Olszynka: Historia, która walczy o przyszłość
Na południowo-wschodnich obrzeżach Gdańska rozciąga się dzielnica, która przez dekady była czymś więcej niż tylko peryferyjnym obszarem miasta. Olszynka, bo o niej tu mowa, to przestrzeń pamięci, ziemia uformowana przez losy rodzin, pracę ich rąk i wspólnotę, która potrafiła przetrwać mimo zawirowań historii, zmian politycznych i zmiennych wpływów ekonomii.

Historia tych terenów sięga już XIV wieku, w tym czasie już z nadania Krzyżaków obszar ten został włączony do majątków Głównego Miasta. W XVII wieku dzieliła się na Małą Wieś Leśną (Olszynka Mała) oraz Wielką Wieś Leśną (Olszynka Wielka). Olszynka Mała skoncentrowana wokół nowopowstałej ulicy, w czasach nam obecnych, nazwanej ul. Olszyńska. Olszynka Wielka z kolei obejmowała ziemie przy tzw. Wygonach krowich, były to ulice dziś znane nam jako Łanowa, Modra oraz Zawodzie. Tereny te już w owych czasach uzbrojone były w rowy melioracyjne, które odprowadzały grawitacyjnie nadmiar wody z dalszych części wygonów krowich.
Obszar Małej Olszynki w okresie międzywojennym, z uwagi na bezpośredni dostęp do Miasta Gdańska, był gęściej zamieszkały, w owym czasie przez 285 mieszkańców, w istniejących tam 24 domostwach, a Wielką Olszynkę reprezentowało 208 osób, zamieszkujących 28 domów. Obie Olszynki, jako jedność zostały włączone do Miasta Gdańska w dniu 15 VIII 1933 roku.
Historia Olszynki po II wojnie światowej to losy ludzi wyrwanych ze swoich korzeni. Wielu z nich przybyło tu po dramatycznych wydarzeniach, takich jak rzeź wołyńska, w wyniku przesiedleń po zmianie granic Polski, a także uciekających z terenów dawnej Rosji. Ich domy spalono, dobytek rozgrabiono, ziemię odebrano. Ludzie ci jednak potrafili zacząć od nowa na ziemiach otrzymanych w ramach częściowej reperacji powojennych lub mając zgodę systemu na tworzenie nowych domostw. Na podmokłych terenach Żuław budowali gospodarstwa niemal od podstaw. Często nie mając pieniędzy, budowano domy z dostępnego na tych terenach drewna, kamieni, a w późniejszych czasach, własnym sumptem wyciskając pustaki z materiału odpadowego ze spalonego już węgla/koksu, tj. szlaki.
Olszynka była i jest nie tylko Dzielnicą Gdańska. Ze względu na specyficzny charakter tej części miasta, jest ona wspólnotą w pełnym znaczeniu tego słowa. Jeszcze niedawno, bo w latach 80. ubiegłego wieku, prace polowe wykonywano razem – od siewów po żniwa. Sprzęt był wypożyczany, dzielony, doświadczenie przekazywane, a pomoc sąsiedzka wypływająca z serca, naturalna, a wręcz oczywista.

