Przez gdańskich urzędników nie jesteśmy uważani za Polaków

W Gdańsku zostaliśmy potraktowani jak bydło – mówi pani Swietłana, polska imigrantka z Białorusi. – Przez miejskich urzędników nie jesteśmy uważani za Polaków, choć mamy polskie korzenie i chcieliśmy tylko wrócić do naszej ojczyzny…

Choć powojenne losy zesłały jej rodzinę na Białoruś, nie zapomniała o swojej ojczyźnie i całe życie czekała na to, aby móc wrócić do Polski. Gdy wreszcie pojawiła się szansa zamieszkać w Gdańsku, natychmiast z niej skorzystała. Niestety, radość z powrotu do swojego kraju trwała bardzo krótko…

Pani Swietłana Illaszewicz jest Polką, jej rodzina pochodzi z Podlasia. Tuż po wojnie, jeszcze za czasów Stalina, całą rodzinę deportowano na tereny ówczesnego Związku Radzieckiego, podobny los spotkał wielu Polaków. I tak mieli dużo szczęścia, bo wielu naszych rodaków tuż po wojnie trafiało do katowni UB, skąd ujść z życiem było naprawdę bardzo trudno.

Niestety decyzje polityczne spowodowały, że Polacy, którzy znaleźli się na obecnych terenach, np. Białorusi czy Litwy, pomimo udokumentowanego pochodzenia polskiego, nie mają możliwości uzyskania statusu repatrianta. To z kolei oznacza, że znacznie trudniej jest im wrócić do ojczyzny. W rozumieniu prawa repatriantami są za to Polacy z terenów Uzbekistanu, Kazachstanu czy Rosji…

Gdańscy urzędnicy zaproponowali pani Swietłanie, aby poradziła sobie z hałasem poprzez zakupienie zatyczek do uszu. Nasza bohaterka tak zrobiła, jednak nie przyniosło to pożądanego rezultatu… (fot. Gazeta Bałtycka)
Gdańscy urzędnicy zaproponowali pani Swietłanie, aby poradziła sobie z hałasem poprzez zakupienie zatyczek do uszu. Nasza bohaterka tak zrobiła, jednak nie przyniosło to pożądanego rezultatu… (fot. Gazeta Bałtycka)

Pani Swietłana wraz z chorującym synem uzyskała „Kartę Polaka”, a od władz Gdańska możliwość zamieszkania w mieszkaniu socjalnym. Niestety, miasto nie okazało się szczególnie gościnne dla naszej rodaczki – umieszczono ją w lokalu przy ulicy Ubocze, znajdującym się w bardzo bliskim sąsiedztwie linii kolejowej (nie więcej niż 50 m), co powoduje, że życie w tak usytuowanym mieszkaniu jest wyjątkowo uciążliwe.

Te regularne hałasy są dla mnie nie do zniesienia. Stale jeżdżą tędy długie pociągi towarowe, nie ma nawet chwili spokoju – mówi pani Swietłana, która próbowała prosić urzędników o inny lokal, w którym byłoby trochę ciszej. W odpowiedzi usłyszała, że… (sic!) może sobie kupić zatyczki do uszu. A jeśli jej się tu nie podoba, może z Polski wyjechać.

– Urzędnicy są dla mnie i dla mojego syna całkowicie bezduszni. Z kolei Polacy, zwykli obywatele, np. moi sąsiedzi, są wspaniali, pomocni, bezinteresowni. Gdy dodatkowo dowiadują się, że przyjechaliśmy z Białorusi – chcą jeszcze bardziej pomagać.

Lokal zaproponowany przez władze Gdańska, w momencie gdy wprowadzała się do niego pani Swietłana, był bardzo zaniedbany, zniszczony i brudny – co widzieliśmy na zdjęciach. Wstyd w takie miejsce zapraszać jakiegokolwiek gościa, ale najwyraźniej nie dla urzędników samorządowych.

Cały budynek jest obecnie w bardzo złym stanie technicznym, wymaga pilnego remontu – chodzi m.in. o klatki schodowe, instalację elektryczną, która zagraża bezpieczeństwu i wiele innych usterek, jednak na pytanie o to, czy kiedykolwiek jego mieszkańcy doczekają się niezbędnych napraw – wciąż słyszą tylko wymijające odpowiedzi.

Można by oczywiście powiedzieć, że bohaterka naszego reportażu powinna się cieszyć z tego, że w ma dach nad głową. Pani Swietłana ma jednak poczucie godności, chce być traktowana we własnej ojczyźnie jak człowiek, a nie jednostka gorszej czy niższej kategorii. Taka postawa wydaje się w pełni zrozumiała, bo nikt nie zasługuje na poniżające traktowanie, a już zwłaszcza w Gdańsku – mieście (jak publicznie deklaruje prezydent Aleksandra Dulkiewicz, a wcześniej Paweł Adamowicz) wolności, solidarności i otwartości.

Przeczytaj też:

Instytucją, która w imieniu władz Gdańska odpowiada za przydzielenie lokalu pani Swietłanie, jest Centrum Wsparcia Imigrantów i Imigrantek, które na swojej stronie internetowej deklaruje, że „stara się myśleć i działać równościowo, szanować różne umiejętności i doświadczenia. Stawia na uczenie się oraz zakłada, że w komunikacji i współpracy z imigrantami najważniejsze jest gromadzenie wiedzy, zaangażowanie oraz bycie osobą przyjazną”. W tym wypadku najwyraźniej nie zgromadzono dość wiedzy na temat warunków, w jakich przyszło żyć Polce, pani Swietłanie…

Mimo tego postanowiliśmy zapytać powyższą instytucję o pomysły na rozwiązanie problemu pani Swietłany. Odpowiedź jaką otrzymaliśmy, zdumiewa.

– Pani Sviatlana jest beneficjentką jednego z realizowanych przez naszą organizację projektów „Bezpieczny dom drogą do integracji w Gdańsku – kontynuacja”, w ramach którego korzysta z mieszkania wspomaganego – informuje Karolina Stubińska z Centrum Wsparcia Imigrantów i Imigrantek. – Naczelną wartością i zasadą naszej organizacji jest poszanowanie prywatności naszych klientów. W związku z tym bez wyraźnej prośby czy upoważnienia ze strony naszych klientów, nie komentujemy spraw bezpośrednio ich dotyczących.

Z podobną prośbą zgłosiliśmy się do Urzędy Miejskiego w Gdańsku jako instytucji nadrzędnej. Wszystko wskazuje na to, że gdańscy urzędnicy są jednak obojętni wobec sytuacji pani Swietłany. Co więcej – konsekwentnie milczą w jej sprawie, co zaczyna budzić coraz większe wątpliwości i kolejne pytania. Co zatem kryje się za sprawą Polki, którą niedawno odwiedziliśmy?

Michał Lange, www.gazetabaltycka.pl

Jedna myśl na temat “Przez gdańskich urzędników nie jesteśmy uważani za Polaków

  • Urzędnicy to też nowi osadnicy i przykro że tak postępują

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *