Guzik kapitana Ćwiklińskiego

Na statku zdarzały się choroby tropikalne. Czasami coś komuś dolegało. Pewnego razu po wypłynięciu z Karaczi kapitan Jan Ćwikliński poczuł się źle. Dostał mdłości i rozbolał go żołądek. Doktor Michałowski zrobił mu zastrzyk i podał tabletki, ale choroba nie przechodziła. Gdy „Batory” zbliżał się do Bombaju, kapitan nie był już w stanie wstać z łóżka. Doktor zmienił tabletki na inne, ale to nadal nie pomagało.

Jan Ćwikliński/Wikipedia

Leżał tak więc w łóżku, wstrząsany wymiotami. Wszystkie obowiązki przejął pierwszy oficer. 3 dni po opuszczeniu Bombaju, gdy nie mógł w nocy spać, zobaczył cień człowieka usiłującego zajrzeć do jego pokoju. Kapitan leżał w sypialni obok, a olbrzymi cień wchodził przez okno i pochylał się nad jego stołem.

– Kapitanie, słyszy mnie pan?
Cień wszedł i okazał się nocnym sprzątaczem korytarzy.
– Kapitanie, niech pan posłucha. Niech pan nie bierze żadnych więcej tabletek. Żadnych więcej. Próbują pana otruć.

Ćwikliński był zbyt słaby, by zareagować. Rano to wydarzenie wydawało się nocnym koszmarem. Poprosił jednak stewarda, by znalazł mu lekarza wśród pasażerów. Znalazł się jakiś Hindus i w ciągu trzech dni kapitan był na nogach. Doktor Michałowski poczuł się urażony.
Doktor zmienił statek, a potem na „Batorym” pływał doktor Tacleiter. I on to powiedział kapitanowi (już długo potem), że przed zaokrętowaniem na Batorym UB kazało mu składać przysięgę o niewyjawnianiu rozkazów, które będzie otrzymywać. Jeden z nich nakładał na niego obowiązek podania komuś z załogi narkotyku.
Tacleiter nigdy tego nie wykonał, zresztą któregoś razu uciekł ze statku. Za to doktor Michałowski miał kilka takich przypadków na swoim koncie. Na „Batorym” nie pojawił się już nigdy.

Książka Jana Ćwiklińskiego „Kapitan opuszcza swój statek” była ostatnią książką, jaką kupiłam w 2019 roku. Kupiłam,  by poznać atmosferę, jaka panowała na „Batorym” w latach 1946-1953. Jan Ćwikliński był pierwszym powojennym kapitanem statku. W 1953 r. zszedł ze statku w Wielkiej Brytanii i po kilku dniach zgłosił się na policję prosząc o azyl. Potem udał się do Ameryki. Uciekł, bo otrzymał cynk, że po powrocie będzie aresztowany. Zostawił żonę i dwoje dzieci. Właściwie nigdy się nie zobaczyli. Żona to rozumiała. Z synem zobaczył się 21 lat później. Kapitan wiedział, co czyni. Rodzinę i tak dotknęły reperkusje.

Atmosfera na „Batorym” była koszmarna. W ciągu 6 lat 100 członków załogi poprosiło o azyl. W każdej podróży ktoś znikał. Załoga była naszpikowana konfidentami UB. Niektórzy w ogóle się z tym za bardzo nie kryli.

Pewnego razu steward, sprzątając kabinę, gdy „Batory” stał w Nowym Jorku, zobaczył listę nazwisk na biurku jednego z informatorów, a przy każdym albo „nie można ufać”, albo „zaaresztować”. Z przerażeniem zobaczył, że przy jego było „zaaresztować”. Zrobił kopię tej listy i przekazał zainteresowanym. Z tego rejsu nie wrócił ani steward, ani 29 innych.
Liczba konfidentów była tak duża, że władze amerykańskie wprowadziły zakaz zejścia do miasta dla ponad połowy załogi. Kapitan Ćwikliński zawsze mógł schodzić.

Jan Ćwikliński/portalmorski.pl

– Kapitanie, to jest pańska ostatnia podróż – ostrzegł mnie.
Rozejrzałem się, by wyglądać zwyczajnie, i nie widząc, by ktokolwiek mnie obserwował zrobiłem minę, jakby nic się nie wydarzyło.
– Nonsens. A co ja takiego zrobiłem? – cicho odrzekłem.
– Po przybyciu do Gdyni, będzie pan aresztowany – dokończył.
– Za co? – spytałem.
– Szpiegostwo – odrzekł. – Szpiegostwo na rzecz Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.

Rozmowa miała miejsce w porcie w Newcastle w czasie remontu „Batorego”. Liniowiec już nie pływał do USA, a do Indii. Do Newcastle przypłynął tylko na remont i miał wrócić do Gdyni.
Ćwikliński myślał kilka dni. Trochę wcześniej bracia Gubałowie, instruktorzy z Akademii Marynarki Handlowej, zostali skazani na śmierć za sabotaż. W Gdyni została jego niedawno poślubiona druga żona i dwoje dzieci. Najpierw podjął decyzję, że pójdzie na operację usunięcia kamieni żółciowych, a potem nie wróci już do pływania. Ale informator za drugim kominem na pokładzie twierdził, że to na próżno, bo decyzje już zostały podjęte. I wyciągnął guzik. Kapitana guzik.

– Zgubił pan go w Gdyni, w taksówce. Ta taksówka to był jeden z naszych pojazdów. Znalazłem go tam. Myśli pan, że pana nie obserwują? Będą pana torturować, będzie pan musiał powiedzieć to, co będą chcieli usłyszeć. Potem zostanie pan skazany. 

Kapitan opuszcza swój statek- okładka

19 czerwca 1953 r. rano po inspekcji kapitan Ćwikliński poszedł do kabiny, by sporządzić raport o ucieczce doktora Tacleitera. Szedł normalnie, nie spiesząc się i nie ociągając. Chciał zabrać ze sobą kilka listów i dokumentów, piżamę, szczoteczkę do zębów i zdjęcia rodziny. Jednak wiedział, że zaraz po jego wyjściu wejdzie do kabiny ubek i zauważy brak zdjęć i szczoteczki. Zostawił więc wszystko. Serce mu mocno waliło i nawet nie wiedział, czy ubecy pozwolą mu zejść z trapu. Na szczęście naczelny ubek na pokładzie – Szemiel, który miał przeciwdziałać ucieczkom (tzw. „kulturalno-oświatowy”), sam bał się podsłuchu, więc poszedł dzwonić do konsula w sprawie Tacleitera z budki na lądzie.
Wachta go przepuściła, bo musiał powiadomić policję o ucieczce doktora. Ale jeszcze musiał opuścić stocznię i to tak, żeby nikt ze statku tego nie zauważył. Gdy dojechał samochodem na dworzec, nie odważył się wsiąść do pociągu (odjeżdżał znacznie później), bo jeżeli Szemiel już się zorientował, to mógł wysłać swoich ludzi na dworzec w Londynie lub nawet umieścić ich w pociągu. Więc kapitan wypożyczył auto z szoferem, by dojechać do Darlington. Tam wsiadł do pociągu do Londynu, ale nie wysiadł w centrum. Wysiadł na przedmieściach. Stamtąd pojechał kolejnym pociągiem do centrum. W South Kensington przyjął go polski przyjaciel. Nie opuszczał mieszkania ani na krok przez 4 dni. Gazety już o tej ucieczce pisały, gdy udawał się na komisariat policji.

– Jestem kapitan Jan Ćwikliński, kapitan polskiego transatlantyku „Batory”. Opuściłem statek w Newcastle i chciałbym prosić o azyl polityczny i ochronę.

Policjantowi wypadło pióro z ręki. Wkrótce zjawili się funkcjonariusze Scotland Yardu i dla dobra kapitana zamknięto go w więzieniu w Brixton. Po 6 dniach otrzymał azyl i po 6 miesiącach wypłynął do Ameryki.

Wypowiedź kapitana z 26 czerwca 1953 r.

Ćwikliński i wykształceni przedwojennie ludzie-fachowcy wraz z inteligencją byli potrzebni władzy ludowej, by legitymizować jej działania. Później się ich pozbywano.

Teczka Jana Ćwiklińskiego

Teczka kapitana Ćwiklińskiego w archiwach IPN jest nader skromna. Jego akta zostały zniszczone. To, co zostało, obejmuje okres już po ucieczce i dotyczy wywiadów, jakich udzielił za granicą, oraz działań, jakie należy wykonać wobec pozostałej w  kraju rodziny i znajomych. Jest również kilka prób „podejścia” kapitana w zagranicznych portach  poprzez nasłanych, znanych mu ludzi.  Bezpieka określała ich przyjaciółmi Ćwiklińskiego.

Wśród wywiadów, które udzielił Jan Ćwikliński, moją szczególną uwagę zwrócił jeden. Nie ma go w aktach IPN, ale jest w National Library of Australia – wywiad, jaki udzielił gazecie „The Advertiser” w dniu 11 sierpnia 1953 r. Ale o tym napiszę w innym artykule niebawem.

Anna Pisarska-Umańska

Cytaty i wydarzenia z książki J. Ćwiklińskiego „Kapitan opuszcza swój statek”, Wyd. Bernardinum 2010 r.

One thought on “Guzik kapitana Ćwiklińskiego

  • Pięknie napisany artykuł, czytając go miałam wrażenie, że jestem na Batorym. Najbardziej przejmujące zdania w nim, moim zdaniem, to te proste słowa, które mówią o rozstaniu z rodziną.
    Nie doceniamy tego świata w jakim żyjemy, nie dbamy o niego, bo myślimy, że tak już będzie zawsze.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *