O gdańskiej betonozie, demoralizacji władzy samorządowej, ignorowaniu oddolnych pomysłów i inicjatyw oraz o tym jak żyje się w Dolnym Wrzeszczu. Janusz Ch. rozmawia z Rogerem Jackowskim – radnym dzielnicy Wrzeszcz Dolny, jednym z liderów stowarzyszenia „Rowerowa Metropolia”, działaczem „Zielonej Fali Trójmiasto”

Roger Jackowski - "Beton w głowach" powinno się likwidować od góry - czyli od władz samorządowych, od polityków.
Roger Jackowski – „Beton w głowach” powinno się likwidować od góry – czyli od władz samorządowych, od polityków.

Janusz Ch.: Na początek: co jest w twojej opinii większym problemem – beton w głowie, czy zalane betonem trawy, drzewa, tereny zielone?

Roger Jackowski: Odpowiem przekornie – nasze miasta potrzebują betonu i to całkiem sporo.
Na przykład w postaci dobrze zaprojektowanych, równych i gładkich chodników w miejscu tzw. przedeptów, na których ludzie brodzą w błocie czy w postaci rozbudowy sieci tras rowerowych. Problem w tym, że ten beton (czy asfalt) powinien być dobrze zaprojektowany. Nie po to, aby „wydatkować środki” i nie po to, aby księgowym w urzędzie zgadzały się słupki, ale po to, by rosła jakość życia w mieście – np. dzięki polepszaniu warunków mobilności innej niż samochodowa.

Równocześnie mamy do czynienia z masowym zjawiskiem lania betonu na oślep – byle wydać fundusze albo dla ułatwienia życia wąskiej grupie interesu. Takich grup interesu zainteresowanych betonowaniem wszystkiego co się da jest kilka i są bardzo wpływowe. Czasem chodzi po prostu o pieniądze (jak w przypadku deweloperów), a czasem o wygodę urzędników czy projektantów – bo beton jest prostszy w realizacji i utrzymaniu, a zieleń tym grupom „sprawia problemy” zawodowe.
Jeśli dodamy do tego lenistwo i ignorancję władz politycznych, samorządowych – którym po prostu nie chce się nadzorować podległych urzędników, mamy kompletny obraz sytuacji. Na koniec wszyscy jako mieszkańcy zostajemy z brzydkim, niefunkcjonalnym miastem, które wygląda jak skrzyżowanie hurtowni kostki betonowej z przeskalowanym blokowiskiem. W takim mieście po prostu źle się żyje.

J.Ch.: Którego betonu pozbędziemy się szybciej? Jak przyspieszyć ten proces? Znasz jakiś sposób?

R.J.: „Beton w głowach” powinno się likwidować od góry – czyli od władz samorządowych, od polityków. Oni mają w rękach kompetencje, aby zmuszać urzędników, inwestorów, różne instytucje do jakościowego projektowania i przebudowywania miasta, także jego zielonej infrastruktury. Niestety wielkim rakiem, który toczy Polskę, jest kompletny upadek samorządu terytorialnego, zwłaszcza w dużych miastach. Prezydenci miast są w praktyce nieodwoływalni, zaś ewentualna konkurencja w przypadku wyborów musi stawać w szranki z gigantycznym aparatem urzędniczym i promocyjnym stojącym za dotychczasowym prezydentem. W ten sposób w wielu miastach stworzyły się wręcz dynastie władzy, które z demokratyczną formą rządów nie mają nic wspólnego. Politycy na szczeblu centralnym niewiele z tym robią, a patologia się rozrasta.

Moim zdaniem, prędzej czy później dojdzie do jakiegoś przesilenia, poziom demoralizacji tzw. „elit samorządowych” jest w wielu przypadkach wyższy niż elit partyjnych w PRL – u. Zmiany możemy przyspieszyć my sami, choć jest to trudna i żmudna droga, i wymaga ona poświęcenia czasu i zasobów. Wiedzie ona np. poprzez wchodzenie do lokalnych stowarzyszeń czy rad dzielnic, tworzenie inicjatyw miejskich domagających się jakości działania władz i urzędników.

J.Ch.: Żeby odbetonowanie miasta było możliwe, to trzeba mieć do tego sensownego partnera. Jak wiadomo, władze miasta nie były zadowolone, gdy Zielona Fala pokazywała kolejne wycinki, kolejne drzewa w donicach, oraz ujawniła film, pokazujący rzeczywisty stan konającej oliwskiej palmy. Rozmawialiście z miastem inaczej niż poprzez wzajemną wymianę uszczypliwości w mediach?

Plan Gdańska wobec niezależnych społeczników – wariant białoruski

R.J.: Na prawdziwy dialog czekamy od lat i to nie tylko w sprawach zieleni. Osobiście jestem gotowy praktycznie od ręki na spotkanie z władzami Gdańska w tematach ekologii czy transportu. Jedynym warunkiem jest realny plan pracy i realizacji wspólnie wypracowanych pomysłów. Druga strona żegluje jednak w przeciwnym kierunku: za wszelką cenę chce uniknąć debaty i konkretów, zaś udział aktywistów lokalnych odbiera jako zamach na swoją władzę (rozumianą i faktycznie sprawowaną w stylu dworskim) lub konkurencję o uwagę mediów czy mieszkańców. Z takim podejściem nie ma szans na jakąkolwiek współpracę.

Zamiast tego ogromne sumy inwestowane są w inscenizacje PR – owe, zakłamane komunikaty i pseudokonsultacje. Jest to parodia demokracji lokalnej. Konkretne przykłady pokazują jej skalę. Jeśli prezydent może np. sfałszować głosowanie budżetu obywatelskiego albo wyrzucić podpisy 7 tysięcy mieszkańców do kosza, łamiąc procedury uchwalone przez Radę Miasta – to jasno pokazuje, jaki jest plan władz Gdańska wobec niezależnych społeczników. Określiłbym go jako miękki wariant białoruski. Nie biją pałkami – ale reszta metod czyli oszustwa, fałszerstwa, kłamliwa propaganda, ogłupianie ludzi jest na porządku dziennym.

J.Ch.: A może udało się wam porozmawiać z jakimś deweloperem? Zdaje się, że to deweloperzy, zaraz po mieście, mają największy wpływ na kreowaniem zieleni w naszym otoczeniu. Może któryś z nich poprosił Zieloną Falę o poradę, kontaktował się z Wami?

R.J.: Tak, miewamy nieoficjalne kontakty z deweloperami. Jest to grupa podchodząca do spraw bardzo profesjonalnie, zainteresowana zyskiem. W ramach tego, na co pozwala im rynek (który oczywiście sami także kreują, a więc np. współodpowiadają za jego patologie), deweloperzy są w stanie iść na pewne kompromisy czy ulepszać pewne rzeczy. Nie oczekiwałbym tu zbyt wiele, bo to urzędnicy i instytucje publiczne powinny narzucać im granice i normy, a naiwnością byłoby liczyć na samoograniczenie ze strony biznesu – ale paradoksalnie nawet ci deweloperzy, którzy chcieliby (w ramach swojego biznesplanu) zrobić coś z sensem, np. w kwestii przesadzania czy nasadzania zieleni – w urzędach napotykają na istny beton ignorancji, lenistwa i zwykłej głupoty (czasem podlanej także sosem zawiści). Z tego powodu szybko odechciewa im się prób ulepszeń.

J.Ch.: Zielona Fala sadziła partyzancko drzewka. Przygotowujecie się do nowego sezonu, planujecie kolejne akcje? Opinie mieszkańców były pozytywne, są przychylni temu pomysłowi.

R.J.: Tak, to będzie z pewnością jeden z rozwojowych kierunków naszego działania. Wobec gnicia struktur miejskich i prawie kompletnej blokady inicjatyw przeprowadzanych na drodze formalnej (np. blokowania wielu sensownych projektów BO) działania nieformalne czy „partyzanckie” muszą zyskać na znaczeniu. Szkoda, bo lepiej jest, gdy np. nasadzenia powstają według długofalowego planu i wyższych standardów jakości, ale innej drogi obecnie nie ma.

J.Ch.: Co z zasadzonymi już drzewkami? W jakim są stanie, czy trafiały się przypadki dewastacji?

R.J.: To zależy od wielu czynników, jak np. wielkości sadzonek, wiedzy sadzących czy warunków pogodowych w danym roku – ale generalnie sadzenie społeczne czy też „partyzanckie” ma dość wysoki odsetek przyjmowania się roślin. Zdecydowanie wyższy niż by się to mogło na pierwszy rzut oka wydawać. Oczywiście z pomocą przychodzi też rozwijająca się technologia szkółkarska i wiedza botaniczna. Dewastacje zdarzają się zawsze i to zarówno wobec nasadzeń „partyzanckich” jak i oficjalnych, ale skala zagrożenia jest niska. Większym problemem bywa wpływ pogody, a zwłaszcza wiosenne i letnie okresy suszy.

Nagrodziliśmy ludzi, którzy nie dotrzymują słowa

J.Ch.: Niedawno ogłoszono też rozpoczęcie konsultacji w sprawie budowy 9 EKOtras, a także aktualizację miejskiego dokumentu STER, czyli Systemu Tras Rowerowych dla Gdańska. Tak się składa, że jesteś też związany z Rowerową Metropolią. Weźmiesz udział w tych pracach?

R.J.: Nie widzę sensu brania w nich udziału, ponieważ te „ekostrady” to prawie wyłącznie trasy, które istniały już we wcześniejszej wersji dokumentu STER, ale wbrew wielokrotnym obietnicom polityków i urzędników od ponad 10 lat nie zostały zrealizowane. Za pierwszą edycję studium STER Rowerowa Metropolia przyznała nawet nagrody urzędnikom – wierząc w ich zapewnienia o planach realizacji. Czas pokazał, że nagrodziliśmy ludzi, którzy nie dotrzymują słowa.

Co więcej, w przypadku jednej z obecnie lansowanych tras, to znaczy trasy ze Śródmieścia na Chełm wzdłuż al. Armii Krajowej, od lat mamy do czynienia ze starannie zaplanowaną i realizowana akcją blokowania realizacji tej trasy, zgłaszanej przez aktywistów do Budżetu Obywatelskiego. Nasz projekt w BO najpierw nie był dopuszczany do głosowania, w kolejnym roku sfałszowano głosowanie BO, w kolejnych latach ponownie blokowano dopuszczenie do głosowania. Gdy dwa lata temu w końcu udało się wymusić dopuszczenie do głosowania i projekt wygrał (w zakresie obejmującym etapową realizację, z uwagi na śmiesznie niską wysokość finansowania z BO), to wbrew jego treści i stanowisku autora urzędnicy zmienili zakres inwestycji i „przekierowali” pieniądze na realizację trzeciorzędnych prac towarzyszących, byle tylko nie rozpocząć zasadniczej inwestycji. Zgłoszenie kolejnego etapu do BO oczywiście zablokowano. Doprawdy, wielu mieszkańców Gdańska nie zdaje sobie sprawy, jak zdemoralizowani i zakłamani ludzie rządzą tym miastem.

J.Ch.: A czy uważasz, że Twój głos zostałby wysłuchany, wzięty pod uwagę? Przecież urzędnicy, mimo apeli, zmienili projekt drogi rowerowej na Chełm wzdłuż Armii Krajowej.

R.J.: Nie mam co do tego złudzeń. Wspomniana przez ciebie zmiana projektu (w celu powstrzymania realizacji tego, na co zagłosowali mieszkańcy), którą opisałem w odpowiedzi na wcześniejsze pytanie, jest najlepszym dowodem na intencje i metody działania obecnych władz Gdańska.

J.Ch.: Internauci wytykali Tobie współpracę z miejską opozycją (i związanymi z nią mediami) oraz sugerowały, że są to zbyt zażyłe kontakty. Co o tym myślisz? Drzewa i świeże powietrze nie dzielą się przecież na „lewackie” i „prawackie”, każdy z nas chce żyć wśród drzew i chce oddychać czystym powietrzem. Jaki sens mają takie komentarze?

R.J.: Nie mają żadnego sensu, w sporej części są to zresztą wpisy autorstwa urzędników miejskich, którzy po pracy muszą wyrobić „nadgodziny lojalnościowe” wobec dworu rządzącego miastem. W innej części, są to wpisy osób spoza urzędu, którym skutecznie zamieszano w głowach, co w dzisiejszych czasach okładania się obuchem plemiennej wojenki PiS vs. PO jest banalnie łatwe, bo ludzie bezkrytycznie „kupują” tę narrację, wcielając się w role „kiboli” tej lub innej partii politycznej.

Mi osobiście kompletnie nie robi różnicy, jaki polityk z jakiej partii poprze moje postulaty, byle był skuteczny w ich realizacji, dotrzymywał słowa danego mieszkańcom i społecznikom, nie kłamał, nie oszukiwał, nie fałszował czy nie cenzurował głosowania w BO, nie posługiwał się PR – owymi manipulacjami i ogólnie, po prostu nie robił szopek dla własnych korzyści – tylko pracował dla dobra wspólnego. Z każdym takim politykiem mogę współpracować – od ręki – czy będzie z PiS, PO, PSL, Lewicy, czy skądkolwiek. Na tym właśnie polega zdrowa, demokratyczna polityka – na współpracy dla osiągania celów pożytecznych publicznie. Ludziom, którzy tego nie rozumieją, serdecznie współczuję stanu umysłu i życzę, aby w spokojniejszej chwili zastanowili się nad tym, czym powinna być demokracja i jak powinno wyglądać życie polityczne w Polsce, abyśmy żyli w lepszym kraju.

J.Ch.: Jak ci się żyje w Twojej dzielnicy? Narzekasz na zanieczyszczone powietrze i brak zieleni?

R.J.: Żyje mi się dobrze, ale to niestety nie jest zasługa decyzji obecnych władz miasta, tylko szlachetności i jakości planowania przestrzennego osiedla, na którym mieszkam, a które wybudowano w latach 20., gdy „w modzie” były idee takie jak „miasto – ogród” czy neotradycjonalizm w architekturze (proste ale szlachetnie zdobione budowle, często ze szlachetnych, a przy tym zdrowych materiałów, takich jak cegła czy zaprawa wapienna). Korzystając z dobrodziejstw takiego miejsca zamieszkania, postanowiłem działać na rzecz tego, aby i mieszkańcy innych części miasta mogli cieszyć się ulepszeniami ich jakości życia i tkanki miejskiej. Problemem jest oczywiście jakość powietrza, która, zwłaszcza przy niekorzystnym układzie wiatrów z południa i południowego wschodu nawiewa nad Dolny Wrzeszcza zanieczyszczenia z niskiej emisji.
Mam nadzieję, że w nadchodzących latach uda się nam zmusić władze do działania w tej kwestii, ponieważ aktualne tempo wymiany pieców i wysokość dofinansowania są tak żenujące, że cały proces zajmie kilka dziesiątków lat.

J.Ch.: I na koniec, gdybyś mógł od ręki zmienić jedną rzecz w całym Gdańsku – co by to było?

R.J.: Wskazanie jednej rzeczy to bardzo trudne wyzwanie, ale postaram się ciebie przechytrzyć. Przeznaczyłbym 10 – 15 razy większy budżet na kompleksowe przebudowy lokalnych ulic. Takie przebudowy powinny obejmować pełen pakiet: nowe, równe chodniki, nasadzenia szpalerów drzew i krzewów, równe, gładkie, asfaltowe jezdnie bez kocich łbów (a często także odejście od podziału na jezdnie i chodniki na rzecz tzw. woonerfów), przebudowę ulic dla podniesienia bezpieczeństwa (mini ronda, zwężenia, pasy rowerowe, wysokiej jakości progi spowalniające, azyle dla pieszych), remonty elewacji budynków komunalnych i nasadzenia zieleni ściennej (np. pnączy).

Te przebudowy powinny być planowane i finansowane przez zarządy dzielnic, a nie przez urzędników zza biurek. Po 10 latach Gdańsk wyglądałby w połowie jak Monachium albo Kopenhaga, bo jesteśmy dość bogatym miastem, tylko pozwalamy gospodarować naszymi podatkami bardzo niekompetentnym, a czasem także bardzo nieuczciwym ludziom.

J.Ch.: Dziękuję za rozmowę.

Z Rogerem Jackowskim rozmawiał Janusz Ch.


Discover more from Gdańsk Strefa Prestiżu

Subscribe to get the latest posts to your email.

2 thoughts on “O betonozie i demoralizacji gdańskiej władzy samorządowej

  • Voonerf to lewacki wymysł, pomieszanie z poplątaniem, umysłowy upadek. To jest realizacja totalnego chaosu w realu, brawo za zanegowanie osiągnięć cywilizacji wymyśleniem tego gówna. Podobnie jak deszczowe ogrody, następny koszmar nocny.

    Odpowiedz
    • Brawo za głos konstruktywnej krytyki błyskotliwie uzasadniony licznymi argumentami i nienaganną merytoryką ;) Udało ci się aż dwa tematy (woonerfy i ogrody deszczowe) zniszczyć, zaorać i zmasakrować! Jestem pod wrażeniem ;) PS. Jak ochłoniesz to chętnie poczytam jakieś argumenty, dlaczego uważasz je za złe rozwiązania. Pozdrawiam,

      Odpowiedz

Dodaj opinię lub komentarz.