Obecna wszędzie woda nie stanowiła problemu. Dbano o kanały i przepusty. Systematycznie dokonywano pogłębień oraz odkrzaczano brzegi rowów odwadniających. Woda była sprzymierzeńcem. Czysta, przejrzysta, obecna w rowach i kanałach, służyła nie tylko rolnictwu, ale i życiu codziennemu. Dzieci kąpały się w rowach, jak w strumieniach, mieszkańcy gdańska łowili w nich ryby. Nikt nie obawiał się zanieczyszczeń. To był świat, w którym natura i człowiek współpracowali, a nie rywalizowali.
W tamtych czasach był również sposób na zagwarantowanie wsparcia społeczności. Płody ogrodniczo-rolne z Olszynki zaopatrywały miasto Gdańsk. W ramach zakontraktowania umowa zobowiązująca ogrodnika – rolnika do wytworzenia i dostarczenia określonej ilości płodów ziemi do firmy skupującej, która to zobowiązywała się na skup towaru po ustalonej cenie. Często też pomagając w zapewnieniu opału na zimę.
Dzieci w wieku szkolnym zabierał autobus, który codziennie zbierał je z Olszynki z ośmiu przystanków, do których dzieci dochodziły pieszo lub dojeżdżały rowerami z odległych zabudowań, by tym nim co dnia dojechać do szkoły. Nie był to luksus, lecz naturalna odpowiedź na potrzeby mieszkańców, którzy doceniali to wsparcie miasta. Edukacja była wartością, a dzieci – przyszłością tej ziemi. Gospodarstwa były większe niż dziś, a ich produktywność zapewniała realne dochody. Olszynka była jednym z głównych żywicieli Gdańska – dostarczała warzyw, owoców, zbóż i kwiatów. Lokalna produkcja miała znaczenie.
Lata 90. przyniosły jednak gwałtowne zmiany. Denominacja złotego, nowe realia gospodarcze i kredyty, które miały być szansą, często stawały się ciężarem nie do udźwignięcia. Rolnicy wchodzili w system rynkowy bez realnego wsparcia. Niektórzy z powodu wzrostu kredytów np. na traktor w ciągu jednej doby o 900%, nie widzieli dalszego sensu w prowadzeniu dotychczasowej działalności. Wielu z gospodarzy poddało się, uciekając w uzależnienia, a nie mogąc już utrzymać rodzin, nie widzieli dla siebie przyszłości.
Otwarcie granic zmieniło wszystko. Rynek kwiatów – niegdyś silna gałąź lokalnej produkcji – został zalany przez import, zwłaszcza z Holandii. Tańsze, masowo produkowane kwiaty wyparły lokalnych producentów. Tradycyjne gospodarstwa zaczęły tracić rację bytu. Udział rolnictwa w gospodarce dramatycznie spadł – z poziomów znaczących do wartości marginalnych, rzędu kilku czy kilkunastu procent. To nie była tylko statystyka – to był koniec pewnego świata.
Dziś wiele działek na Olszynce należy do osób, które nie są już rolnikami (tj. nie mają uprawnień do prowadzenia gospodarstw ogrodniczo-rolnych), są jedynie potomkami rolników. To nadal również potomkowie przesiedlonych rodzin – spadkobiercy ziemi, ale niekoniecznie dzisiejszego statusu „rolnika indywidualnego”. Ich sytuacja jest szczególnie trudna, gdyż od czasu zakończenia II wojny, nie otrzymali oni do dziś pomocy dla repatriantów.
Nie mogą swobodnie rozwijać działalności rolniczej, ale też odbiera im się możliwość zabudowy już własnych, bo wykupionych na własność gruntów. Wprowadzenie planu ogólnego i ograniczenia planistyczne sprawiają, że ziemia – choć formalnie ich – staje się praktycznie bezużyteczna. Rozdrobnienie areałów dodatkowo pogłębia problem. Gospodarstwa, które kiedyś były ekonomicznie opłacalne, dziś nie mają szans konkurować na rynku. A jednocześnie nie mogą zostać przekształcone w sposób, który dawałby właścicielom realne możliwości rozwoju i dochodu.
Olszynka była kiedyś fundamentem lokalnej gospodarki – miejscem, które karmiło Gdańsk. Dziś jej mieszkańcy czują się jak petenci w systemie, który nie rozumie ani ich historii, ani potrzeb. Decyzje podejmowane przez włodarzy miasta budzą pytania o kierunek rozwoju. Czy odbieranie prawa do budowania na własnej ziemi jest formą ochrony ładu przestrzennego, czy raczej wykluczenia oraz odbierania godności i tak już doświadczonym przez los ludziom? Czy polityka miejska uwzględnia dziedzictwo takich miejsc jak Olszynka?

Historia Olszynki to nie tylko opowieść o przeszłości, to w tej chwili przede wszystkim pytanie o przyszłość. Pytanie, o to, czy możliwe jest pogodzenie rozwoju miasta z poszanowaniem jego mieszkańców? Mieszkańców, którzy nie zasługują na takie traktowanie! To także przypomnienie, że za każdą działką, każdym rowem, kanałem, i każdą niepozorną drogą stoi czyjaś historia – często naznaczona tragedią, ale też niezwykłą siłą ducha odbudowy i przetrwania.
Dziś, gdy wspólnoty się rozpraszają, a odpowiedzialność rozmywa, warto wrócić do tej lekcji: że ziemia to nie tylko własność! Ziemia to zobowiązanie wobec przeszłych i przyszłych pokoleń!
Beata Grzegorczyk & Katarzyna Brzostowska

