Nie śpij, bo cię przegłosują. Podsumowanie 2025 w Gdańsku
Rok 2025 w Gdańsku to seria wydarzeń, w których oficjalne opowieści rządzących miastem coraz częściej nie pasowały do tego, jak miasto było odbierane przez mieszkańców. Zamknięty Most Siennicki, działania tymczasowe, dużo medialnych propagandowych przekazów, a jednocześnie problemy z historią i coraz mniejsza przejrzystość decyzji – wszystko to sprawiało wrażenie, że miasto cały czas żyje w trybie kampanii prezydenckiej, nie blisko ludzi mieszkających na stałe w Gdańsku. To był rok pełen sprzeczności: duże pieniądze szły na wizerunek, a małe na sprawy naprawdę ważne. Poniżej subiektywna, ale oparta na faktach relacja z dwunastu miesięcy życia Gdańska.

Styczeń – Most Siennicki, miasto prowizorki

Głównym wydarzeniem stycznia był Most Siennicki. Konstrukcja od lat wymagała pilnego remontu i ostatecznie została zamknięta, co odcięło od bezpośredniego dojazdu około 20 tysięcy mieszkańców Wyspy Portowej. Zamiast przygotowanego wcześniej planu działań, wprowadzono tymczasowe rozwiązanie w postaci tzw. promu statkami nieprzystosowanych do tej operacji. Jeszcze dwa tygodnie wcześniej wiceprezydent Borawski zapowiadał, że prom nie zostanie uruchomiony. Ostatecznie jednak rozpoczął on kursowanie, generując koszt około 700 tysięcy złotych miesięcznie.
- Most Siennicki w Gdańsku – dekady zaniedbań
- Relacja ze spotkania władz Gdańska z mieszkańcami w sprawie M. Siennickiego
Na świąteczne dekoracje przeznaczono ponad 1,2 miliona złotych, a jednocześnie miasto zabiegało o głosy w plebiscycie, którego nagrodą było 50 tysięcy złotych na zakup sprzętu AGD dla domów dziecka. Takiego sprzętu można było kupić w liczbie 24. Zestawienie tych działań pokazało nieproporcjonalność priorytetów finansowych.
Luty – Miasto w bańce PR
W rejonie Długich Ogrodów spór dotyczący tzw. „Złotych Kamienic” na pewien czas ustał po otrzymaniu oficjalnego pisma od zarządcy spółki Waterside. Z dokumentu wynika, że Długie Ogrody pozostaną w obecnym kształcie jeszcze przez kilka lat. Dla części mieszkańców oznacza to spokój, dla innych jedynie odsunięcie w czasie dalszych decyzji dotyczących tego obszaru.
W tym samym czasie mieszkańcy odczuli znaczne podwyżki opłat za wodę, ścieki i parkowanie, wyraźnie wyższe niż poziom inflacji. W działaniach władz coraz częściej dominuje podejście administracyjne, a miasto jest przedstawiane głównie przez pryzmat oferty i wizerunku: estetyki przestrzeni, wydarzeń oraz infrastruktury dla pieszych i rowerzystów.
Najpoważniejszym wydarzeniem miesiąca był pożar zabytkowej hali ZNTK na Przeróbce. W czasie gdy ogień niszczył historyczny obiekt i miejsca pracy, oficjalne komunikaty miasta koncentrowały się przede wszystkim na zniszczonych rowerach systemu Mevo.
Miliony złotych płynące do miejskich portali i agencji obsługujących media społecznościowe budują szklaną kopułę nad Gdańskiem. Miasto staje się sceną dla ogólnopolskiej polityki i osobistych ambicji, gdzie rzetelna informacja ustępuje miejsca starannie wyreżyserowanym postom. Gdańsk w lutym to miasto, które bardziej dba o to, jak jest widziane w Radomiu czy Kluczborku, niż o to, jak czują się w nim jego mieszkańcy.
- Pożar hali ZNTK w Gdańsku- wsparcie dla poszkodowanych
- Hojne środki dla gdańskich mediów społecznościowych
Marzec – Prohibicja, hipokryzja i social media

Największe emocje wywołała decyzja o wprowadzeniu nocnej prohibicji. Władze miasta, tłumacząc się troską o porządek i trzeźwość mieszkańców oraz turystów, postanowiły znów „wiedzieć lepiej”, co jest dla ludzi dobre. Problem w tym, że w tej historii szybko wychodzi na jaw hipokryzja: sklepy i stacje benzynowe dostały zakaz, ale lokale gastronomiczne, w których interesy mają także decydenci, nadal mogą spokojnie sprzedawać alkohol nocą.
Obraz władzy w tym miesiącu dopełnia wizerunek prezydent jako influencerki społecznościowych serdeczności. Oficjalny profil prezydent miasta ewoluował w stronę interaktywnego kalendarza urodzin i kroniki towarzyskiej, gdzie życzenia dla radnych, a nawet mieszkańców zoo, zajmują więcej miejsca niż debata o realnych problemach.
Kwiecień – Kampania, plastik i fasada demokracji

Gdańsk znów zamienił się w polityczne widowisko, w którym trudno już odróżnić obywatelską aktywność od zwykłej politycznej partyzantki. Z jednej strony są nocne akcje wieszania banerów, w które osobiście angażuje się prezydent, promując hasło „Nie śpij, bo cię przegłosują” i pilnując, by jej faworyci byli dobrze widoczni. Z drugiej strony pojawiają się „bohaterowie” w rodzaju redaktora Daszczyńskiego, który w imię demokracji przeprowadza wywiad z człowiekiem selektywnie zdejmującym plakaty politycznych przeciwników.
Przeczytaj: Gdański kac po pięciu latach. Krytyczna analiza prezydentury Aleksandry Dulkiewicz
Całość wywiadu dopełnia szczegółowy instruktaż, jak niszczyć cudze materiały tak, żeby nie ponieść konsekwencji.
Symbolami „skuteczności” stały się: sypiący się Most Siennicki, którego zamknięcie badane jest przez prokuraturę, oraz system FALA, technologiczny potwór, pochłaniający dziesiątki milionów złotych.
Kwiecień w Gdańsku to też „Sprzątanie Świata”, mieszkańcy sprzątają za miejskie służby, tym razem bez obecności władzy w roli fotograficznej gwiazdy. Jedynym działającym mechanizmem wydaje się interaktywny kalendarz imprez prezydent, skrupulatnie odnotowujący rocznice zaprzyjaźnionych polityków. Tymczasem prawdziwe problemy np. pożar laboratorium narkotykowego na Przeróbce, ale także dewastacja flag na Westerplatte, pokazują, że pod radosnym PR-em życie w Gdańsku bywa znacznie mniej kolorowe.
Poczucie humoru mieszkańców zostaje wystawione na ciężką próbę w ramach niekończącego się gdańskiego prima aprilis.
Maj – Przekupstwo frekwencyjne i betonowe dziedzictwo

Kampania wyborcza weszła w fazę motywacyjnego wsparcia, które można spokojnie nazwać przekupstwem. Gdańsk i Sopot kusiły obywateli darmowym wejściem do ZOO, czy wizją nocy w Grand Hotelu. To powrót do PRL-u, gdzie za spełnienie obywatelskiego obowiązku dostawało się cytrusy z Kuby. Dzisiaj zastąpiła je karta miejska i bilet do zoo.
Włodarze miasta odkryli też nową formę bliskości z mieszkańcami: polityczne „najścia na chatę”. Prezydent Dulkiewicz, stroniąca od przypadkowych uścisków dłoni, tym razem osobiście doglądała gdańszczan. Profrekwencyjna troska nabrała znamion marketingu obnośnego. Okazało się, że w 2025 roku polityka nie tylko puka do drzwi, ale próbuje wejść w zabłoconych butach prosto do mieszkań, ignorując prawo do prywatności.
Republika Deweloperów i betonowe dziedzictwo – Wyspa Spichrzów – stały się symbolem „nowoczesności z szacunkiem dla historii”. Nowa zabudowa, skrojona pod algorytmy Booking-com, zdominowała panoramę Głównego Miasta, zamieniając historyczną tkankę w makietę. Podczas gdy władze celebrują sukcesy przy ławeczkach pamiątkowych, Złota Brama, początek Traktu Królewskiego, zamienia się w ruinę, mogącą służyć za scenografię do filmu o oblężeniu miasta. To smutny paradoks: budujemy apartamenty dla turystów, pozwalając jednocześnie, by to, po co tu przyjeżdżają, obracało się w ruinę. W sumie można rzec: jaki król, taka brama.
Maj przyniósł również echo dawnych afer. Nieujawnione dochody, złote monety przywożone z robót przymusowych trafiły na salę sądową w procesie Janiny A. Jednocześnie w innej sali Sławomir Cenckiewicz po sześciu latach triumfował nad Lechem Wałęsą, broniąc prawdy historycznej przed oskarżeniami o fałszerstwo.
Czerwiec – Propaganda sukcesu kontra rzeczywistość

Miesiąc ten przyniósł obraz filmowy w swej grozie – próbę siłowego sforsowania wrót przeciwpowodziowych przez jednostkę Galar Gdański. Absolutny brak odpowiedzialności przy jednoczesnym poczuciu bezkarności. Fakt, że sternik był trzeźwy i zdecydował się na taranowanie stalowej bariery z pasażerami na pokładzie, jest metaforą zjawiska: lekceważenia procedur w imię dotarcia do celu za wszelką cenę.
Na sesji absolutoryjnej Rady Miasta zderzyły się dwa światy: pełen sukcesów raport urzędników i surowa relacja mieszkańców. Trzy godziny wystąpień pokazały, jak daleko jest magistrat od dziurawych ulic, śmietników i pustostanów.
Wybory prezydenckie ukazały gdański samorząd jako miejsce, gdzie aparat miejski stał się przedłużeniem sztabu wyborczego jednego kandydata. Zaangażowanie środków publicznych w akcje profrekwencyjne, które w swym przekazie niebezpiecznie przypominały agitację partyjną, pozostawiło niesmak. Najbardziej symbolicznym momentem okazał się jednak finał wieczoru wyborczego: przedwczesne gratulacje dla Rafała Trzaskowskiego i sen gdańskich liderek, który brutalnie zweryfikował hasło „Nie śpij, bo cię przegłosują”. Gdy rzeczywistość polityczna okazała się inna od zamierzonej, pozostały jedynie lakoniczne gratulacje na Facebooku dla Karola Nawrockiego. Pozostały – po serii obelg i zwyczajnego braku kultury. Sutener, oszust i kolega gangsterów został prezydentem Polski. Boli? Nas również boli, że mamy taką władzę w mieście.
Mieszkaniec jest tylko widzem zmuszonym do płacenia za widowisko, jakie urządza miasto w trybie albo niekończącej się kampanii, albo nieustającego festynu.
Lipiec – Pamięć historyczna na sprzedaż

Najmocniejszym wydarzeniem miesiąca stała się dyskusja wokół wystawy poświęconej przymusowym wcieleniom polskich mieszkańców Pomorza do Wehrmachtu. Tytułowa infantylizacja określająca ich mianem „naszych chłopców” wywołała uzasadniony opór. Gdańska pamięć wciąż krwawi, a próby jej opakowania w nowoczesną formę muzealną bez uszanowania intymności rodzinnych tragedii i eksperckiej rzetelności, rodzą jedynie głęboki dysonans. Historia Kaszubów nie jest bowiem „ciekawym tematem”, jest żywą raną, której nie powinno się trywializować.
Ziemia przy ulicy Sukienniczej postanowiła przypomnieć o jeszcze dawniejszych mieszkańcach grodu. Odkrycie szczątków rycerza o niemałym wzroście.
Projekt wirtualnego portalu za niemal pół miliona złotych stał się obiektem kpin. W mieście, w którym nieczynny Most Siennicki odciął tysiące mieszkańców od centrum Gdańska, a brak toalet publicznych doskwiera w sezonie turystycznym bardziej niż brak kontaktu z odległym miastem partnerskim, idea budowy teleportu brzmi jak scenariusz z filmu Barei.
Sierpień – Wolność słowa pod rachunkiem

W polskim prawie pojawiła się dziwna „jednostka”: 89 000 złotych za sfotografowanie policyjnej interwencji. Sprawa fotoreportera Roberta Kwiatka pokazuje, jak absurdalna potrafi być rzeczywistość.
Dziewięciu funkcjonariuszy, uznając, że podczas akcji wymierzonej w człowieka przebranego za Batmana ucierpiał ich wizerunek, wystawiło rachunek jako „odszkodowanie za wstyd”. Państwo w osobie uzbrojonych ludzi domaga się fortuny od świadka z aparatem. Całość wygląda jak zastraszanie pod przykrywką ochrony dóbr osobistych.
„Nasi Chłopcy” to bolesny przykład tego, jak lokalne ambicje muzealników mogą zamienić się w wizerunkową katastrofę o zasięgu międzynarodowym. Narracja o trudnych wyborach i „naszych chłopcach” w niemieckich mundurach, prowadzona z dużą dozą (być może naiwnej) empatii przez gdańskie muzea, rykoszetem uderzyła w Polskę na łamach Frankfurter Allgemeine Zeitung.
Zbitka słowna „Hitlers polnische Soldaten” to owoc niefortunnego doboru słów i braku wyczucia ciężaru gatunkowego tematu. Tam, gdzie miała być głęboka analiza historyczna, pojawiło się pole do manipulacji i wybielania win.
Sierpień przyniósł również moment ostatecznej zmiany warty. Karol Nawrocki, postać nierozerwalnie związana z gdańskim sporem o pamięć historyczną (ale nie tylko: odkrycie szczątków obrońców Westerplatte – wbrew kłodom rzucanym pod nogi przez Pawła Adamowicza – jest wydarzeniem ogólnokrajowym), zamienił gabinet prezesa IPN na najważniejszy urząd w państwie. Zaprzysiężenie gdańszczanina na Prezydenta RP to dla miasta moment szczególny. Uroczystość, pełna symboli religijnych i państwowych, zakończyła miesiąc w tonie powagi i nadziei na nowy rozdział w historii kraju. Wielu jednak nie mogło tego znieść.
Wrzesień – Historia, mural i upadek standardów
We wrześniu w Gdańsku historia stała się przedmiotem wycen i przemian. Z jednej strony Muzeum II Wojny Światowej zapłaciło blisko 300 tysięcy złotych za zdjęcie pamięci o o. Kolbem i rodzinie Ulmów, z drugiej, na jednej z kamienic powstał mural poświęcony Kosycarzom. Odsłonięty 17 września, przypomniał o ubeckich fragmentach życia Zbigniewa Kosycarza.
Komitet Obrony Demokracji, zamiast na barykadach, odnalazł się, celebrując urodziny za publiczne pieniądze. Demokracja w gdańskim wydaniu wydaje się dobrze opłacanym etatem, który zastępuje realny dialog z mieszkańcami.
Symbolem upadku standardów stała się radna Sylwia Cisoń. Jej „lekcja topografii Gdańska” udzielona taksówkarzowi, pełna obelg i okrzyków, które nie przystoją nawet w kuluarach, a tym bardziej w przestrzeni publicznej, pokazała władzę przekonaną o własnej nietykalności. Dyskusja o darmowych kolacjach w lożach VIP na stadionie dopełniła obrazu klasy politycznej, która od reszty gdańszczan oddzielona jest przywilejami i darmowym wyszynkiem.
Podczas gdy prezydent tradycyjnie składała na swoim profilu życzenia prezydentowi Wrocławia, absolwentowi znanej uczelni, gdański magistrat postanowił ograniczyć dostęp do informacji publicznej. Ukrywanie pełnej treści zapytań w mieście, które chwali się wolnością, brzmi słabo.
Na nowej ekostradzie (ścieżce rowerowej) urzędnicy świętowali sukces z telefonami w dłoniach i boleśnie sprawdzali twardość nowej nawierzchni. Nawet kradzież Lexusa rodzinie premiera w Sopocie i jego szybkie odnalezienie w Gdańsku dodały miesiącowi posmaku kina klasy B, w którym służby specjalne muszą mierzyć się z prozą życia nadmorskich kurortów.
Październik – Teatr absurdu i demokracja w błocie

Sprawa radnej Sylwii Cisoń stała się przestrogą dla standardów etycznych w samorządzie. Po incydencie z taksówkarzem jej powrót do Rady Miasta nie przyniósł szczerych przeprosin. Zamiast tego mieszkańcy dostali oświadczenie. To klasyczny przykład strategii „przeczekajmy”. Tam, gdzie brakuje wstydu, lekarstwem ma być czas.
Ulica, której nie było, czyli dyplomacja w błocie. Absurd osiągnął swoje apogeum w momencie, gdy machina miejska zaprosiła Prezydenta RP na otwarcie… gnojowiska. Historia ulicy im. Jana Samsonowicza, która w dniu uroczystości okazała się jedynie wizją w głowach urzędników. Służba Ochrony Państwa, brodząca w błocie w poszukiwaniu ulicy, to obrazek, który najlepiej podsumowuje ratuszową propagandę.
System kaucyjny, reklamowany jako proekologiczny przełom, w gdańskim wydaniu szybko zamienił się w zapowiedź wyższych rachunków za wywóz nieczystości. To ironia losu: im bardziej mieszkańcy starają się być „eko”, tym drożej muszą za to płacić, bo system traci „wartościowy surowiec”.
W tle tych dylematów odbywały się uroczyste obchody Dnia Jedności Niemiec w ECS.
Listopad – Miasto świateł i politycznego samozachwytu

Gdańsk w listopadzie stał się swoistym „miastem światła” – i to w podwójnym znaczeniu. Z jednej strony, prezydent Aleksandra Dulkiewicz została uhonorowana tytułem „Liderki Samorządności”. Skład kapituły nadał wydarzeniu rangę niemal państwową. Z drugiej strony miasto zanurzyło się w komercji Jarmarku Bożonarodzeniowego. To pokazuje dualizm Gdańska: miasto potrafi osiągnąć wielki sukces, który czasem przysłania rosnące koszty i podatki, o których kapituły konkursowe zdają się nie pamiętać.
Ważnym tematem była debata o ograniczeniu kadencji w samorządach. Wypowiedzi prezydent Dulkiewicz, która na komisji sejmowej nazwała to „zagrożeniem dla Polski”, wywołała raczej zażenowanie. Pokazuje to, że dla władz własna stabilność samorządowa często staje się równoznaczna z interesem państwa.
Zamknięcie rosyjskiego konsulatu to wydarzenie o dużym znaczeniu politycznym. Placówka przy ul. Batorego znika z mapy miasta. W tym momencie blask Jarmarku Bożonarodzeniowego przygasa wobec powagi sytuacji międzynarodowej.
Grudzień – Protesty, brak dialogu i pat dyplomatyczny

Ostatni miesiąc roku zdominowały tematy związane z brakiem transparentności w relacjach z radami dzielnic oraz skomplikowaną sytuacją własnościową nieruchomości po rosyjskim konsulacie.
Doroczne Obywatelskie Spotkanie Gdańszczan stało się tłem dla protestu radnych dzielnicowych. Transparent z hasłem „Stop lekceważeniu rad dzielnic” oraz list otwarty w sprawie kontrowersyjnych inwestycji komunikacyjnych unaoczniły głęboki rozdźwięk między władzami miasta a lokalnymi społecznikami.
Kontrowersje wzbudził też brak jawności w badaniach opinii publicznej, za które płacą mieszkańcy, a których wyników magistrat nie udostępnia. Podobny problem dotyczył tzw. „afery czekoladowej”, brak transparentności w oznaczaniu produktów promocyjnych przez Gdańską Organizację Turystyczną wywołał dyskusję o etyce i standardach miejskiego marketingu.
Decyzja o przeniesieniu punktu obsługi GZDiZ z centrum miasta do Wrzeszcza, by ustąpić pola inwestycji deweloperskiej, stała się symbolem marginalizowania mieszkańców na rzecz interesów deweloperskich.
Miesiąc zamknął spór o budynek przy ul. Batorego. Mimo formalnego zakończenia działalności rosyjskiego konsulatu odmowa wydania kluczy i pozostawienie w budynku personelu technicznego postawiły władze miasta i państwa przed trudnym wyzwaniem prawnym.
Kolejna „genialna” akcja miasta, zbiórka starych telefonów dla osób bezdomnych. Problem w tym, że brak dachu nad głową, jedzenia czy miejsca do spania nie znika. Kto będzie te telefony ładował? Kto za to płacił? Typowe, pozorne działania. W mediach wygląda dobrze, a w praktyce to kolejny PR-owy ruch, żeby pokazać, że miasto „dba o bezdomnych”. Nikt nie zastanowił się, czy faktycznie ktoś dostanie prawdziwą pomoc. Naprawdę urzędnicy myślą, że telefon jest potrzebny bezdomnemu, by dzwonić do banku? Obawiamy się, że naprawdę.
Aktualnie mieszkańcy Gdańska przeżywają lepienie pierogów przez prezydent i przytulanie się do fizjoterapeuty na stoku narciarskim. To jest najważniejsze. Rok 2025 w Gdańsku nie był tylko rokiem jednego kryzysu. Pokazał, że prowizorka, brak przejrzystości i zamykanie się w swoich bańkach stają się standardową metodą zarządzania. To był rok, w którym pytanie „dla kogo jest to miasto?” brzmi bardziej zasadnie niż kiedykolwiek wcześniej.

