Decydująca wrześniowa bitwa…

W walkach obronnych nad Widawką poległo lub też zostało rannych około 100 żołnierzy 30. Poleskiej Dywizji Piechoty. Jednym ze śladów udziału 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej w walkach pod Szczercowem jest grób żołnierza tej jednostki, kaprala Jana Kulosa, spoczywającego na cmentarzu wojennym we wsi o iście wisielczej nazwie — Szubienice. W tej zbiorowej mogile spoczywa tam oprócz niego jeszcze sześciu innych szeregowych żołnierzy: Ignacy Brylak, Jan Kolasiński, Józef Łukasik, Jan Kucharczyk, nieznanego imienia strzelec Kowalik oraz jeden jeszcze żołnierz zupełnie już nieznany zarówno z imienia, jak i nazwiska.

Ponadto wojenne groby na cmentarzu w nieopodal leżących Klukach kryją w sobie doczesne szczątki trzydziestu dwóch naszych żołnierzy poległych w dwudniowych walkach nad Widawką. W jednym z tych grobów spoczywa poległy wówczas bombardier Ludwik Olek — jaszczowy należący do obsługi III działonu ósmej baterii 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Jego bezpośredni dowódca, podchorąży Janusz Grodzicki, zadbał o to, by na krzyżu wypisano nazwisko poległego żołnierza.

Lecz nikt nie zdołał – w tamtym czasie – sprawić pochówku poległemu nad Widawką, urodzonemu w roku 1913, kapralowi Stanisławowi Glince, rodem z kresowego Pińska. Jego zapomniane doczesne szczątki wraz z kompletnym nieśmiertelnikiem zostały odnalezione dopiero w roku 2008. Nadpalone przez pożar trawiący okopową faszynę i przysypane cienką warstwą ziemi, zwłoki żołnierza do tej pory spoczywały w miejscu, gdzie dopadła go wojenna śmierć. A więc w okopach, które we wrześniu 1939 roku były pozycjami obronnymi 84.. Pułku Strzelców Poleskich.

Świadectwem stoczonej tutaj bitwy był do niedawna także cmentarz grupujący czterdzieści dwa groby, w których pochowano doczesne szczątki żołnierzy niemieckich poległych tutaj w tamtych dniach. Niestety, przed kilku laty władze polskie wyraziły zgodę na likwidację tego cmentarza wojennego przez niemiecką fundację, która zajmuje się sprowadzaniem do Niemiec szczątków żołnierzy niemieckich – daleko od ich ojczyzny, lecz i tak za swą ojczyznę niby to poległych. Z tego rodzaju poglądem w jaskrawy sposób kłóci się jednak miejsce ich pochówku – zawsze dość dalekie od granic własnego kraju… W ten oto sposób za zgodą naszych władz zatarty został jeszcze jeden ślad historii, która onegdaj przetoczyła się przez nasze ziemie.

Pomimo przeprowadzenia przez nieprzyjaciela bombardowania zaplecza polskiej obrony dowodzony przez majora Adama Fedorkę III dywizjon 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej poza poległym bombardierem Ludwikiem Olkiem nie poniósł w tamtej bitwie żadnych strat w ludziach, co było wynikiem bardzo dobrego ukrycia poszczególnych baterii na zajmowanych przez nie stanowiskach ogniowych.

Dowodzona przez porucznika Leona Witkowskiego – druga bateria również nie poniosła w tej fazie walk żadnych strat. Zapewne także i z tej przyczyny, że nieposiadająca właściwego rozpoznania niemiecka artyleria ostrzeliwująca las mogła prowadzić jedynie dość chaotyczny ogień. Natomiast wieczorem 5 września nad Widawką, tuż obok zabudowań dworu w Klukach, na skutek prowadzenia przez niemiecką artylerię ognia pociskami rozpryskowymi ranny został telefonista kapral Stanisław Wysokiński, którego niezwłocznie odtransportowano do szpitala. Odłamki niemieckiego pocisku dosięgły także porucznika Mieczysława Chylińskiego, dowódcę czwartej baterii. Pomimo odniesionych ran, porucznik Chyliński nadal wykonywał swoje obowiązki dowódcze. Jednakże jego – z godziny na godzinę – pogarszający się stan wymusił konieczność objęcia dowództwa czwartej baterii przez podporucznika Antoniego Arciszewskiego. W trakcie wycofywania się naszego wojska pod naporem przeważających sił Wehrmachtu, żołnierze baterii wieźli swojego rannego dowódcę na wozie. Jego stan w tym czasie był już do tego stopnia zły, że ranny porucznik nawet się nie zbudził, gdy w czasie jazdy pękł dyszel wiozącego go wozu. W końcu jednak, 8 września, porucznik Mieczysław Chyliński musiał niestety opuścić swoją baterię. Ewakuacyjne drogi zawiodły rannego dowódcę czwartej baterii aż do Chełma Lubelskiego, gdzie w tamtejszym szpitalu wojskowym zmarł 18 września z powodu ran odniesionych w trakcie walk pod Szczercowem. Pochowano go na cmentarzu wojennym w Chełmie Lubelskim w kwaterze żołnierzy września 1939 roku.

Charakteryzując przebieg walk nad Widawką, major Adam Fedorko słusznie narzeka na niedoskonałość naszego systemu łączności. Wynikała ona zarówno ze szczupłości nowoczesnych środków technicznych pozwalających na utrzymywanie łączności radiowej, jak i z zawodności sieci telefonicznej – co i rusz – uszkadzanej podmuchami eksplozji nieprzyjacielskich bomb i pocisków artyleryjskich. Z każdym dniem coraz bardziej odczuwano niedostatek kabla jakże potrzebnego na naprawę sieci telefonicznej. Dość powiedzieć, że III dywizjon dysponował zaledwie dwiema radiostacjami, z których jedna znajdowała się w centrali w miejscu postoju dywizjonu, zaś druga — na jego posterunku obserwacyjnym. Pozytywną stroną było jednak normalnie funkcjonujące zaopatrzenie dywizjonu w żywność oraz dostateczny zapas amunicji artyleryjskiej.

Odwrót 30. Poleskiej Dywizji Piechoty znad Widawki w kierunku Dłutowa, maskowany ogniem własnej artylerii prowadzonym już zupełnie bez obserwacji, rozpoczął się 5 września o godzinie 23.00. Jako pierwszy odszedł 82. Syberyjski Pułk Strzelców dowodzony przez podpułkownika Antoniego Chruściela. Oddziały pułku, wielokrotnie atakowane przez zupełnie bezkarnie działające lotnictwo nieprzyjaciela, posuwały się piaszczystymi drogami zatłoczonymi przez tłumy uciekinierów. Przemarsz wiódł trasą Parzno – Bujny Szlacheckie – Zabiełłów – Łaziska. Do celu tego swojego trudnego marszu 82. Syberyjski Pułk Strzelców dotarł w środę 6 września w godzinach popołudniowych.

Dowódcy I i III dywizjonu otrzymali rozkaz stawienia się w tym samym oznaczonym miejscu, skąd oba dywizjony pomaszerowały w kierunku rozwidlenia drogi łączącej Szczerców z Bełchatowem z drogą wiodącą do dworu Słupia. Tutaj nastąpiło włączenie się dywizjonów do kolumny marszowej 84. Pułku Strzelców Poleskich, dowodzonego przez pułkownika Stanisława Sztarejkę. Pułk ten rozpoczął wycofywanie się ze swych pozycji około północy. Poszczególne jego bataliony maszerowały różnymi drogami. Pierwszy batalion, którego śladem podążał I dywizjon 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej, dowodzony przez majora Stanisława Nikodemowicza, dotarł o świcie do miejscowości Nowy Świat, leżącej u wrót Bełchatowa. Stąd formacja ta pomaszerowała dalej szlakiem wiodącym przez Domiechowice – Józefów – Teresin – Drużbice – Gręboszów i Wadlew aż do lasu majątku Dłutów, który to cel kolumna marszowa osiągnęła po południu 6 września.

Dowodzony przez pułkownika Adama Nadachowskiego 83. Pułk Strzelców Poleskich wraz z dowodzonym przez majora Aleksandra Makowitza II dywizjonem 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej opuściły swoje pozycje nad Widawką w nocy, pomiędzy godzinami 1.00 a 2.00. Przemieszczając się drogami wiodącymi przez miejscowości Sobki, Zelów i Karczmy, obie jednostki dotarły do wyznaczonego im celu, którym była miejscowość Dłutów.

Dowództwo 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej oraz jego III dywizjon, dowodzony przez majora Adama Fedorkę, rozpoczęły odwrót znad Widawki o godzinie 23.00, opuszczając tym samym swoje dotychczasowe pozycje, zlokalizowane (jak to już zostało wspomniane) nieopodal miejscowości Kluki. Nad ranem 6 września kolumna dotarła do Zelowa, a nocą z 6 na 7 września osiągnęła docelowy rejon Dłutowa. Zauważyć tutaj należy, że do odwrotu polskich jednostek zaczął się już w tym momencie zakradać chaos. Otóż artyleria nie wycofywała się już w sposób dla niej przewidziany, a więc wspólnie z pułkami piechoty, do których uprzednio zostały przypisane poszczególne dywizjony 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Planowo bowiem I dywizjon powinien był maszerować z 82. Syberyjskim Pułkiem Strzelców, II dywizjon był przypisany 83. Pułkowi Strzelców Poleskich, zaś III dywizjon miał towarzyszyć 84. Pułkowi Strzelców Poleskich. Niezależnie od wszystkiego; w trakcie przemarszów gubili się poszczególni żołnierze i oficerowie. Dość powiedzieć, że początkowo oficer czwartej baterii podchorąży Wojciech Krzyształowicz zmierzał w kierunku Dłutowa z zupełnie przypadkowo napotkanymi jednostkami piechoty. Po przebyciu w ten sposób kilku kilometrów przyłączył się do kolumny marszowej I dywizjonu, dowodzonego przez majora Stanisława Nikodemowicza. Wraz z żołnierzami baterii kapitana Alojzego Piwowara dotarł w końcu do wsi Mrogi, gdzie napotkał swoją macierzystą, czwartą baterię, z którą przez Śladkowice dotarł około godziny 21.00 do miejsca koncentracji w rejonie Dłutowa. Po drodze, około godziny 15.00, kolumna przejeżdżała przez stojącą w ogniu wieś Hutę Dłutowską, podpaloną na skutek nalotu samolotów nieprzyjaciela.

Efekt nalotu Luftwaffe — płonąca polska wieś
Efekt nalotu Luftwaffe — płonąca polska wieś

Samoloty te w chwilę po zaatakowaniu wsi, usiłowały około godziny 15.00 atakować także kolumnę marszową, w skład której wchodziła czwarta bateria 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej. Lotniczy atak tym razem się nie powiódł, gdyż samoloty zostały skutecznie przepłoszone ogniem artylerii przeciwlotniczej, co wywołuje we mnie pewne zdziwienie, jeśli zważyć, że 30. Poleska Dywizja Piechoty nie dysponowała własną artylerią przeciwlotniczą. Zaatakowana przez lotnictwo nieprzyjaciela bateria poszła jednak w rozsypkę, pomimo tego, że nie poniosła właściwie żadnych strat. Lecz jej dowódca, podporucznik Antoni Arciszewski najwyraźniej zupełnie w tej sytuacji stracił głowę. Bez reszty owładnięty poczuciem swej bezradności – siedział smętnie na przydrożnym kamieniu. Dopiero przejeżdżający akurat tą drogą pułkownik Zygmunt Łakiński, dowodzący całością dywizyjnej artylerii, uratował sytuację swą stanowczą postawą.

Wskazane uprzednio rejony swojej koncentracji w okolicach Dłutowa poszczególne jednostki wchodzące w skład 30. Poleskiej Dywizji Piechoty zaczęły osiągać w ciągu całego dnia 6 września. Najwcześniej, gdyż już około godziny 10.00, przybył tutaj 30. dywizjon artylerii ciężkiej. Drogi zatarasowane tłumami cywilnych uciekinierów i wojskowymi kolumnami stanowiły łatwy cel dla nieprzyjacielskiego lotnictwa, bezkarnie operującego na niskich pułapach. Nic zatem dziwnego, że w tych warunkach pozostałe kolumny marszowe posuwały się bardzo wolno.

Niemcy, zupełnie nieświadomi odwrotu polskich sił, przeprowadzili nad ranem 6 września przygotowanie artyleryjskie – modus operandi – poprzedzające każde natarcie nieprzyjacielskiej piechoty na polskie pozycje obronne. Szybko jednak zorientowawszy się w sytuacji, natychmiast podjęli pościg za wycofującymi się polskimi formacjami. Doprowadziło to do walki, jaką IV batalion 84. Pułku Strzelców Poleskich musiał stoczyć z niemiecką pancerną grupą pościgową nieopodal folwarku Kącik i wsi Drużbice .

W trakcie tej potyczki rozbita została kompania zwiadowców tego pułku, utracono wtedy również dwa działka przeciwpancerne oraz jaszcze z amunicją przeznaczoną dla armat artylerii piechoty.

Mapa obrazująca dyslokację polskich sił oraz kierunki niemieckiego natarcia.
Mapa obrazująca dyslokację polskich sił oraz kierunki niemieckiego natarcia.

Tymczasem na północny zachód od Armii „Łódź”, toczącej właśnie z dość dużym powodzeniem, niebywale zacięte walki obronne nad Widawką – stała sobie spokojnie przez nikogo nieatakowana, sparaliżowana rozkazem marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza, Armia „Poznań” – dowodzona przez generała dywizji Tadeusza Kutrzebę, który niewątpliwie – spośród polskich generałów tamtego czasu – był najlepszym fachowcem wojennego rzemiosła…

Pikanterii sprawie dodaje fakt, że jego zwierzchnik, marszałek Edward Śmigły-Rydz nie posiadał żadnego solidnego wykształcenia wojskowego. Był za to protegowanym pupilkiem, także nie posiadającego żadnego przygotowania wojskowego, marszałka Józefa Piłsudskiego… Efektem tego nepotycznego stanu rzeczy było, że we wrześniu 1939 roku Naczelny Wódz nie potrafił racjonalnie zsynchronizować ze sobą działań trzech wielkich związków taktycznych; Armii „Poznań”, Armii „Łódź” i Armii „Pomorze”, czego skutkiem jest w pełni uzasadnione twierdzenie, iż o naszej wrześniowej klęsce w 1939 roku zadecydowały praktycznie wydarzenia, jakie rozegrały się nad Widawką 5 września…

Odpowiedzialności, jaką – za naszą wrześniową klęskę i wszelkie jej skutki – ponosi nepotyczna, sanacyjna klika piłsudczyków – nie jest w stanie w żaden sposób zniwelować pokutny powrót do okupowanego kraju jej sztandarowej osobistości, jaką po śmierci Józefa Piłsudskiego był wszak niewątpliwie zdolny karykaturzysta i malarz akwarelista, Edward Śmigły – Rydz… mianowany w 1935 roku przez Prezydenta RP Ignacego Mościckiego, Marszałkiem Polski – a jakże, z miesięcznym uposażeniem 3000 zł!

Piotr Jan Nasiołkowski

Fotografie ilustrujące artykuł pochodzą z prywatnego archiwum autora. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Piotr Jan Nasiołkowski jest autorem książek o tematyce historycznej „NIEDOBRY i Bombowa reedukacja” które są do nabycia w internecie, na allegro. Książki ilustrowane są niepowtarzalnymi  zdjęciami.

6 myśli na temat “Decydująca wrześniowa bitwa…

  • Opisane walki to jedna z bitew.
    Powodów przegrania wojny obronnej 1939 było kilka w większości z przed lat. A wśród nich były między innymi:
    Problem 1: Plan obrony granic
    Problem 2: Brak koordynacji działań
    Problem 3: Dowódcy armii (vide: Dąb-Biernacki,Rómmel itp.)
    Problem 4: Liczenie na sojuszników
    Problem 5: 17 września!!!

    Odpowiedz
    • Szanowny Panie; zgadam się, że to tylko jedna z bitew. Ale jednak ta decydująca. Pański głos odbieram jako zachętę do opublikowania mojego bardzo obszernego artykułu zajmujacego się przyczynami kleski wrześniowej. W tym opublikowanym artykule jest mowa jedynie o aspekcie militarnym, tej bitwy, która zadecydowała o załamaniu sie naszej obrony. O całej reszcie aspektów, prawie, że kompletnie przez Pana wyliczonych jest mowa w nieopublikowanym jeszcze artykule; Wśród przyczyn klęski wrześniowej.
      Zaciekawia Pana jego treść?

      Odpowiedz
    • Marek Szymański. Pozwolę sobie nie zgodzić się z Panem w problemie 1 i 4. Oba są ze sobą związane gdyż właśnie liczenie na sojuszników było główną przyczyną ustalenia takiego planu obrony. Chodziło o osłonięcie wojskiem mobilizacji na obszarze etnicznie polskim i przewiezienie rekruta na wschodnie rubieże RP. Dopiero potem miano przeprowadzić manewr odwrotu na linię Wisły by tu przyjąć i zatrzymać wroga. Sojusznicy w ciągu 20 dni od rozpoczęcia wojny mieli zaatakować Niemcy.
      Wszystko potoczyło się jednak trochę inaczej niż planowano. Cały świat został zaskoczony Blitzkriegiem. Dodatkowo doszły spore zaniedbania czyli Pańskie pkt. 2 i 3. No i wreszcie 17 września!!! Cios w plecy cofającej się armii.
      Przecież mimo iż było bardzo źle to nie było beznadziejnie. Niemcy wydatnie spowolnili marsz swoich jednostek i kto wie ???? ale to już inna para kaloszy.

      Odpowiedz
      • Pozwolę sobie bronić punktów 1 i 4.
        Jako dowód na pkt. 1 : Cieniutka obrona na liczącej ponad 2 tysiące kilometrów granicy Polski z Niemcami, Słowacją oraz Protektoratem Czech i Moraw nie miała szans powodzenia i to nie moje osobiste zdanie.
        Jak pisał generał Tadeusz Kutrzeba, jeden ze współautorów planu obronnego „Zachód”, aby obronić się przed nowoczesną, zmechanizowaną armią, na dywizję powinno przypadać nie więcej niż 7-8 km. Gdyby rozlokowano dywizje na granicy to na jedną dywizję przypadałyby 30 km.
        Na budowę umocnień nie było pieniędzy. Tak naprawdę tylko w dwóch punktach powstały umocnienia: Wizna i Węgierska Górka. Spełniły swoją rolę.
        Jeśli chodzi o pkt. 4 to po pierwsze niechęć Francji do atakowania i uznanie, że wystarczy siedzieć za umocnieniami. A Anglia we wrześniu 1939 tak naprawdę nie miała sił zbrojnych, które liczyłyby się na ówczesnym polu walki. Przecież mimo wypowiedzenia wojny to Francja i Anglia podjęły decyzję o nie atakowaniu jeszcze przed 17 września.
        Z polską armią do 17 września nie było tragicznie. Efektem walk Polski była zmiana planów ataku na Francję z jesieni 39 na następny rok.
        Mimo, że sojusznicy uzyskali dzięki Polakom prawie 6 miesięcy czasu to i tak tego czasu nie wykorzystali.

        Odpowiedz
        • Szanowny Panie,
          Komentując artykuł wybiegł Pan niejako przed przysłowiową orkiestrę. Otóż wszelkioe przyczyny kleski wrześniowej zostały przeze mnie omówione w innym artykule; Wśród przyczyn klęski wrześniowej. Odsyłam do mającej się ukazać mojej książki zatytułowanej Korepetycje z historii nieocenzurowanej. Są tam także szczegóły odnoszące się do ustalenia premierów z Abeville z dnia 12 września 1939 roku, że Polsce nie zostanie udzielona pomoc przez Anglię i Francję. I o przyczynach tej odmowy.

          Odpowiedz
  • Witam. Stanowisko obserwacyjne naszej artylerii znajdowało się na wieży zabytkowego, drewnianego, kościoła w Chabielicach. Niemcy w zemście podpalili kościół 5 września 1939r.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *