Niezwykłe losy Lucyny Wojno – najstarszej więźniarki Auschwitz-Birkenau

Życie 103-letniej sopocianki, Lucyny Wojno, mogłoby zainspirować wielu ludzi filmu do napisania scenariuszy i nakręcenia kilku filmów. Mogłyby to być filmy przygodowe z wieloma zwrotami akcji lub dramaty z II wojną światową w tle. W obu przypadkach widz pozostawałby cały czas w napięciu, śledząc losy kobiety, praktycznie sieroty, która była sanitariuszką w Wojsku Polskim w 1939 r., przeżyła dwa obozy koncentracyjne i pieszo wróciła po wyzwoleniu obozu w Ravensbruck z Niemiec do Polski, gdzie osiedliła się w Sopocie.

Lucyna Wojno
Lucyna Wojno

Droga życiowa Lucyny Wojno od początku była wypadkową niezwykłych wydarzeń, które w niespokojnych czasach, w jakich przyszło jej żyć, dotknęły wielu ludzi. Jednak w jej przypadku trudne sytuacje zdawały się kumulować i piętrzyć prowadząc ją poprzez nieprawdopodobne życiowe zawirowania.

Lucyna Wojno w kwietniu skończyła 103 lata (ur. 6 kwietnia 1918 r. we wsi Wojny-Wawrzyńce, woj. podlaskie, gmina Szpietowo). Mieszka w jednym z pięknych sopockich domów zbudowanych dla kuracjuszy na początku ubiegłego wieku, bardzo blisko morza i powstającego właśnie woonerfu, co ułatwi jej wkrótce spacery po nadmorskiej alejce. Jej jedyny opiekun, syn Jerzy, chciał, żeby w lokalnych mediach napisać o jego mamie. Jak się domyślam, pragnie zainteresować jej losami młodszych ludzi, którzy mogliby wpaść z wizytą, na ulubiony przez Lucynę sernik lub lody.  Albo na wspólny spacer. Spośród jej rówieśników i rodziny właściwie nikogo już nie ma na świecie, więc kobieta czuje się samotna.

Lucyna Wojno jest bardzo bezpośrednia i podczas rozmowy ani przez chwilę nie czuję dystansu mimo sporej różnicy wieku. Rozmawia nam się dobrze, choć przypominanie starych czasów nie jest dla niej łatwe. Pewnie z powodu wiążących się z nimi ciężkich wspomnień. Opowiada, jak służyła jako sanitariuszka tuż przed wybuchem wojny w Wojsku Polskim. Wspomina sytuację, kiedy wpadła wraz z oddziałem w ręce sowietów, którzy planowali wywieźć polskich żołnierzy na Wschód. Nie wiadomo, czy Lucyna przeżyłaby tę wywózkę, gdyby nie decyzja Rosjan o wypuszczeniu tych osób, które zadeklarują, że mają rodzinę po „niemieckiej stronie”. Lucynie udało się w ten sposób wrócić pod koniec 1939 r. do Warszawy

Lucyna Wojno, numer obozowy na przedramieniu.
Lucyna Wojno, numer obozowy na przedramieniu.

Na przedramieniu mojej rozmówczyni widnieje złowrogi numer 44357 z obozu koncentracyjnego Auschwitz, gdzie trafiła 7 maja 1943 r. Pozostaje do dziś najstarszą żyjąca byłą więźniarką Auschwitz. Trafiła tam z Monachium, gdzie pracowała jako krawcowa. Zmuszona była szyć mundury dla niemieckich żołnierzy. Niestety, „wpadła w oko” Ukraińcowi, kierownikowi szwalni, który starał się zmusić ją, aby zaakceptowała jego awanse. Gdy molestowanie i próba zmuszenia do seksu nie udały się, mężczyzna złożył na nią fałszywy donos i została odwieziona do obozu koncentracyjnego pod zarzutem działalności politycznej przeciwko III Rzeszy. W obozie pracowała w komandzie 19., które zajmowało się kopaniem dołów pod fundamenty. Była to ciężka i wyniszczająca praca fizyczna, jednak jeszcze gorszy był strach. Jak mówiła Tomaszowi Chudzyńskiemu w wywiadzie dla „Dziennika Bałtyckiego” dwa lata temu: „Codziennie żyliśmy w strachu, bo pięć kominów krematorium bez przerwy dymiło… A pociągi wciąż przywoziły ludzi prosto do kominów. (…) Ten Hoess to był bydlak (wspomina spotkanie z komendantem). Stałyśmy na apelu, starsza kobieta trzymała rękę w kieszeni. On przechodził, zobaczył to. Strasznie ja skatował. Myśmy poszły w pole, a ona na placu apelowym została. Nie ruszała się”.

Pod koniec 1944 r. została przewieziona do Ravensbruck. To było bardzo niebezpieczne miejsce ze względu na prowadzone tam eksperymenty medyczne na kobietach. Wiele z nich na skutek przeprowadzanych operacji zmarło lub straciło na zawsze zdrowie. Cudem Lucyna Wojno została skierowana do pracy w fabryce amunicji. Na szczęście wojna miała się już niedługo skończyć. 12 kwietnia 1945 r. Niemcy wyprowadzili z obozu na pole około 1 000 kobiet i tam je pozostawili. 13 kwietnia nadeszły wojska amerykańskie i wraz z nimi długo oczekiwane wyzwolenie.

Lucyna Wojno
Lucyna Wojno

Lucyna Wojno nie chciała zostawać na Zachodzie. Postanowiła wyruszyć pieszo do Warszawy. Nie była to łatwa droga. Dwukrotnie napotkała wówczas pijanych żołnierzy sowieckich, którym w poszukiwaniu zdobyczy seksualnej nie sprawiało różnicy, że spotkali byłą więźniarkę obozu koncentracyjnego. Cudem, dzięki interwencji sowieckich oficerów, wydostała się z opresji i poszła dalej.

Niestety, w stolicy nie znalazła dla siebie żadnych możliwości ani szans na przeżycie. Krewni, którzy przed wojną wykorzystywali ją do ciężkiej pracy, nie chcieli jej przyjąć u siebie. Miasto było zburzone, wszędzie gruzy i ruiny. Nie było, gdzie się zatrzymać. Dlatego postanowiła, tak jak wielu warszawiaków, którzy po wojnie nie mieli, gdzie się podziać – wyruszyć na Wybrzeże, gdzie można było zamieszkać w mieszkaniu po wysiedlonych Niemcach. Dodatkowo, na Oruni w Gdańsku mieszkała jej siostra.

Ostatecznie trafiła do Sopotu, który mimo powojennych czasów przypominał raj. Mimo zniszczeń wille i kamienice nadal nosiły ślady dawnej świetności. Dzięki pomocy przypadkowo spotkanej kobiety udało jej się zamieszkać w małym domku z dwoma, typowymi dla Sopotu, werandami. Mieszka w nim do dziś.

W 1949 r. urodził się jej syn, Jerzy. Lucyna Wojno nie związała się jednak z ojcem dziecka. Wybrała samotne wychowanie syna i samodzielność. Po trudnych przeżyciach wiedziała, że najlepiej liczyć na siebie. Dawała sobie radę sama, dosłownie od najwcześniejszego dzieciństwa. Dziennikarzowi „Dziennika Bałtyckiego” opowiadała: „Mój ojciec umarł, gdy byłam malutka. W agonii trzymał mnie na swoich piersiach. Mama odeszła, gdy miałam dwa latka. Waliłam w drzwi, za którymi leżała martwa i ją wołałam…”.

Lucyna Wojno
Lucyna Wojno

Na szczęście posiadała doskonały fach, była utalentowaną krawcową. Już przed wojną w Warszawie pracowała dla dobrych pracowni krawieckich. Właśnie z tego powodu trafiła do Monachium, gdzie szyła mundury. I ponownie w Sopocie umiejętności, które zdobyła jako nastolatka, pozwoliły jej na niezależność i utrzymanie syna. Bez trudu znalazła pracę. Najpierw w introligatorni, a następnie w Sopockich Zakładach Wyrobów Galanteryjnych, które później przyjęły nazwę Sopotplastu. Firma zatrudniała rzesze pracowników, a jej wyroby z czasem stały się kultowe. Lucyna Wojno kontrolowała jakość wyrobów z Sopotplastu – toreb, walizek czy portfeli. Miewała z tego powodu zatargi z kierownictwem, ponieważ chciała, żeby wyroby sopockiej firmy miały najwyższą jakość, co denerwowało kierownictwo, które stawiało raczej na szybką produkcję i zbyt. Do dzisiaj Sopotplast to ważna część historii kurortu. Sopot i praca w Sopotplaście stanowiły dla byłej więźniarki szczęśliwą przystań, w której nareszcie mogła żyć spokojnie.

Spotkanie z wiekową sopocianką skłania mnie do wielu refleksji. Ile niezwykłych losów skrzyżowało się w Sopocie, który jak wszystkie miejsca, skąd wysiedlono po wojnie miejscową ludność, stało się schronieniem dla więźniów obozów, którzy jak Lucyna Wojno cudem uniknęli śmierci, przesiedleńców zza Buga czy warszawiaków niemających możliwości dalszego życia w swoim mieście. Co w Sopocie oznacza duch miejsca, na który złożyło się tak wiele znaczeń, wspomnień i oczekiwań? Naszym dziedzictwem w przypadku Sopotu są także przybysze z terenów całej przedwojennej Polski, ze wszystkimi ich trudnymi i skomplikowanymi przeżyciami. Nie mam niestety poczucia, aby w jakikolwiek świadomy sposób przekładało się to na współczesną opowieść o naszym mieście.

Małgorzata Tarasiewicz, stowarzyszenie „Mieszkańcy dla Sopotu”

Dodaj opinię lub komentarz.