Na przykładzie Gdańska – cz. 5 budownictwo

Drogi, jeszcze kilka przykładów.

Poprowadzenie sześciopasmowej, przelotowej trasy z torowiskiem, tnąc na części gotyckie miasto, rozdzielając obszary klasyfikowane do wpisania na listę światowego dziedzictwa UNESCO jest doprawdy drastyczną, niszczycielską niedorzecznością. Podobnie – utwierdzenie trasy średnicowej. Ale przykładów urągającego sensowi poprowadzenia dróg jest w Gdańsku więcej. Zacznę od przykładu niezwykle wyrazistego.

przeczytaj:

Karetka.

Przed zawodami Euro 2012 pobudowano w Gdańsku duży szpital z oddziałem ratunkowym, ale nie zadbano o właściwy dojazd dla karetek. I tak na przykład ambulans pędzący od centrum miasta musi nawrócić przez tory tramwajowe, jakiś czas jechać w kierunku skąd przyjechał, skręcić 90 stopni w prawo i piąć się do góry wąską, brukowaną, wyboistą uliczką, po czym na rondzie znów w prawo i zaraz na skrzyżowaniu ze światłami w lewo i stąd dopiero do szpitala – drogą wzdłuż której trwa walka o zaparkowanie samochodów, bo nie pomyślano o zbudowaniu przy Uniwersytecie Medycznym odpowiedniego parkingu. Właściwie to parkingu tam w ogóle nie ma, jest dosłownie tylko kilka miejsc…

I tak tam karetki te jeżdżą – to do przodu, to do tyłu, to w prawo, to w lewo, kręcą się tam i z wolna tłuką  po wybojach, choć przecież wiozą ludzi zbolałych, pilnie potrzebujących pomocy, a w dodatku przeciągle trąbią mieszkańcom pod oknami.

Miasto solidarności? Naprawdę?

rondo Kopernika/Chodowieckiego

Skrzyżowanie na Chełmie.

Skrzyżowanie sześciu dróg zrobione tak, że w jego newralgicznym miejscu powstają denerwujące, konfliktowe sytuacje. A wystarczyło po prostu zrobić tu rondo. Albo jakoś inaczej rozprowadzić ruch w dzielnicy. A pamiętajmy, że wytyczono te drogi w szczerym polu, nie było tu żadnych uwarunkowań…

Skrzyżowanie na Ujeścisku.

Podobnie tu, na Ujeścisku, skrzyżowanie ulic Piotrkowskiej i Jeleniogórskiej wymyślono tak, że droga podrzędna łączy się z prowadzącą pod górę główną na jej łuku 90 stopni, a wewnętrzną stronę łuku obsadzono drzewami… Pochyłość, słaba widoczność – nerwowo, bardzo niebezpiecznie. Również i tu stworzono tę sytuację wchodząc na puste pole. Ilu ludzi będzie się tu męczyło i denerwowało – przez ile dziesiątków lat…

Skrzyżowanie Kartuskiej z Łostowicką.

Stary trakt, ulica Kartuska, przebiega doliną między wzgórzami, więc aż prosiło się w tym miejscu przerzucić estakadę. Ulicą Łostowicką zjeżdża się ostro z góry, trzeba hamować, stawać na światłach, by znów za skrzyżowaniem podjeżdżać pod górę. Od niedawna kursuje tędy tramwaj, co jeszcze komplikuje ruch. Teraz bywają tam korki, a jaki jest sens budować założenia drogowe, które już w czasie powstawania nie spełniają wymaganych warunków? Ilu znów ludzi będzie się tu denerwować, ile niepotrzebnie wypalanego paliwa, ile niepotrzebnie wypuszczanych w powietrze spalin, ile męczenia materii. Po co stwarzać sobie taką rzeczywistość?

Zwróćmy też uwagę na dwa niebezpieczne rozwiązania. Po pierwsze mylące umieszczenie zjazdu do zatoki autobusowej. Ilekroć tamtędy jadę czuję niepewność – w którą drogę należy wjechać. I powtarza się to, mimo iż już wiem, że jest tam przystanek i że należy go ominąć wjeżdżając w łuk tuż za nim. To jest źle pomyślane. Autobusowa zatoka sprawia wrażenie zakrętu w prawo.

skrzyżowanie Kartuska

W tymże miejscu, tylko nieco wcześniej, niebezpiecznie poprowadzono ścieżkę rowerową. Kierowcy jadący z góry i mający zieloną strzałkę, są zaskakiwani, gdy jadący równolegle z nimi rowerzysta nagle skręca im pod koła. To szalenie niebezpieczne. A wystarczyłoby ścieżkę rowerową poprowadzić z drugiej strony chodnika, tak aby rowerzyści przed zjazdem na jezdnię wykonywali większy łuk. Ułatwiałoby to im obserwację samochodów, a ich intencja byłaby bardziej czytelna dla kierowców.

Dodajmy do tego wszystkiego, że po zbudowaniu skrzyżowania w obecnym jego kształcie dopuszczono zabudowę bardzo blisko jezdni – czym zdecydowanie utrudniono ewentualne zbudowanie tutaj estakady – gdyby w przyszłości podjęto decyzję o jej budowie. A że ruch jest coraz większy, decyzja ta okaże się już wkrótce koniecznością.

Modernizując to skrzyżowanie pobudowano sporych rozmiarów mury oporowe. Wylano je z betonu, pomalowano na żółto i przyozdobiono klinkierem. To jest zdumiewające – kilometry klinkieru! Ileż to musiało kosztować, ile włożono w to bezsensownej pracy! Jak długo utrzymają się płytki w takich miejscach wystawionych na duże różnice temperatur – nasłonecznionych latem (w tej okolicy na stokach dojrzewają winorośle), a zimą mrożonych i owiewanych wiatrami (miasto jest nad morzem)?

Kartuska mur

Ale pracę także dlatego bezsensowną, że mimo jej ogromu i ogromu włożonych środków, efekt jest po prostu brzydki i pretensjonalny. W tworzeniu rzeczy ładnych czy pięknych naprawdę decydującej roli nie odgrywają pieniądze. W tym przypadku wystarczyłyby: dobrze zaprojektowana forma tych ścian i grające z nią i z otoczeniem kolor i faktura betonu. Pomyślane tak, aby patyna, czy roślinność, przydawały im szlachetności. Znów podkreślę – przecież jest w mieście Akademia Sztuk Pięknych, jest wielu ludzi, którzy umieliby zaprojektować takie duże betonowe formy, aby były estetyczne i dobrze wpisane w krajobraz. Mógłbym nawet wskazać osobę pana profesora Grzegorza Klamana, który zajmował się landartem (sztuką ziemi) i rzeźbą monumentalną, czyli jest osobą jakiej akurat miasto potrzebowało, by wykonując konieczne prace przy węźle drogowym – stworzyć jednocześnie piękne miejsce – a i z pewnością mniejszym kosztem, niż te klinkierowe pasaże! Zatem zapytajmy: czy w urzędach miasta nie ma numeru telefonu do ASP? Można też po prostu podejść, to kilka minut spaceru…

Oczywiście przykłady te nie są opisem całości – to po prostu właśnie zaledwie kilka przykładów. To zaledwie zwrócenie uwagi na problem kształtowania miasta jakby przez ludzi nie rozumiejących ruchu pojazdów, nie czytających sytuacji. Drogi powinny być przecież klarowne, przejrzyste, niekonfliktowe, z właściwą widocznością, o łukach wyznaczanych tak, by nie trzeba było zbyt ciasno, zbyt ostro skręcać. To truizmy. Niestety…

A przecież z poprowadzeniem dróg w mieście jak Gdańsk wiążą się kwestie innego rodzaju, wymagające myślenia na wielu planach. Na przykład poprowadzeniem estakady i drogi na Młodym Mieście stworzono barierę między obszarami historycznymi a tą nową dzielnicą, w dodatku rozdzielając instytucje kultury – Europejskie Centrum Solidarności, Salę BHP i dawną siedzibę Instytutu Sztuki Wyspa od nowo powstających – „za trasą”, np. planowanym tam Nowym Muzeum Sztuki NOMUS, czy klubami B90, 100cznia.

ulica Popiełuszki

Ścieżka rowerowa wzdłuż Nowych Ogrodów i ulicy Kartuskiej.

Tę ścieżkę rowerową poprowadzono Nowymi Ogrodami i Kartuską, choć należało poprowadzić ją równoległą do nich ulicą – Jacka Malczewskiego. Pierwszy i oczywisty powód to ten, że na Kartuskiej jest duży ruch samochodów i poruszanie się rowerem w tak bezpośrednim jego sąsiedztwie naraża na wdychanie spalin i innych zanieczyszczeń. Naraża na hałas.

Ulica Kartuska wiedzie wąwozem między wzgórzami, z ich zboczy deszcze wypłukują ziemię. Piasek, pył zbierają się na dole, a koła aut wzniecają je w powietrze. Ten efekt jest jeszcze wzmacniany przez ustawione wzdłuż ulicy domy. Jakiś czas w jednym z nich mieszkałem i mogę zaświadczyć, że kurzy się tam bardzo.

Mieszkańcy, by choć trochę oddzielić się od huku i kurzu tej ulicy, robili sobie przed oknami małe ogródki, sadzili krzewy, niewielkie drzewa. Budując ścieżkę rowerową wiele z nich zlikwidowano, wycięto.

Ścieżka krzyżuje się z drogami dojazdowymi, wielokrotnie krzyżuje się z ruchem pieszych, omija wiaty przystanków – wymagało to odpowiedniej sygnalizacji świetlnej, oznakowania, grodzenia barierkami. Wszystko to podniosło koszty inwestycji, ale też sprawia, że jazda nie jest płynna, szybka, wymaga dużego skupienia. Zwłaszcza, że w okolicy tej mieszka dużo osób starszych.

By wygospodarować pas na tę ścieżkę rowerową zmniejszono ilość miejsc parkingowych i wycięto drzewa. A że ulice Nowe Ogrody i Kartuska całkiem niedawno zmodernizowano – aby zrobić ścieżkę niszczono efekty tych świeżo wykonanych prac… Skuwano dopiero co położone nawierzchnie.

Kartuska ścieżka rowerowaPoprowadzenie ścieżki wzdłuż frontów budynków sądu i komendy policji spowodowało w tych miejscach bardzo kłopotliwe zwężenie, ścieśnienie ruchu. A przecież z uwagi na specyfikę tych miejsc, na intensywny ruch pieszy i z prostych względów bezpieczeństwa powinna być tam swoboda ruchu. I raczej należy postawić tam ekran odgradzający od jezdni – mądrze zaprojektowany, aby był skuteczny, ale nie zakłócał widoczności i nie zepsuł architektury. Należało tam znaleźć choćby skromne miejsce dla choćby odrobiny zieleni – zamiast upychać ścieżkę rowerową i stłaczać pieszych na bardzo wąskiej przestrzeni przy samej ścianie (w najwęższym miejscu jest to około 1 metra!). Przychodzą tam przecież ludzie zaprzątnięci różnymi, nieraz bardzo poważnymi sprawami, należy, mając to na uwadze, zapewnić im odpowiedni spokój, podejść do tego ze zrozumieniem i z  odpowiednim szacunkiem. Chodzi też o pewną godność miejsca.

Z kolei ciąg ulic Rogaczewskiego i Jacka Malczewskiego jest równoległy do Nowych Ogrodów i ulicy Kartuskiej – od Trzeciego Maja aż po Łostowice. I jest w bliskiej odległości od tego głównego traktu, jadąc Malczewskiego ma się nieomal stały optyczny kontakt z ulicą Kartuską. A choć jest to tak blisko – różni się zasadniczo – spokojem, urodą okolicy, przyrodą, architekturą i ukształtowaniem terenu – łagodnym wznoszeniem się i opadaniem. W ciągu ulicy J. Malczewskiego jest minimalny, lokalny ruch samochodowy, nie ma tylu ruchliwych skrzyżowań, nie ma konieczności ustawiania sygnalizacji świetlnej. Poprowadzenie tamtędy ścieżki rowerowej dawałoby naturalną łatwość i przyjemność jazdy, bliższą specyfice tego środka lokomocji.

Poprowadzoną tędy ścieżką rowerową dojeżdżałoby się do ulicy Łostowickiej już na pewnej wysokości ostrego wzniesienia, które jest trudnym podjazdem. Tym sposobem także ruch rowerowy w tym kierunku omijałby okolice skrzyżowania Łostowickiej z Kartuską. Bo rozwiązanie, które wdrożono umieszcza ten ruch akurat w trudnym miejscu przy pętli tramwajowej i przystankach, co jest dodatkowym obciążeniem i utrudnieniem. Trzeba tam długo czekać na zmianę świateł, rowerzyści muszą przejeżdżać przez rozwidlenia torowisk.

Ulica Malczewskiego od lat wymaga remontu, a miejscami po prostu zbudowania jezdni, choćby po to, by zrobić porządny, bezpieczny dojazd do Instytutu Wspomagania Rozwoju Dziecka, a zatem zbudowanie ścieżki rowerowej właśnie tu, w połączeniu z remontem całej ulicy, byłoby decyzją oczywistą, naturalną – ekonomiczną!

Malczewskiego

Dałoby też miastu korzyść innego rodzaju, ożywiając te okolice, wydobywając je z zapoznania. Prowadziłoby podróżujących rowerami mieszkańców i gości drogą wśród oryginalnej, dawnej zabudowy, pod pięknym starodrzewem.

I zauważmy: skoro planowano budowę dworca SKM Gdańsk Śródmieście, to przecież właśnie względem niego powinno się orientować ruch rowerowy! Czyli powinno się poprowadzić ten ruch właśnie ulicą Jacka Malczewskiego.

Niestety, zrobiono jak zrobiono. Drogo i źle.

Ponieważ tę rozprawkę o drogach zakończyliśmy właśnie w okolicach Biskupiej Góry, od tego miejsca zacznijmy rozmowę o innych już kwestiach współczesnego kształtowania naszego miasta.

Pohulanka. Biskupia Góra.

Gdy spojrzeć na plan śródmieścia Gdańska, Pohulanka zwraca uwagę swoim oryginalnym kształtem. Przypomina górską serpentynę. I rzeczywiście, jest brukowaną drogą wspinającą się po zboczu Biskupiej Góry. To piękne miejsce o wielkim potencjale – naturalny amfiteatr z pięknym starodrzewem o leśnym poszyciu i o nastroju lasu. Zacisznym, a zarazem w centrum miasta i świetnie skomunikowanym.

Co można było tam zrobić – ach ileż pomysłów – od amfiteatru właśnie, czy świetnej sali koncertowej, przez jakiś ośrodek spotkań – kultury, jakiś zespół pracowni czy turystyczne centrum, coś, co integrowałoby tę arcyciekawą okolicę. Może jakiś koncepcyjny hotel wpisany w charakter Biskupiej Góry, jakoś spinający tę niewielką dzielnicę, jej architekturę. Ogólnie – mogło tam powstać coś, co z tym historycznym miejscem, teraz oddzielonym ciągami komunikacyjnymi, współtworzyłoby żywą całość, gdzie turyści także chętnie będą zaglądać.

Pohulanka

Bo Biskupia Góra ma duży potencjał, jest dzielnicą o w dużym stopniu zachowanej zabudowie posadowionej malowniczo na zboczu. U jej podnóża płynie Radunia, nad nią stoi kaplica dawnego zboru Mennonitów a na szczycie góry są stare fortyfikacje, budynek dawnego schroniska i zamknięty obszar, gdzie ulokowana jest jednostka policji, a gdzie w czasie wojny był, między innymi podobóz KL Stutthof. Dalej – ośrodek sportowy z niewielkim boiskiem i bieżnią, otoczony lasem. Gdyby wreszcie gdzieś tę jednostkę policji przenieść, zlikwidować jej grodzenia, zasieki z drutu kolczastego, mądrze zagospodarować spoić, zebrać to wszystko razem – powstałaby całość bardzo wzbogacająca miasto. Tym bardziej, że ludzie mieszkający tam żywo interesują się swoją dzielnicą, działa tam Stowarzyszenie Waga, odbywają się wykłady na temat historii tego miejsca, funkcjonuje inicjatywa Lokalni Przewodnicy i Przewodniczki. Mieszkańcy zabiegają o uratowanie starej zabudowy – jest zatem z kim pracować! I w takim kontekście należało myśleć podejmując decyzje odnośnie tego amfiteatru Pohulanki, należało myśleć o całości Biskupiej Góry.

Kanał Raduni przy Biskupiej GórceBISKUPIA GÓRKA – dokument z 1277 roku odnotowuje, że wzgórze „Gorca” zwane w czasach późniejszych Biskupią Górką, należało wraz ze Starymi Szkotami i Chełmem do biskupów kujawskich. Spalony z polecenia Krzyżaków w 1414 roku w ramach przygotowań do wojny z Polską dwór i folwark biskupi zostały odbudowane z kasy miejskiej pod koniec XV wieku w drodze odszkodowania. Oblegające Gdańsk w 1577 roku wojska króla Batorego rozlokowały na Biskupiej Górce baterię artylerii i dotkliwie ostrzeliwały miasto. Zmiana realiów w teatrze wojny nowożytnej spowodowała, że rozebrano budynki majątku biskupiego i w latach 1625-1655 wzgórze ufortyfikowano. Powstał zespół fortyfikacji zwany „dziełem koronowym”, a składający się z pięciu bastionów: Zbawiciela, Pośredniego, Ostroroga, Czuwania i Strakowskiego (…). Od 1780 roku na wzgórzu zlokalizowane było obserwatorium astronomiczne, zniszczone podczas oblężenia Gdańska przez wojska rosyjskie w 1813 roku. W latach 1827-1832 stanął tu pruski kompleks koszarowy z rozbudowanym systemem kazamat. W lochach fortyfikacji Biskupiej Górki Prusacy przetrzymywali w podłych warunkach internowanych w 1831 roku polskich powstańców listopadowych, głodzili i zmuszali do katorżniczej pracy. Prasa europejska piętnowała ten przykład niehumanitaryzmu. Na koszarowej wieży zegarowej znajdował się karilon, czyli zespół dzwonów, uszkodzony przez sowietów w 1945 roku, który w latach 70-tych został odremontowany i przeniesiony na wieżę Ratusza Głównomiejskiego. W 1941 roku na Biskupiej Górce hitlerowcy pobudowali wycieczkowe schroniska dla hitlerjugend. Fortyfikacje Biskupiej Górki nie zostały zniszczone w 1945 roku, lecz od 1945 do 1956 roku teren ufortyfikowany znajdował się pod kontrolą Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, a od 1956 roku do dziś są niedostępne, gdyż w czasach komunistycznych obiekty militarne Biskupiej Górki wykorzystywane były przez MSW, w czasach PRL przez Służbę Bezpieczeństwa, która opuściła je w 1990 roku, a w III RP jej miejsce zajęła Policja Państwowa. Dziś Biskupia Górka jest obszarem katastrofalnie zaniedbanym i podlegającym stałej dewastacji, choć z punktu widzenia atrakcyjności miejsca, jego walorów krajobrazowych i rekreacyjnych, jest to niezwykle cenny dla Miasta teren. Współcześnie istnieją jednak plany turystycznego zagospodarowanie tego pięknego miejsca, ale nie ma znaków, aby zostały one w najbliższym czasie wcielone w życie… – Antoni Kozłowski, Gdański bedeker współczesny.

Dodajmy jeszcze do tych informacji, że w 1939 roku w koszarach zespołu reduty Biskupiej Góry przetrzymywano obrońców Westerplatte i Poczty Polskiej, także przedstawicieli Polonii gdańskiej. Nadto Biskupia Góra jest „bohaterką” wspomnień pana Brunona Zwarry.

A zatem, powracając do kwestii Pohulanki, w tym jej naturalnym amfiteatrze mogło, powinno było powstać coś, co twórczo rozszerzyłoby tę okolicę, dało jej nowy wymiar, spinający, zarazem podnoszący i ożywiający całość. Na przykład Gdańska Opera Leśna, której Biskupia Góra mogłaby być zapleczem. Bo to piękna, unikatowa dzielnica o uliczkach jakby wprost na obrazy impresjonistów, gotowa filmowa scenografia. Dzielnica, która gdyby zadbać o nią – mogłaby się miastu pięknie wywdzięczyć. Byle właśnie – podnieść ją, dać jej nową rolę, nowy sens i wymiar, tchnąć nowe życie.

Pohulanka

A pamiętajmy, że dzielnica ta nie tylko nie ucierpiała znacząco w walkach 1945 roku i nie tylko ominął ją szał niszczenia – już po ich zakończeniu, ale w dodatku przetrwała PRL, w której wydano na nią wyrok:

W rejonie Biskupiej Górki domy mieszkalne przewidziano do „zamrożenia”. Ten tajemniczy termin oznaczał zakaz przeprowadzania remontów. Domy miały ulec śmierci technicznej: rozpaść się. Być może wpływ na to miało umiejscowienie na Biskupiej Górce siedziby milicji i służby bezpieczeństwa. – Róg obfitości. „30 dni.”

A ponieważ przetrwały kolejne ćwierć wieku „mrożenia”– od roku 1989 – więc może jednak ta ich żywotność warta jest podjęcia i rozwinięcia w nowe życie. Może jednak warto wyratować te domy?

Niestety, postawienie w tej okolicy, i tak już zranionej trzema biurowcami,  g r o d z o n e g o  osiedla – jeszcze ją stygmatyzuje. Zamiast podnosić – spycha w dół: oto owszem, miejsce, które warto skonsumować, ale od okolicy lepiej się odgrodzić siatką i systemem monitoringu. Zamiast więc uleczenia – jeszcze niszczenie, jeszcze pogrążanie. Miejsce o tak wielkim potencjale – stracone dla miasta. Nie tylko ten konkretnie zakątek, gdzie postawiono bloki, ale właśnie możliwość spięcia tej okolicy w znakomitą całość, a więc w znacznym stopniu ta możliwa żywa całość została stracona. Bo gdy ta okolica traci swoją szansę, miasto traci tę okolicę. Zamiast wzbogacać i owocować, dalej ma być kłopotem i kulą u nogi? Kto tak traktuje, kto tak prowadzi miasto?

Pohulanka

Oczywiście równie dobrym pomysłem na to miejsce mogła być też zabudowa mieszkaniowa – ale właśnie – ciekawa! Wykorzystująca walory, ale i mądrze wpisana w dzielnicę, w żywej z nią interakcji. A Biskupia Góra ma dane by być jedną z ozdób miasta.

Tymczasem, cóż – przy Pohulance postawiono bloki. Zrobiono tam blokowisko. Wygrodzone, zamknięte dominium. Otoczone siatką… I – w tym przeuroczym zakolu objętym brukowaną serpentyną wyprowadzono to grodzenie brutalnie, prostacko w kancik.

Cóż, tak biegła granica działki – tak wygrodzili.  Żal bierze patrzeć….

Ale – rzecz bardzo ważna – nie chcę zasmucić, czy urazić ludzi, którzy tam kupili mieszkania. Naprawdę nie chcę im sprawić przykrości i nie chcę kogokolwiek narazić na straty. Nie, nic takiego. Niech żyje się tam Państwu dobrze i jak najlepiej. Naprawdę cieszcie się swoim pięknym zakątkiem.

Pohulanka

Chcę bowiem powiedzieć o czymś innym, mianowicie o prowadzeniu miasta. O podejmowaniu decyzji o jego kształcie.

Ktoś bowiem takie rzeczy dopuszcza, ktoś te decyzje podejmuje, ktoś je zatwierdza. A – uświadommy to sobie – skutki będą trwały dziesiątki, kto wie, ile lat. Będą wpływały na życie wielu ludzi, codziennie. Zamiast pięknej pieśni – niemota i fałsz. A tak niewiele było trzeba, by stworzyć arcydzieło.

 Żal na to wszystko patrzeć. Na te możliwości i dary tak marnowane. Bo, wciąż podkreślam, są tu ludzie wielce utalentowani – z Biskupiej Góry widać budynki Akademii Sztuk Pięknych. Niedaleko jest Politechnika Gdańska z Wydziałem Architektury i Urbanistyki. Są nawet studenci, którzy wygrywają światowe konkursy. Czemu więc ta marnacja i zniszczenie? Czy nie rodzi się w nas to pytanie? Czy jesteśmy narodem głupców? No, nie – prawda? To czemu tak jest? Czemu tak się dzieje?

Dwóch studentów Wydziału Architektury i Urbanistyki Politechniki Gdańskiej – Kacper Radziszewski i Jakub Grabowski wygrali konkurs na zagospodarowanie terenu wzgórza Camelot. Według legend, na wzgórzu tym mieścił się zamek króla Artura (…). Na konkurs „Camelot Research & Visitors Center”, który miał charakter koncepcyjny, nadesłano 343 projekty z całego świata, z czego 58 dotarło do finału. Ostatecznie jury przyznało 3 równorzędne pierwsze miejsca oraz 5 wyróżnień. (…)

projekt Camelot; źródło: Politechnika Gdańska

Mieli (…) okazję zaprezentować swój projekt w Roca Gallery i na wystawie w Architecture School of Barcelona. (…) Zadanie polegało na zaprojektowaniu budynku dla turystów (galerie, sale wystawowe i wykładowe) oraz dla naukowców pracujących w obrębie tego regionu. Studenci musieli więc zaplanować stanowiska do pracy oraz miejsce  na archiwa i magazyny. – Martyna Misiewicz, Wzgórze Camelot oczami studentów architektury z Trójmiasta.

Niestety, w mieście tak znakomitej architektury, w mieście – urbanistycznej perle, zdecydowano się stawiać na jego historycznym obszarze – bloki.

Nie neguję deweloperskiej formy budowania – bo mniej tu chodzi o „rozwiązanie techniczne”, a bardziej o nastawienie, o podejście. O to czy myśli się szerzej – czy stosuje ekonomię stada piranii. Należałoby rozważyć, czy mądrze pomyślana spółdzielczość nie byłaby w tej sytuacji sposobem na budowanie piękniejsze, bardziej indywidualne, mające kształt pragnień ludzi, którzy się organizują w spółdzielnię – niż wyraz cwaniakowania czy wyobraźni dewelopera skupionego na wyrwaniu połcia. Ale któż powiedział, że nie można by mądrze zorganizować deweloperki, a przecież z kolei gust spółdzielców też może być zły. Rzecz polega na czymś innym, na roli miasta – mądrości, wizji i uczciwości ludzi, którzy je prowadzą.

Niestety, przy wynędzniałym po peerelu smaku powszechnym, wymagania ludzi kupujących mieszkania są małe. Godzą się na byle co i jeszcze płacą na to ciężkie – życiowe – pieniądze. Generalnie w przytłaczającej większości, co pobudowano w Gdańsku, są to projekty słabe i bardzo słabe, ale nierzadko i po prostu prostackie. Jak ujął to prof. Grzegorz Klaman:

Tego, co się tu buduje nie można nawet nazwać architekturą, to jest budownictwo.

Zastanawiam się, czy ten stan rzeczy, to aż taka bezczelność, czy aż taka, dyskwalifikująca nieudolność? Tak czy inaczej powinno by na to reagować Miasto – ktoś w końcu te projekty zatwierdza, te budowy nadzoruje, te budynki odbiera – przecież nie można niszczyć wspólnego dobra – miasta, pejzażu. Życia! Jakie to jest smutne, jakie bolesne – takie możliwości, taka szansa – nasza, naszego miasta – i tak rozmieniana na drobne.

A przy sposobności, zwróćmy uwagę też na pewien problem, mianowicie taki cwaniacki trend utożsamiania piękna z luksusowością. Jakoby – jeśli chcesz pięknie mieszkać, to musisz bardzo słono zapłacić. Bo piękno to luksus. A to jest kłamstwo. Myślenie z gruntu fałszywe. To myślenie wytworzone przez nastawienie na  w y c i ą g a n i e  pieniędzy, myślenie charakterystyczne dla tego zdumiewająco głupiego systemu, opartego na przekonaniu, że im więcej będziemy grabić pod siebie, tym będzie się nam lepiej ogólnie razem żyło.

Aby rozsunąć owo skojarzenie piękna z luksusowością najpierw zauważmy, iż często to, co luksusowe, jest brzydkie, wprost ohydne. Skrajnym przykładem mogą być posiadłości rosyjskich nowobogackich. Albo ujawniony całkiem niedawno klozet tronowy i inne cacuszka w posiadłościach pana Janukowycza. To niepojęte, że dla takich luksusów przelewa się ludzką krew…

ulica PiwnaA po drugie – odwołam się do przykładu z nieco innej niż architektura, dziedziny, ale przykładu wyrazistego. Trzej spośród twórców Bauhausu – Ludwig Mies van der Rohe, Marcel Breuer i Mart Stam równolegle stworzyli mebel nazwany krzesłem zawieszonym. Z czasem opracowywali jego różne modele, warianty. Osobiście uważam, że owo krzesło Bauhausu jest niezrównanym pomysłem na tego rodzaju mebel. Jest estetyczne, lekkie, zawiera w sobie praktyczność i prostotę krzesła, wygodę i smak fotela i nieco dziecinną przyjemność lekkiego bujania się. Jest i optymalne i niezwykle wygodne i przyjemnie proste i – tanie. Nie ma czegokolwiek wspólnego z luksusem, a naprawdę nie wyobrażam sobie, by ktoś mógł krzesło to, tę ideę mebla do siedzenia – prześcignąć. Jest znakomite, a pragnę podkreślić, że radość sprawia także piękno samej idei. Idei tego mebla.

Ludziom zajmującym się budownictwem powinno zależeć, aby to, co budują było piękne, bo w ten sposób otwierają perspektywę rozwoju. Gdy stworzą okoliczności takie, by życie kwitło – i ich życie rozkwitnie. Jeśli stworzą okoliczności, w których życie będzie się degenerowało, zwijało – i ich to czeka.

Architektura współcześnie jest dziedziną już tak rozwiniętą, ludzie taką posiedli już wiedzę o budowaniu, ale również wiedzę o człowieku, o tym, w jakich warunkach, w jakich okolicznościach czuje się dobrze, wzrasta, rozwija się – a co wpływa na ludzi źle, co przygnębia, degeneruje, desperuje, i jest już tak przeogromny dorobek w dziedzinach sztuki, taka wiedza o tym jak czynić okoliczności życia pięknymi, że stawianie tępych blokowisk trzeba uznać za działanie z premedytacją złe, na które nie ma usprawiedliwienia. Nie chcę jednak występować jako oskarżyciel, ale raczej podkreślać, że ma to naprawdę ponure konsekwencje. Zwłaszcza, gdy postępuje się tak w obligującym kontekście jakim jest architektura starego Gdańska, niegdyś miasta „jednego z najprzedniejszych w Europie”. Efekt jest pogłębiony, wzrasta poczucie absurdu – jakoby im ludzkość większe posiada możliwości, tym gorsze, tym bardziej tandetne i wstrętne stwarza okoliczności życia. Mieszkańcom wkłada się poniżające poczucie, iż są barbarzyńcami, pasożytami niszczącymi wielką kulturę.

W okresie największego rozkwitu ekonomicznego Gdańska stale rosła rola miasta. Rada miejska i bogaty patrycjat nie szczędzili zabiegów i funduszy na nowe inwestycje budowlane i na modernizacje dawnych obiektów świeckich i sakralnych. Udział w tych poczynaniach wybitnych specjalistów krajowych i zagranicznych sprawił, że architektura Gdańska odznaczała się wysokimi walorami artystycznymi. Dominowały w niej pierwiastki niderlandzkie, a obok nich pojawiały się też flamandzkie, włoskie, niemieckie i rodzime polskie. Konglomerat form dał w rezultacie swoisty styl architektury gdańskiej, będący odbiciem aspiracji społecznych, kulturalnych i artystycznych mieszczaństwa i zarazem wykładnikiem jego potęgi ekonomicznej.

ulica Piwna

W stosunkowo krótkim czasie Gdańsk stał się jednym z najpiękniejszych miast europejskich, podziwianym przez przybyszów z głębi kraju i z zagranicy. Zachwyt budziły wspaniałe budowle świeckie o charakterze publicznym, takie jak ratusze Głównego i Starego Miasta, czy Dwór Artusa oraz ich bogate wyposażenie. Podobnie prezentowało się budownictwo obronne, a przede wszystkim Wielka i Mała Zbrojownia. Wystrojem rzeźbiarskim nie ustępowały im główne bramy: Wyżynna, Złota, Zielona. Liczne kościoły gotyckie, renesansowe i barokowe odznaczały się monumentalnością brył ceglanych, pięknymi wieżami, surową prostotą wyglądu zewnętrznego oraz dekoracyjnym wystrojem wnętrz.

Swoistym i nie spotykanym w innych miastach polskich urokiem wyróżniały się ulice Gdańska. Fasady domów mieszkalnych zdobione były rzeźbami, medalionami, kartuszami i fryzami (…). Ściany i szczyty mieniły się od kolorów, w tym srebra i złota. Charakterystyczne przedproża ogradzano kutymi kratami i kamiennymi płytami bogato rzeźbionymi.

przedproże

przeczytaj:

Uroda i wielkość miasta sprawiły, że Gdańsk już od XVI w. był wdzięcznym tematem dla licznych prac graficznych. Widoki panoramiczne Gdańska zamieszczano w wielu wykwintnych publikacjach europejskich i opatrywano pochwalnymi opisami. Z myślą o podróżnych i turystach wydano w Gdańsku w 1617 r. miedziorytowy album „ważniejszych miejsc i budynków, które w tym mieście Gdańsku ogląda się”. W 1635 r. ukazała się miedziorytowa panorama Gdańska, wykonana przez Jakuba Hoffmana, dedykowana Adamowi Kazanowskiemu, na której znalazło się „Opisanie miasta sławnego Gdańska” w trzech językach. Wersja polska rozpoczyna się słowami:

To miasto Gdańsk królewskie, należące do Korony Polskiej…” W opisie jest też wzmianka, że Gdańsk „ma w sobie kościoły zacne, ratusze wieżami cudnemi przyozdobione i kunsztowny zegar na wieży ratuszny Prawego Miasta jest, który na każdą godzinę w cymbały graje. Fontanna także w rynku kunsztowna i insze misterne budynki w nim znajdzie…

Pojawiły się też współcześnie opisy Gdańska, niekiedy bogato ilustrowane. Marcin Gruneweg próbując w 1606 r. znaleźć najwłaściwszą formułę dla określenia urody Gdańska, porównał to miasto do Wenecji. „Dziennik podróży do Polski” Karola Ogiera zawiera wiele uwag na temat piękna gdańskiej architektury. Już na początku podkreślił on, że „miasto owo należy do najprzedniejszych w Europie, w całej zasię owej strefie jest bez ochyby najprzedniejsze”. Później wielokrotnie zachwycał się znakomitymi budowlami, ogrodami i przyrównywał je do znanych sobie obiektów w Paryżu. – Edmund Cieślak, Historia Gdańska.

Gdańsk panorama

Z pewnością blokowiska są problemem, przed którym w ogóle stoi ludzkość:

Sławny amerykański krytyk i teoretyk architektury, Lewis Mumford, kończąc swoje „City in History” tak określił rolę miasta: „Ostatecznym celem miasta jest wspomaganie świadomego udziału człowieka w procesie historycznym i kosmicznym. Przez swoją złożoną i niezniszczalną strukturę miasto pomnaża ludzkie zdolności rozumienia tych procesów i brania czynnego udziału w ich kształtowaniu”. Niestety – słowa te odnoszą się zdecydowanie do przeszłości, kiedy urbanistyka i architektura, zwrócone naprawdę do człowieka, kształtowały szlachetnie jego myśli, kulturę i zachowanie. Od początków rewolucji przemysłowej ulegało to załamaniu – jedyną miarą wszystkich rzeczy w mieście stał się maksymalny zysk. Ta negująca zdrowie i estetykę, tragiczna dla żywych organizmów koncepcja miasta ekonomicznego, biorąca pod uwagę tylko mizerną część tych funkcji, które miasto rzeczywiście spełniać winno, została w latach 30-tych XX wieku wzbogacona o równie tragiczny wynalazek pod tytułem: „osiedle mieszkaniowe”. Milionom ludzi narzucono abstrakcyjny, wydumany w laboratorium i w gabinecie, pozbawiony autentycznych ulic i placów, model siedliska koszarowo-sypialnego, nie pytając o zgodę. Miliony ludzi przeklinają dzisiaj swoje zuniformizowanie, brzydkie, ahumanitarne środowisko mieszkaniowe, w którym się głupieje, karłowacieje i choruje, zwłaszcza psychicznie.

Targ Drzewny

Człowiek ma stosunkowo dobry system uodparniający na zarazki (…), lecz nie dysponuje tak samo wykształconym systemem, który mógłby przeciwdziałać złym wpływom na bardzo wrażliwy ustrój psychiczny. W klatce współczesnej urbanistyki (…) współczesny człowiek czuje się fatalnie, wyniki wszystkich ankiet, badań socjologicznych, lekarskich etc. są miażdżące. Bierze się to z braku miłości. Życie w mieście, będące udziałem coraz liczniejszej większości (…), przynosi satysfakcję jedynie tym, którzy kochają swoje miasto. A jak można kochać miasto odarte z ciepła i wszystkich mistycznych wzruszeń starych miast?

To, że ludzie nie lubią dzisiaj miejsc, w których mieszkają, jest ceną, jaką zapłaciliśmy postępowi cywilizacyjnemu i jedną z największych klęsk współczesności. (…) Właśnie (…) architektów i urbanistów obarcza się powszechnie winą za istniejący stan rzeczy. Anglik Mc Ewen (organizator akcji „Wstrzymajcie architektów!”): „kiedyś słowo architekt znaczyło tyle, co inżynier-humanista. Dziś stało się po prostu brudnym słowem!”. Nie ma we świecie takiego kraju, gdzie nie pomstowanoby na nowe budownictwo. Weźmy pierwszy z brzegu przykład (…). Oto meksykański tygodnik „Siempre” wspomina nostalgicznie czasy kiedy „mury śpiewały”, i nazywa Meksyk „krajem architektonicznie zamordowanym” („Brzydota tej nowej architektury jest tak mordercza, iż żaden język świata nie mógłby jej wyrazić”) – z winy, rzecz prosta, budowniczych. Jednak ich piętnowanie bywa nie zawsze słuszne, gdyż we współczesnym świecie architekci i urbaniści mają coraz mniej do powiedzenia przy kształtowaniu środowiska, decyzje podejmują biurokraci. Lecz jak zauważył amerykański architekt Peter Blake: „Architekci powinni przynajmniej, jako obywatele, mieć odwagę, by wyzwać do walki siły, które grzebią ich idealistyczne intencje!”. To prawda – obecny kryzys cywilizacji miejskiej jest przede wszystkim kryzysem wyobraźni i odwagi.” – Waldemar Łysiak, Asfaltowy saloon.

Wały Dominika

W czasach, kiedy ludzie rozpoznają dramatyzm sytuacji, ślepą uliczkę tego postępowania, i starają się z niego ratować – tu, w Gdańsku, mając tak unikatowe możliwości, tak niezwykłą okazję, na oślep się krzewi tę chorobę. W tak pięknej okolicy, w „mieście solidarności”.

Naprawdę tak niedużo trzeba… A są tu ludzie o odpowiednich talentach, umiejętnościach, wyobraźni, wrażliwości, wiedzy. Są. Mają wyjechać? Komu na tym zależy?

Czy nie powinniśmy wymagać piękna, czy nie rozumiemy, że jest ono ważne? Czyż mamy budować domy i osiedla, w których rosnąć będą poniżone pokolenia skupione na tym, by jak najszybciej się stąd wydostać? Albo aby zapić się i zaćpać? Czy takie budowanie uznamy za rozwój? Czy to uznamy za sukces i zwycięstwo? Smutny to obraz, żal budzący.

Forum Gdańsk.

 W ubiegłym wieku istniało wiele projektów, pomysłów – jak architektonicznie rozwiązać problem Bramy Wyżynnej. Ich autorzy skupiali się na tym jak całe to miejsce uświetnić. Różne to były projekty, w różnych stylach, także bardzo modernistyczne. Ale to, co dzisiaj dzieje się tu – ten kuriozalny, wyleniały, wyblakły „budynek LOT-u”, ten ohydny tunel i to potraktowanie samej bramy poprowadzeniem tuż przed jej frontem wielopasmowej arterii i takim pokierowaniem ruchu pieszych, aby ją omijali, a nawet odebraniem możliwości jej obejrzenia z właściwej perspektywy – mowa już była o tym – wszystko to razem sprawia, że faktycznie aż dotąd, aż do dziś, Brama Wyżynna jakby nie istniała. Miejsce to jest sponiewierane, zmarnowane.

Brama Wyżynna zagłuszanie

Choć jest to miejsce wielce szczególne, jest to, powtórzę, przedsionek Drogi Królewskiej, tędy uroczyście wjeżdżali do Gdańska Królowie Polski, ale też inni znamienici goście, i to jest ten pierwszy obraz jaki widzieli, tak prezentowało im się nasze miasto, nasza piękna miejska republika, witała przybyłych sentencjami, zestawem herbów, w tym: wyjątkowo okazałym herbem Rzeczypospolitej – dziś widocznym w wersji z Ciołkiem Poniatowskich, w wersji uprzedniej ze Snopkiem Wazów. To wizytówka miasta.

 

Gdańsk był w tym okresie [od XV do XVIII wieku] największym i najbogatszym miastem Rzeczpospolitej – mówił Waldemar Ossowski, dyrektor Muzeum Gdańska (…). – Wyjątkowa pozycja miasta powodowała, że często pojawiali się tutaj królowie polscy lub członkowie ich rodzin – aby odebrać należną im przysięgę wierności, a także aby uregulować sprawy danin, jakie Gdańsk musiał płacić królom.

Brama Wyżynna herb

Dyrektor podkreślił, że dla większości mieszkańców Gdańska przyjazdy królów były niezwykłym przeżyciem – nie stanowiły bowiem jedynie wydarzeń politycznych czy prawnych, ale były również wielkimi przedsięwzięciami kulturalnymi, które zdarzały się raz na pokolenie. Dlatego odbywało się z tej okazji wiele szczególnych uroczystości, wykonywano pamiątki i różnego rodzaju przedmioty rzemiosła, także artystycznego.

– Była to oczywiście wielka polityka, ale odziana była ona również w piękne szaty, splendor propagandy politycznej, złoto – dawane w podarku królom, klejnoty, fajerwerki, tańce i zabawy, turnieje. Widowisko rozpoczynało się przed Bramą Wyżynną – dodaje prof. Edmund Kizik. – Agata Olszewska, Potomek Stanisława Augusta Poniatowskiego otworzył wystawę „Król jedzie!”

wjazd Marii Ludwigi Gonzagi

 

I, uwaga, wagę tego miejsca – przedsionka Drogi Królewskiej – rozpoznali naziści. Planowali zbudować tu siedzibę gauleitera, a przed nią wielki plac miejski: Gauforum.

Dekretem z 16 maja 1941 r., Hitler zezwolił na przebudowę Gdańska. Do czasów obecnych zachowało się ponad 20 wielkoformatowych plansz z projektami wykonanymi pod kierunkiem Michaela Fleischera, miejskiego radcy budowlanego.  Planowano między innymi Kompleksowy projekt przebudowy centrum miasta na potrzeby tzw. Gauforum, obejmujący tereny od Grodziska przez Nowe Ogrody po Zaroślak, uwzględniał nowe obiekty w ogromnych rozmiarach: dworzec, pocztę, hotel, muzeum, arenę sportową, siedzibę Wehrmachtu, operę oraz szereg gmachów partyjnych. Planowano kompleks partyjny przy Targu Rakowym, w miejscu obecnej biblioteki. (…) Projekty z okresu 1933 – 1945 cechują: silne sprzężenie z partyjną propagandą, niespotykany dotąd rozmach oraz brak hamulców przed niszczeniem istniejącej zabudowy. – Jagoda Załęska Kaczko, Nowy Gdańsk Wielkiej Rzeszy.

miejska sala widowiskowa Targ Sienny

Po wojnie ideę podjęła komuna – zamierzając zrealizować w tym miejscu swój triumfalny akt władzy:

W 1953 roku na zlecenie gdańskiego Prezydium Miejskiej Rady Narodowej zorganizowano konkurs urbanistyczny, który objął reprezentacyjną zabudowę Śródmieścia Gdańska, w tym także projekt CDK [Centralnego Domu Kultury], usytuowanego w okolicach Targu Siennego, na przedłużeniu Drogi Królewskiej, mającego stanowić główny akcent architektoniczny tej części miasta.

Projekt S. Holca, S. Listowskiego i Wł. Padewskiego, 1953 r.Planowana zabudowa Śródmieścia miała być najbardziej spektakularną inwestycją w Gdańsku czasów socrealizmu. Złożyły się na nią lokalizacja w bezpośrednim sąsiedztwie historycznego Głównego Miasta, monumentalna skala, a także bogaty program funkcjonalny oraz forma architektoniczna. Planowany zespół urbanistyczny miał stanowić rozbudowę i kontynuację dawnej gdańskiej architektury, a jednocześnie górować nad starym układem miejskim i eksponować nową władzę i kulturę.

 

Gmach CDK miał być 13-piętrowym wieżowcem o potężnej kubaturze. Jego program funkcjonalny zakładał urządzenie m. in. sali kinowej i teatralnej, centralnej biblioteki, dwóch sal zebrań, muzeum morskiego, kawiarni oraz restauracji. Przed budynkiem miał roztaczać się Centralny Plac Zebrań Ludowych z monumentalnymi gmachami użyteczności publicznej. Na południe od placu zaplanowano tereny zielone z parkiem kultury, w skład którego wchodziłyby: stadion, pływalnie otwarta i kryta oraz korty tenisowe, natomiast na północ od niego, wzdłuż ul. Okopowej i Wałów Jagiellońskich, przewidziano budowę teatrów, domów towarowych, kin, siedzib Wojewódzkiej Rady Narodowej, Miejskiej Rady Narodowej i Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, siedziby Związków Zawodowych oraz hali sportowej. – Beata Oracz, Centralny Dom Kultury.

Natomiast współcześnie – jakże to znamienne – uznano, że ów przedsionek Drogi Królewskiej jest miejscem w sam raz na wielki dom handlowy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że oto kolejny system odciska na mieście swoje piętno – że jest to, świadoma, czy nie, kontynuacja myślenia totalnego.

oś Drogi Królewskiej

Dawniej zżymałem się na przeinaczenie słowa galeria, bo główne skojarzenie jakie miałem to galeria sztuki. Uważałem, że mówienie o galeriach handlowych to malwersacja tego słowa w celu przydania szyku masowemu handlowi. Ale oczywiście galerie handlowe istniały wcześniej, tyle że chodziło tu o miejsca, w których raczej oferowano rzeczy lepszego gatunku, szykowne etc. Na przykład Sukiennice w Krakowie były przecież taką galerią. Albo oczywiście galerie paryskie, pasaże. Więc te współczesne galerie handlowe to raczej forma demokratyczna tej idei, ludowa – luksus dla ludu.

I to smutne widowisko zamontowano Gdańskowi na wejściu – jako wizytówkę. Taki wizerunek – „miastu wolności i solidarności”. Sprowadzenie tego, ze względu na co się tu przyjeżdża do roli wabika, do pospolitości i wyrachowanego uwodzenia! I w takim przedsięwzięciu bierze udział „miasto solidarności”, takiego przedsięwzięcia jest udziałowcem, na takie przedsięwzięcie łoży. Doprawdy – trudno dotkliwiej ugodzić legendę tego miasta.

Forum Gdańsk

Bowiem w projekcie tym idzie o to, by przyjeżdżających do Gdańska przepuszczać przez dom towarowy. To ma być ten akt powitalny, ten pierwszy obraz miasta – przecież jakże sprzeczny z ideą i wyobrażeniem „miasta solidarności”. Żadnych złudzeń – przyjechałeś tu, abyśmy cię oskubali.

Ale jest on także w tym sprzeczny z ideą „miasta solidarności”, że wielkie galerie handlowe niszczą drobny, indywidualny handel. Co oznacza w perspektywie, możemy się tego spodziewać, odzieranie z życia naszego starego miasta. A przecież do przyjazdu w miejsce jak to, do pozostania w nim, zachęca jego oryginalność, to co specyficzne, jego klimat, jego nastrój. Do pozostania w Gdańsku, do ponownego przyjazdu nie zachęcą galerie handlowe i przemysłowe knajpy. A obok zasikane mury i zagnojone podwórka.

Aby nie było, że spekuluję, albo marudzę i wymyślam – przyjrzyjmy się problemowi, który trapi mieszkańców Wrzeszcza. Oto fragmenty artykułu pana Jacka Wiercińskiego, artykułu o wyrazistym tytule: Życie ucieka z Wrzeszcza.

Aleja Grunwaldzka wyludnia się po zmroku. Piesi omijają ścisłe centrum Wrzeszcza, a po godzinie 18 i zamknięciu placówek bankowych czy salonów telefonii komórkowej ulica staje się po prostu ciągiem ruchu aut i tramwajów. Działacze lokalni domagają się interwencji magistratu. (…)

Z końcem czerwca, po pięciu latach działalności, do historii (ze względu na problemy finansowe i konflikty z sąsiadami) przejdzie Cafe Fikcja – kawiarnia i księgarnia działająca na antresoli przy al. Grunwaldzkiej. Obok niej pustkami świeci niemal dziesięć witryn, a Arkadiusz Kowalina, przewodniczący Rady Dzielnicy Górny Wrzeszcz, obawia się, że proces będzie postępował.

Grunwaldzka

– Sprawdziłem ceny najmu powierzchni handlowej i choć przy alei Grunwaldzkiej są o połowę niższe niż w centrum handlowym, to przedsiębiorcy i tak wybierają galerię, która przyciąga mieszkańców, a nie straszy jak główna ulica Wrzeszcza. Potrzebne są drastyczne obniżki czynszów, ale przede wszystkim zmiana sposobu myślenia. Nie można pozwalać na budowę olbrzymich obiektów w centrum miasta, one wysysają życie – przekonuje Kowalina.

We Wrzeszczu rozbudowę o kolejne 15 tysięcy metrów kwadratowych i ok. 70 sklepów planuje Galeria Bałtycka. Kilkaset metrów dalej, po drugiej stronie torów, powstaje – jeszcze większa – Galeria Handlowa Metropolia. Do spaceru aleją Grunwaldzką nie zachęca też fakt, że w ostatnich latach zniknęły dwa przejścia dla pieszych (przy teatrze Miniatura i CH Manhattan).

– Wrzeszcz od zawsze był związany z handlem, już w XIII wieku były tu karczmy i tu stykały się szlaki komunikacyjne do Oliwy czy na Kaszuby. W XIX wieku powstał omnibus konny i kolej, a w czasach PRL na zakupy przyjeżdżali tu nie tylko mieszkańcy Gdańska, ale całego Pomorza. Dziś dawniej handlowe ulice są puste, bo wszystko przeniosło się do centrów handlowych. Magistrat ma narzędzia do ograniczania budowy takich olbrzymów i wspierania lokalnych przedsiębiorców, ale tego nie robi – uważa Kowalina.”

Centrum ManhattanWysoki urzędnik miasta na owo dictum odpowiedział tak:

– Aleja Grunwaldzka jest ulicą w gruncie rzeczy sprywatyzowaną. Lokali gminnych jest tam bardzo niewiele, a to bardzo ogranicza naszą możliwość interwencji. Dla mnie Grunwaldzka nie jest ulicą strategiczną, historycznie ważną, taką, którą miasto miałoby się jakoś specjalnie zajmować czy pielęgnować. Jeżeli myślimy o tym, to raczej w kontekście Głównego Miasta – Ogarnej, Piwnej czy Chlebnickiej. Grunwaldzka jest ulicą typowo biznesową, która przeżywa swoje chwile rozwoju i względnego regresu historycznie. Musi się dostosować do tego, co się po prostu dzieje na rynku (…) Hipotetycznie, jeśli nie byłoby Galerii Bałtyckiej i budowanej Galerii Metropolia, nie jest prawdą, ze ludzie poszliby do małych sklepików. Oni po prostu wsiedliby w samochód i pojechali za obwodnicę.

W wypowiedzi tej uderzają dwie rzeczy. Po pierwsze sprowadzanie rozmowy o mieście do zdumiewająco wąsko ujmowanych kwestii rynkowych i to w ich ideologicznej – ewolucjonistycznej interpretacji. Po drugie również zdumiewająca kwestia jawnego ogłaszania désinteréssement miasta dramatycznymi procesami zachodzącymi w jego przecież bardzo ważnym, a i jak najbardziej historycznym, obszarze. Oraz twierdzenie, iż ulica musi się dostosować do tego, co się dzieje na rynku – jakby ulica była osobą, albo jej mieszkańcy jakąś organizacją czy przedsiębiorstwem. Nadto wyprostujmy: centra handlowe od lat obecne na obrzeżach miasta nie spowodowały obumarcia Wrzeszcza – a doprowadziło do tego właśnie umieszczenie tego rodzaju centrów w tej dzielnicy.

Zastanówmy się jaka z tego może być korzyść dla miasta, jaki pożytek? I: kto mógł nie wiedzieć, że pobudowanie ogromnych domów handlowych takie właśnie spowoduje skutki – dzieci w przedszkolu? Ale jaka jest zatem idea, jaki cel podejmowania nadal tych samych decyzji, a teraz także względem samego historycznego centrum? I to twierdząc, że chce się je otaczać specjalną opieką, pielęgnować?

Nieco odbijając od głównego ciągu rozważań – proszę zwrócić uwagę, że nie gdzie indziej, ale na Pomorzu właśnie, jest gmina w której myśli się inaczej:

Sierakowice, bogate miasteczko na Kaszubach. Wójt tej gminy nie wpuścił na swój teren ani Biedronki, ani Lidla. Sierakowice podobnie jak całe Kaszuby stoją rodzinnymi firmami. Królują tam lokalne delikatesy Ribena. Na pytanie „Expressu Kaszubskiego” dlaczego w mieście nie ma ani Lidla, ani Biedronki (co jest już w Polsce sensacją) wójt gminy Sierakowice Tadeusz Kobiela odpowiedział: „Sieci supermarketów zainteresowane są wyłącznie drenażem rynku ze środków. Gdyby takie sklepy u nas powstały, to my mielibyśmy u siebie od razu armię bezrobotnych. W tej chwili na naszym terenie jeden od drugiego kupuje, zamawia usługi i w ten sposób następuje obrót pieniądza. Budowa tego rodzaju marketów nie jest więc w interesie naszych mieszkańców. Jeśli ktoś bardzo chce kupować w Biedronce, czy Lidlu, może pojechać do Kartuz, czy Stężycy.

Szanowny panie Wójcie! Grzecznie prosimy, może przyjechałby Pan w jakiś wolny dzień do Gdańska z korepetycjami?

Forum Gdańsk

Ale i tutaj, w Gdańsku są ludzie, którzy mają fachową wiedzę o tych procesach i artykułują swoje opinie. A mimo, iż mają naukowe tytuły – ich głos jest, jak widać, ignorowany.

Polacy (…) polubili odwiedziny w galeriach handlowych, jednak już niedługo będą musieli je lubić, bo… nie będą mieli wyboru, przynajmniej w Gdańsku. Powstanie tego typu obiektu dewastuje przestrzeń miejską również przez degradowanie swojego sąsiedztwa. To ewenement, bo nie ma w Europie Zachodniej miast, które umieszczają tyle galerii handlowych w centrum miasta. – dr Michał Jaśkiewicz, Instytut Psychologii UG.

Części mieszkańców budowa galerii pewnie się podoba, jednak  z punktu widzenia samego miasta źle się dzieje, gdy duże centrum wysysa funkcje handlowo-usługowe z sąsiednich ulic. Poprzez niezdrową konkurencję znikają małe sklepy, restauracje, a martwe ulice stają się drogami dojazdowymi do galerii. Bardziej zrównoważony rozwój dzielnic mógłby się wiązać z budową kilku mniejszych obiektów w różnych miejscach. Duża koncentracja ruchu samochodowego w jednym miejscu również nie może być niczym pozytywnym. (…) Miasta Europy Zachodniej starają się nie dopuszczać do dominacji potężnych galerii ani w centrum, ani na obrzeżach. Zachowują przez to sieć dobrze funkcjonujących ulic. W Niemczech potrzebę wprowadzenia tego typu polityki dostrzeżono już 30 lat temu. Po zjednoczeniu kraju na terenie dawnej NRD władze nie pozwalały już na budowę wielkich centrów handlowych, bo doświadczenia RFN pokazały, że nie jest to dobry kierunek. (…)

Forum Gdańsk

Są takie galerie, które mogą się podobać, natomiast autorzy ich projektów często mają dość arogancki stosunek do otoczenia danego obiektu. Przykładem jest planowana rozbudowa Galerii Bałtyckiej, która ma „wlać” bieg Strzyży do rury, żeby tylko struga nie przeszkadzała w realizacji projektu. Firma, która u nas chce rozbudowywać Galerię Bałtycką, w Niemczech na takie działania nie mogłaby sobie pozwolić. – prof. Jakub Szczepański, Wydział Architektury PG.

Wielkie centra handlowe szkodzą miastom, szkodzą dzielnicom, okolicom w których są budowane. Świadczy o tym praktyka krajów, które przez tego rodzaju procesy przechodziły, do takich wniosków prowadzi naukowa analiza, a tę wiedzę, tę mądrość można też obserwować choćby w działaniach wójta gminy Sierakowice – w województwie pomorskim przecież, bardzo blisko. Ale jednak prowadzący miasto Gdańsk wbrew tym oczywistym faktom i wbrew już widocznym skutkom swoich działań – nadal twierdzą, że jest inaczej, uparcie postępują według swojego zamysłu. Nadal twierdzą, że to jest właściwa droga.

Tak pisano o tym rozpoczynając budowę:

Znana jest już data wmurowania kamienia węgielnego pod Forum Gdańsk (…). Uroczystość, która oficjalnie zapoczątkuje fazę inwestycyjną przedsięwzięcia, odbędzie się 2 czerwca tego roku. Projekt znany dotychczas pod nazwą Forum Radunia, będzie jedną z największych inwestycji na terenie Trójmiasta (…). Na terenie Forum Gdańsk znajdzie się największe w Trójmieście wieloekranowe kino, klub fitness, około 200 lokali handlowych i usługowych, restauracje, kawiarnie oraz wielopoziomowy parking. W ramach kompleksu powstanie też zupełnie nowa przestrzeń publiczna: plac miejski z kawiarniami i restauracjami oraz ogólnodostępny bulwar biegnący wzdłuż zrewitalizowanych nabrzeży kanału Raduni, jak również nowoczesne powierzchnie biurowe. Dzięki wyjątkowej lokalizacji w sercu Gdańska, z doskonałym dostępem do komunikacji publicznej, a także ofercie flagowych sklepów oraz znanych restauracji i kawiarni, Forum Gdańsk stanie się bardzo atrakcyjnym miejscem spotkań, zakupów i rozrywki dla mieszkańców Trójmiasta oraz turystów. – Kamień węgielny pod Forum Gdańsk.

Forum Gdańsk

Jak można zrobić coś takiego staremu Gdańskowi? Już w tej chwili – ile tu jest pustych witryn, ile sklepów, kawiarenek upada. Jaka jest ich rotacja. Czy ludzie prowadzący tu interesy naprawdę nie rozumieją jakie niszczące konsekwencje przyniesie postawienie u wrót miasta tego rodzaju handlowego i „rozrywkowego” giganta odsysającego życie? Popierają to? Jestem zdumiony.

Zamiast na przykład, o czym już pisałem, rozbudować bulwar wokół Starego Portu, aby prowadził do zachowanych historycznych fortyfikacji, do Bramy Nizinnej i Kamiennej Śluzy, co w zasadniczy sposób wzbogacałoby wartościową turystyczną atrakcyjność miasta i rozszerzyło jej obszar, zamiast w taki sposób miasto rozbudowywać, zamiast tworzyć je i organizować wokół tego, co unikatowe, autentyczne, historyczne, potencjalnie piękne i co ma rangę Dziedzictwa Światowego UNESCO – bezmyślnie zablokowano tę możliwość, a inwestuje się w plastikowe przedsięwzięcie, które ma po prostu odwrócić uwagę turystów i mieszkańców od tego, co w mieście wartościowe.

Zauważmy i tę sprzeczność w tych działaniach – urzędnicy zapewniają o swojej trosce o ulicę Ogarną, o swoich staraniach by ulicę tę ożywić, inwestują w to – a jednocześnie – właśnie tej ulicy fundują taki zagłuszający ją kombinat.

Swoją drogą, przy ulicy Ogarnej (Hundegasse) urodził się i mieszkał Daniel Gabriel Fahrenheit. Pomyślmy – przecież wokół tak sławnych postaci buduje się wizerunek i powodzenie miast, wizerunek krajów! Czy – w potocznym pojęciu – ktokolwiek słyszałby o Memphis, gdyby nie Elvis Presley? Bo nawet fakt, iż w Memphis zamordowany został Martin Luther King nie jest tak obecny, czy zaakcentowany w kulturze potocznej. Tymczasem prowadzący Miasto Gdańsk nie umieją od blisko już 30 lat uczynić interesującą ulicy, gdzie urodził się, gdzie żył człowiek – przy tym nie piosenkarz, ale: naukowiec – którego nazwisko wiele razy codziennie wymawiają – a na pewno słyszą – nieomal wszyscy Amerykanie! Nazwisko przez to obecne w codziennym światowym obiegu informacji, a i wyraziście obecne w kulturze, że wspomnę filmy, dwie już ekranizacje książki Raya Bradbury: Fahrenheit 451 – Francoisa Truffaud z 1966 roku i Ramina Bahrani z roku 2018 oraz Michaela Moore’a Fahrenheit 9. 11 .

Przy tym zauważmy jeszcze i to, że omawianym wcześniej w tej książce poprowadzeniem wielkiego ciągu komunikacyjnego, tzw. Trasą W-Z przecięto drogę, którą niegdyś Daniel Gabriel Fahrenheit podążał do Gimnazjum Akademickiego, gdzie prowadził swoje badania. Zamazano opowieść, sens i smak, które określają wymiar i porządek tego miasta. I jeszcze teraz ulicy Ogarnej funduje się następną inwestycję, wymierzającą jej cios.  Życiowysysacz, życiopochłaniacz.

Dom Fahrenheita

Tak oto wypowiedział się o tym przedsięwzięciu przedstawiciel kolei:

Na półpiętrze przy naszym peronie znajdzie się wejście do centrum [handlowego]. Liczymy, że klienci będą dojeżdżać do Forum pociągami SKM. Do drzwi prowadzić będą też ruchome schody. Podobne rozwiązanie zastosowano w Warszawie przy centrum handlowym Wileńska. Bliskie sąsiedztwo takiego obiektu dobrze wpływa na kolej. Mniej jest osób bezdomnych, jest lepsza ochrona. Stwarza to obopólne korzyści. – Paweł Durkiewicz, Przystanek połączy się z forum.

To dość ciekawe czym nasze miasto się chwali, nowym sposobem walki z bezdomnością? Zaiste mowa to jakby o walce.

Mając te tak różne powyższe kwestie w pamięci i na uwadze, zajmijmy się jeszcze jedną sprawą, dziś już dość historyczną, ale ilustrującą sposób w jaki przeprowadzano różne kwestie „wrażliwe” związane z ową inwestycją. Oto fragmenty artykułu pana Krzysztofa Koprowskiego pod tytułem Nieoczekiwane kontrowersje wokół Forum Radunia. Projekt inny niż zapowiedzi? zamieszczonego w portalu Trójmiasto.pl:

projekt Forum RaduniaCzy prezentowane od miesięcy wizualizacje Forum Raduni są jeszcze aktualne? Przynajmniej część z nich już nie, choć deweloper nie poinformował o tym gdańskiej opinii publicznej. (…) Zamiast zapowiadanej rozproszonej zabudowy, powstanie ogromna galeria handlowa z jednolitą bryłą, z minimalną liczbą okien i wejść do budynku.

– Pierwotna koncepcja zagospodarowania polegała na stworzeniu harmonijnego przedłużenia Śródmieścia. Przestrzeni opartej na kompozycji ulic, placów i kwartałów oraz stojącej przy nich zróżnicowanej wielkomiejskiej zabudowy. Z tej obietnicy nie pozostało nic – mówi z goryczą Karol Spieglanin, prezes stowarzyszenia FRAG (Forum Rozwoju Aglomeracji Gdańskiej).

Jego zdaniem zamiast prawidłowej, choć i tak będącej kompromisem z oczekiwaniami inwestora, tkanki miejskiej powstanie „przestrzeń zamknięta pod dachem jednego kombinatu handlowego”.

 

Do tych kwestii i pytań tak oto odniósł się wysoki urzędnik miasta:

Założenia projektu są niezmienne i zgodne z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, który ustala podstawowe relacje przestrzenno – infrastrukturalne projektu zabudowy Targu Siennego i Rakowego z otoczeniem. Pierwotną koncepcję urbanistyczno – architektoniczną TSiR zaakceptowała Miejska Komisja Urbanistyczno – Architektoniczna (…) i w tej zaakceptowanej formie projekt jest obecnie realizowany. Inwestor główny (…) na bieżąco konsultuje postępy prac nad projektem z miastem, ponadto projekt jest objęty stałym nadzorem konserwatora zabytków.

I w innym miejscu:

Obecny projekt jest wyłącznie przełożeniem pierwotnych rozwiązań urbanistyczno – architektonicznych na rozwiązania budowlane na potrzeby projektu budowlanego i postępowania przetargowego.

Uwaga pierwsza: czy mając przed oczami stan w jakim znajduje się to miasto, stan jego zabytków, będąc świadomym, że liczba zabytków rozebranych po wojnie przekroczyła już liczbę odbudowanych, uznasz drogi Czytelniku tutejszy urząd konserwatora – pozwalający na takie zniszczenia – za godny ufnego powierzenia mu pilnowania takiej inwestycji? Czy w tych okolicznościach można było brać za dobrą monetę zapewnienia o fachowej konserwatorskiej opiece?

Uwaga druga: Przyjrzyjmy się językowi, jakim odpowiada urzędnik miasta. To nie jest język rozmowy z ludźmi szczerze poruszonymi, zaniepokojonymi tym, co robi się w ich mieście. Ludźmi żyjącymi tu od pokoleń, związanymi z tym miejscem i pragnącymi by miasto ich było piękne, by mogli się nim cieszyć – miastem ich żywych wspomnień i poruszającej historii, historii także ich życia. Mówiąc wprost: nie tak rozmawia z ludźmi ktoś wynajęty, by urządził im  i c h   m i e s z k a n i e.

To jest język odrzucenia. To język zasłona, język odepchnięcie – nie tak rozmawia się o ludzkim życiu.

Jakże wyraziście ten użyty język jest ujawnieniem niekompetencji, niepowołania do tego, do czego aspiruje człowiek wypowiadający owe słowa, a który właśnie tym sposobem chce tę kompetencję i to powołanie wykazać, używając technicznego żargonu mającego być demonstracją fachowości. A jest odwrotnie – jest to bowiem język realizatora, język technicznego wykonawcy – nie reżysera, nie twórcy dzieła. Nie artysty wsłuchującego się w serca ludzi i tworzącego rzeczywistość odpowiadającą ich pragnieniu piękna. Pragnieniu, którego może sami nie umieją przełożyć na materię, którego być może nie potrafią nawet określić i wyrazić – nie mając do tego talentu. Ale właśnie dlatego zlecają to innym, co do których mają nadzieję, że ci mają talenty i wiedzę by to zrobić. I którym ufają, że będą o to dbali, że postarają się zrobić to jak najlepiej.

Forum Gdańsk

Zatem ustalenie jest takie, że ludzie ci są powołani przez mieszkańców – by im usłużyli – a psują i zasłaniają się jakimiś  n i b y  fachowymi wypowiedziami, techniczną terminologią i to wypowiadaną z wyższością i w tonie odstręczającym. Używają technicznego języka aby stworzyć barierę, a więc używają go jako narzędzia przemocy i manipulacji. To jest zatem pseudo i niby fachowość – to jest za pomocą sztafażu fachowości ukrywanie niefachowości albo zasłanianie nieuczciwości. I to jest ujawnienie właśnie – niepowołania! Bowiem fachowością w urbanistyce, w architekturze jest tworzenie pięknych okoliczności życia. Okoliczności, w których życie rozkwita, rozwija się.

W filmie dokumentalnym w reżyserii Andreasa Dalsgaarda, zatytułowanym „Human scale” („Ludzki wymiar”)  można zobaczyć i wysłuchać, jak współcześnie, w różnych częściach świata, w różnych kręgach kulturowych – myśli się o mieście, w jaki sposób szuka się rozwiązań, dróg, by miastom przywrócić ludzki wymiar. Wiele spośród osób wypowiadających się w filmie, odwoływało się do duńskiego architekta Jana Gehla i jego metody obserwacji miast – badania gdzie ludzie chodzą, gdzie przebywają chętniej, gdzie się zatrzymują. Można też w filmie usłyszeć, jak to władze Nowego Yorku, planując zmiany w przestrzeni miejskiej, zebrały na ich temat 8 milionów opinii! Badano jaki procent mieszkańców popiera wprowadzone zmiany (ponad 70%).

Gdy w Christchurch w Nowej Zelandii planowano odbudowę po niedawnym trzęsieniu ziemi, zainicjowano akcję „podziel się pomysłem” i zatrudniono 100 osób do spisywania tych pomysłów! Rząd przyjął postulaty mieszkańców i w zgodzie z nimi opracowany został plan odbudowy.

W Gdańsku, którym mamy się chlubić jako miastem solidarności, należałoby się spodziewać tego typu konsultacji i działań władz nastawionych na mieszkańców i na współpracę z nimi – na porządku dziennym. To Gdańsk w kwestiach rozmów, konsultacji, współpracy, dbałości o mieszkańców powinien być wzorem dla innych. Tymczasem ludzie, którzy nadymają tę wizerunkową propagandę, którzy do tej idei miasta solidarności tak chętnie się odwołują, zarazem po prostu demonstracyjnie wycierają sobie nią obuwie. I niestety, w porównaniu z przywołanymi przykładami Gdańsk jawi się miastem arogancji. Bo na jakim poziomie myślenia o życiu, myślenia o człowieku się tu poruszamy? Miasto solidarności? Wolne żarty.

W wywiadzie z projektantami Forum Gdańsk dziennikarka, pani Ewa Karendys powiedziała:

Światowej sławy urbanista Jen Gehl podczas spaceru po Gdańsku spojrzał na Forum Gdańsk i stwierdził, że zapomniano o ludzkiej skali projektu.

Ale autorzy projektu mają dobre samopoczucie, uważają nawet, że ich dzieło jest spójne z Osią Królewską: Wcześniej reprezentacyjne tereny Gdańska kończyły się na ul. Okopowej i Wałach Jagiellońskich, teraz oddajemy przestrzeń, która jest spójna z Osią Królewską.

Oś Drogi Królewskiej

Sporo już o tych aspektach reprezentacyjności i spójności napisałem, tu chciałbym pozostać przy podniesionej przez Jana Gehla kwestii skali. Niestety budowle Forum są tak przeskalowane właśnie, że Brama Wyżynna w sąsiedztwie z nimi straciła swoją okazałość, niestety nawet gmach dawnej komendy policji utracił w zestawieniu z ogromem Forum swoją dawną powagę – zresztą intrygująco łączoną w jednym zespole z formą jakoby pałacyku – budowle Forum Gdańsk są temu zupełnie obce, zresztą do gmachu policji wystawiono ogromne ślepe ściany obłożone klinkierem. I tu chyba dobrze będzie przytoczyć zdanie profesora Jacka Dominiczaka:

Nowe budynki nie są po to, by zniszczyć te stare, ale pomóc im przetrwać.

Niestety pobudowanie centrum handlowego w tym kształcie, a przede wszystkim – przypomnę – zablokowanie możliwości uwolnienia przedsionka Drogi Królewskiej od poprowadzonego w poprzek Osi Królewskiej głównego ciągu komunikacyjnego miasta – zamiast wyratowaniem Gdańska z totalitarnego dziedzictwa stało się tego dziedzictwa utwierdzeniem.

A proszę jeszcze zauważyć i to, zabudowania Forum Gdańsk zostały bardziej dopasowane swoją formą do estakady „węzła leningradzkiego” niż do stojących naprzeciw zabytkowych budowli, tak tak, proszę się temu przyjrzeć. I teraz gdyby nawet wreszcie usunąć tę estakadę, ten sowiecki wymysł – to pozostanie jego odcisk, jego ślad w architekturze Forum Gdańsk.

A przecież Gdańskowi tak bardzo było trzeba odrzucenia tej głównej arterii drogowej od zachodniego frontu miasta nad tory kolei – a wtedy stworzenia integralnego obszaru, otwierającego się od Dworca Głównego, zaprowadzając na tym terenie wyłącznie ruch lokalny, mądrze przepuszczając tramwaje, zasypując wstrętne tunele etc. Z wielkim placem przed dworcem i wachlarzowo rozchodzącymi się od niego drogami – szlakami do trzech modułów miasta: ku południowi i południowemu wschodowi do obszaru gdańskich „starożytności”, ku wschodowi do modułu drugiej wojny światowej i ku północy do modułu „Solidarności”.

projekt dworca

Jak już napisałem, pierwsze środki z dotacji unijnych w pierwszym rzędzie powinny były zostać przeznaczone na zaprowadzenie ładu komunikacyjnego w historycznym centrum miasta, na odzyskanie znakomitej przestrzeni zabranej pod „drogę średnicową” – czyli na przepuszczenie tranzytowego ruchu drogowego nad torami kolei – od Biskupiej Góry, wzdłuż Trzeciego Maja, za dworcem kolejowym, na Błędnik. Niestety, owszem zabudowano tory kolejowe, ale aby wznieść nad nimi Forum Gdańsk, ciąg parkingów i – w planie – biurowce.  Tak oto ogromna część cennego obszaru miasta – w różnym sensie, z różnych względów cennego – została zorganizowana nie aby stworzyć piękne miasto-dzieło, ale pod handlowe centrum. Utrzymano w tym znakomitym obszarze miasta pomieszany i spiętrzony, skumulowany ruch głównych ciągów komunikacyjnych, nadto dołożono jeszcze w to miejsce ruch pojazdów, którymi dojeżdżać będą klienci handlowego centrum – i oczywiście dostawy towaru.

skrzyżowanie

Bardzo wyraźnie uwidaczniają się w tej kwestii skutki braku wizji, braku pomysłu na miasto, na spożytkowanie jego niezwykłego potencjału, pośrednio – skutki zablokowania otwartej, prawdziwej rozmowy na ten temat.

Utworzenie tak szerokiego pasa bezładnie poprowadzonej komunikacji w tak wrażliwym miejscu, pokazuje brak kompetencji ludzi prowadzących miasto, brak urbanistycznej wyobraźni. Inaczej – wygląda to, jakby patrzyli i myśleli w zupełnie inny sposób, jakby prowadząc miasto myśleli o czym innym, nie o tym jak spożytkować jego unikatowy potencjał, jak wprowadzić je do grona stolic świata, do czego, przypominam, nasze miasto po prostu otrzymało zaproszenie – ale jakby byli zajęci czymś innym, jakby na miasto patrzyli przez pryzmat myślenia o czymś innym, przepraszam, po prostu tak to wygląda.

A projektantom Forum mówiącym o reprezentacyjnej przestrzeni życzyłbym, aby obejrzeli dobrze zdjęcia przedsionka Drogi Królewskiej – jak wyglądało to miejsce przed wojną. W miejsce dawnych wałów miejskich zbudowano z obu stron Bramy Wyżynnej wyważone, symetrycznie skomponowane budynki. Przed bramą uformowano elegancki plac, ustawiono pomnik.

panorama

Wielu ludzi dostrzega te powyżej omawiane kwestie. Gdy czytam posty na forach internetowych widzę, że wielu ludzi niepokoją i oburzają te wdrażane plany, te inwestycje. Natomiast wydaje się, że brakuje tu zdecydowanego stanowiska i działania ludzi, którzy mają fachowe przygotowanie, którzy powinni stając w autorytecie formułować kwestie, być wsparciem, może inicjatorami społecznej presji na prowadzących miasto.

Tak sobie myślę – nie złośliwie –  gdy prowadzący miasto zaleją już betonem wejścia do Akademii Sztuk Pięknych – czy profesorowie po prostu zaczną wchodzić i wychodzić oknami, po drabince linowej? Gdzie jest punkt: dotąd i nie dalej? Czyżby taki punkt w ogóle nie istniał? Reakcja nie nastąpi?

Po prostu można zniszczyć Gdańsk blokowiskami, niedorzecznymi budynkami – pełna zgoda na to? I – w tych sprawach studenci nie strajkują? Ale zatem – czym jest współczesna sztuka gdańska? Co to jest?

Zbigniew Sajnóg

13 thoughts on “Na przykładzie Gdańska – cz. 5 budownictwo

  • Dwa dni temu młody wałęsa zorganizował spotkanie naprzeciwko stoczni gdzie obiecywał zrobienie na jej terenie parku kulturowego, obiecywał również większe nakłady na remonty zabytków, a także na przywracanie kamieniczkom historycznych detali. Wspominał również o zmianach planów miejscowych aby można było odbudowywać zniszczone kamienice. Myślę że to pokłosie ostatnich artykułów na trojmiasto.pl o odbudowie zniszczonych budowli i ratowaniu zabytków: https://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Co-czeka-zrujnowane-zabytkowe-budynki-w-Gdansku-n127513.html oraz https://historia.trojmiasto.pl/Budynki-ktore-moglyby-wrocic-na-mape-Gdanska-n127247.html.

    Temat ostatnio zrobił się bardzo gorący. W ankiecie Trójmiasta 91 procent opowiedziało się za odbudową a głosowało ponad 3 tysiące osób co na ten portal to naprawdę sporo. Myślę że to najlepszy moment aby podgrzewać ten temat.

    Reply
  • „Z kolei ciąg ulic Rogaczewskiego i Jacka Malczewskiego jest równoległy do Nowych Ogrodów i ulicy Kartuskiej – od Trzeciego Maja aż po Łostowice”

    „Łostowice”? Gdzie Rzym, a gdzie Krym? 😉
    Po Emus raczej, albo może po Łostowicką.

    W którejś z poprzednich części było „Stare Miasto” gdy chodziło zapewne o „Stare Przedmieście” (omijane drogą przez Olszynkę itd.).

    Ale tak w ogóle cykl świetny i bardzo potrzebny. Dzięki!

    Reply
    • Oczywiście – po Łostowicką, ale Emaus pięknie.
      Co do bliskiej obwodnicy chodziło mi w ogóle o bliskie obwiedzenie miasta wokół nowożytnych fortyfikacji – więc ogólnie: starego miasta (opisowo), a szczegółowo od wjazdu od strony wschodniej, wokół Dolnego Miasta, Starego Przedmieścia pod Biskupią Górę.

      Dziękuję i serdecznie pozdrawiam.

      Reply
  • Wczoraj młody wałęsa zorganizował spotkanie naprzeciwko stoczni gdzie obiecywał zrobienie na jej terenie parku kulturowego, obiecywał również większe nakłady na remonty zabytków, a także na przywracanie kamieniczkom historycznych detali. Wspominał również o zmianach planów miejscowych aby można było odbudowywać zniszczone kamienice. Myślę że to pokłosie ostatnich artykułów na trojmiasto.pl o odbudowie zniszczonych budowli i ratowaniu zabytków: https://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Co-czeka-zrujnowane-zabytkowe-budynki-w-Gdansku-n127513.html oraz https://historia.trojmiasto.pl/Budynki-ktore-moglyby-wrocic-na-mape-Gdanska-n127247.html.

    Temat ostatnio zrobił się bardzo gorący. W ankiecie Trójmiasta 91 procent opowiedziało się za odbudową a głosowało ponad 3 tysiące osób co na ten portal to naprawdę sporo. Myślę że to najlepszy moment aby podgrzewać ten temat.

    Reply
  • Największą zarazą Gdańska jest podporządkowanie ulic ruchowi oponiarzy: samochodów, motocykli i rowerów. To pieszy jest od lat najbardziej dyskryminowanym użytkownikiem gdańskiej infrastruktury.

    Reply
  • Z takim myśleniem to weź się człowieku przenieś do Sosnowca i tam sobie chodź do Galerii z dużymi przebieralniami w centrum miasta. Gdyby 60 lat temu Gdańskiem rządzili tacy ludzie jak Ty to w centrum mielibyśmy teraz Jedno wielkie blokowisko. Najlepiej kogoś krytykować ale jaki Ty wkład wnosisz w to miasto? Pewnie żaden. To nie przeszkadzaj ludziom którzy chcą coś zrobić i zmienić.

    Reply
    • A ty się przenieś na inną stronę, bo chyba tu zabłądziłeś.

      Reply
      • Aha – czyli jeśli ktoś się nie zgadza, lub o zgrozo, krytykuje to ma sobie iść? Świetne podejście! Gratuluje obiektywizmu i „profesjonalizmu”. Ale, w sumie, jaki portal…

        Reply
        • Czyżby to zwyrol z FRAGU? Ten dziki?

          Reply
          • ej kłapouchy, chyba ci ogon za nisko przypięli… hehehe

  • Pan aktywista wie lepiej, jak mam żyć. Mamy chodzić po małych, niewygodnych sklepach z przymierzalnimi po 30 cm kw, bo tak żyli dziadowie.
    Stanowczo więc żądam przywrócenia punktów repasacji pończoch – niech prowadzą to aktywiści. To będą urocze miejsca – co prawda nikt nie bedzie do nich chodził,ale za to będzie „ludzka skala”. Fajne jest też żądanie, aby prywatni właściciele drastycznie obniżali czynsze w celu uruchamiania bookarni, których może niewielu chce, ale za to fajnie wyglądają na artystowskich fociach.
    Ważny wniosek – mamy kompletnie niedojrzałe społeczeństwo i władze wraz aktywistami powinny je wychowywać.

    Reply
    • Jak chcesz u nas żądać, to zapraszamy do rozmów prywatnych w celu ustalenia stawki za ogłoszenie.

      Reply
    • Z całym szacunkiem, ale Pan zdaje się nie zrozumiał artykułu. Nie chcę powtarzać tego, co już napisałem, więc może ponowna spokojna lektura usunie nieporozumienia.
      Chciałbym też zaznaczyć, że słowo: aktywista jest mi wyjątkowo niemiłym. Zbyt długo żyłem w kraju pod sowiecką okupacją, i ze zbyt wielu strasznych skutków komuny zdaję sobie sprawę, by korzystać z tej frazeologii.
      Serdecznie pozdrawiam.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *