców i spłonął on doszczętnie. Potem sowieci zrobili tu sobie punkt obserwacyjny – tym razem na wieżyczce kościółka.  Same działania  nie bardzo zniszczyły wieś, gorsze zniszczenia przyszły później.  Poginęły obrazy, a drewniane elementy wyposażenia świątyni służyły sowietom za opał. Skrzydło ołtarza posłużyło za nosze, a gdy ranny zmarł, sowieci w furii strzelali  na oślep w leżące “nosze” (wspomnienia Anieli Pieczonki). Rozpoczęły się napady i rabunki skierowane zarówno przeciwko osiedlającym się Polakom, jak i czekającym na wysiedlenie Niemcom.

Skrzydła ołtarza, które ocalały, znajdują się w Muzeum Narodowym w Gdańsku, sam ołtarz nie został znaleziony (poszukiwania prowadził Stanisław Michel).

Napis na obelisku z okazji 700-lecia wsi:

To nasza najmniejsza Ojczyzna, nie za mała do wielkiej miłości. Im ciaśniej nas obejmuje, tym mocniej w sercu gości.

Anna Pisarska-Umańska

2 myśli na temat “Ojczyzna nie za mała do wielkiej miłości

  • Świetny artykuł. Więcej historii z Danziger Niederung nie zaszkodzi 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *